środa, 19 listopada 2014

“Jeszcze jeden dzień” Mitch Albom

foto: archiwum własne
"Jeden dzień z ukochaną osobą może zmienić wszystko." Ja w to wierzę i dlatego historia Charlesa “Chicka” Benetta przypadła mi do gustu. Czy kiedykolwiek mieliście ochotę cofnąć czas, pragnęliście wrócić do jakichś wydarzeń z przeszłości, wyjaśnić nieporozumienia, naprawić relacje z bliskimi? Ja gdybym przed wielu laty wiedziała, co przydarzy się mojemu Dziadkowi w pewien radosny, słoneczny dzień zamiast wiosennego, leniwego spaceru z przyjaciółmi wybrałabym szybką jazdę tramwajem, ale czasu cofnąć się nie da. Czy i jak tego dokonał bohater powieści Mitcha Alboma nie mogę Wam zdradzić. Grunt, że pewnego dnia na skutek dziwnego splotu okoliczności spotkał swoją matkę, która umarła osiem lat wcześniej. Wizyta w rodzinnym miasteczku i ten jeden dzień spędzony wspólnie z rodzicielką stały się okazją do rozliczenia się z bolesną przeszłością, a także do zastanowienia się jak powinna wyglądać przyszłość Chicka. Na jaw wyszły długo skrywane rodzinne tajemnice, bohater dokonał swoistego rachunku sumienia. Zrozumiał, że choć znieważał, lekceważył i odpychał matkę ta darzyła go bezwarunkową miłością, roztaczała nad nim ochronny parasol, ukrywała pewne fakty z życia jego ojca świadomie, aby nie wyrządzić mu krzywdy. Po latach zrozumiał, że zawsze tkwiła po jego stronie, nieustannie go wspierała, liczyło się dla niej jedynie dobro własnych dzieci, nawet za cenę własnego szczęścia. Znamienne są jej słowa, którymi uzasadnia swoją decyzję o zatajeniu prawdy na temat ojca bohatera. Mówi: “Dziecko nie powinno musieć wybierać”pomiędzy dwojgiem rodziców. Chick całe życie faworyzował ojca, próbował spełnić jego wygórowane oczekiwania. Chciał stać się kimś ponadprzeciętnym, sławnym sportowcem, ale nie dla siebie, nie dla chwały i sławy, ale po to by zadowolić człowieka, który ostatecznie go porzucił niczego nie wyjaśniając. To właśnie ten jeden dzień spędzony z matką pozwala Charlesowi zrozumieć jak wiele popełnił błędów, pozwala mu pogodzić się z przeszłością, a co najważniejsze wybaczyć ojcu, matce, samemu sobie. Oprócz historii Chicka spisanej przez dziennikarkę, autor zamieszcza w książce jego notatki dotyczące sytuacji, kiedy on nie stanął po stronie matki oraz tych, gdy matka stanęła po jego stronie. Jak możemy się domyślić bohater nie jawi się w nich jako wzorowy syn. Ponadto możemy przeczytać listy, które wręczała Charlesowi matka wprawiając go tym samym w zakłopotanie. Zdjęcia umieszczone na końcu książki mogą wskazywać na częściowo autobiograficzny charakter tej opowieści. Powieść czyta się bardzo szybko. Wreszcie nie byłabym sobą, gdybym dla równowagi nie poleciła innej książki, której wydźwięk nie jest tak optymistyczny, jak powieści Mitcha Alboma. Mam na myśli “Zaopiekuj się moją mamą” autorstwa koreańskiej pisarki Shin Kyung- Sook. Tutaj mamy do czynienia z tajemniczym zniknięciem kobiety, której obecności nie dostrzegała rodzina na co dzień, traktując ją jak coś oczywistego. Historia opowiedziana jest z perspektywy jej córki, syna, męża i jej samej. To zdumiewające jak często potrafimy coś docenić dopiero wtedy, gdy bezpowrotnie to utracimy. Na koniec pozostaje mi zadać pytanie: A Ty, kiedy ostatni raz powiedziałeś/łaś swojej mamie, że ją kochasz? 
“Kochaj tak, jak tylko potrafisz” 
Franciszek Liszt

wtorek, 18 listopada 2014

“List do nienarodzonego dziecka” Oriana Fallaci

foto: archiwum własne
Jest to monolog przyszłej matki skierowany do jej nienarodzonego dziecka. I choć Oriana Fallaci podkreślała w wywiadach, że nie jest kobietą opisaną w książce, znajomość jej biografii pozwala dostrzec, że wiele wydarzeń przedstawionych w tej powieści miało miejsce również w życiu autorki. Zresztą pierwsza wersja manuskryptu napisana została w 1966 roku, zaraz po drugim poronieniu Oriany i czekała prawie dziesięć lat, aby ujrzeć światło dzienne, w zmienionej formie, odarta z osobistego krzyku, w 1975 roku. Kobieta przedstawiona w książce w delikatny i wzruszający sposób zwraca się do dziecka, opowiada mu o trudach życia, o cierpieniach, które na nie czekają po urodzeniu. Mówi prawdę, że świat to okrutne miejsce. Mimo iż nieustannie się zmienia, w gruncie rzeczy pozostaje taki sam- panoszą się na nim wojny, okrucieństwo, niesprawiedliwość. Fallaci umiejętnie przedstawia również burze hormonalne przetaczające się przez organizm przyszłej matki w postaci niezdecydowania, z jednej strony ogromnej radości, z drugiej lęku, agresji i bierności, walki z własnym egoizmem. Mówi, że bycie matką to nie zawód, to nie obowiązek, to jest nasze prawo, świadomy wybór. Decydując się na posiadanie dziecka nie możemy zapominać o bagażu jaki bierzemy na swoje barki w postaci nieustającego lęku. Już od momentu stwierdzenia ciąży boimy się, zastanawiamy czy wszystko jest w porządku, czy ta mała istotka w naszym wnętrzu jest zdrowa. Myślimy o tym, jakimi będziemy matkami, czy podołamy trudom wychowywania dziecka, czy jesteśmy w stanie zaspokoić wszystkie jego potrzeby? Kobieta z powieści wielokrotnie zadaje dziecku pytanie czy w obliczu tego, czego się od niej dowiedziało rzeczywiście chce poznać ten świat. Mówi mu, że życie składa się z cierpienia, po to powstajemy z nicości aby na koniec powrócić w ten niebyt, a jednak warto podjąć trud, warto się urodzić. Kiedy czytałam tę książkę kręciły mi się w oczach łzy, a gdy doszłam do momentu, w którym autorka opisuje poronienie to były już wodospady łez. Płakałam nad losem matek, które nie mogą mieć dzieci, choć bardzo tego pragną, a także nad losem tych, które je straciły. Zastanawiałam się czy gdyby życie oszczędziło nieszczęść Orianie Fallaci w postaci nieudanych związków, okrucieństw wojennych, których była świadkiem od najmłodszych lat, ogromu niesprawiedliwości, utraty potomstwa, czy jej sytuacja wyglądałaby inaczej? Być może nie odrzuciłaby miłości, rodziny, małżeństwa, wartości na których opiera się egzystencja wspólnoty. Moje doświadczenia są inne, ja należę do tych szczęśliwców, którym podarowano kawałek Księżyca, zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Otaczają mnie ludzie, którzy udowadniają mi każdego dnia, że marzenia można spełniać, wystarczy uwierzyć. Urodziłam się czasach pokoju, nie zaznałam głodu ani okrucieństw wojny i nigdy nie byłam sama. Zawsze miałam wokół siebie osoby gotowe do pomocy, mimo to początki macierzyństwa napawały mnie lękiem. Strachem, który wpisany jest w naszą egzystencję. Polecam tę lekturę wszystkim kobietom, to dla nich powstała. I na koniec dodam, że warto również przeczytać ciepłą, nieco magiczną opowieść o początkach rodzicielstwa autorstwa Elif Shafak zatytułowaną “Czarne mleko”. Tu uzyskujemy niezwykle optymistyczną, oniryczną wizję pierwszego spotkania matki i dziecka, zupełnie inną, bo opartą na radosnych doświadczeniach tureckiej autorki.

poniedziałek, 17 listopada 2014

“Profesor Stoner” John Williams

foto: archiwum własne
Już od jakiegoś czasu obserwuję z nieskrywaną radością tendencję wydawców do sięgania po zapomniane dzieła, otrzepywania ich z patyny czasu i nadawania im drugiego życia. W tym roku udało mi się przeczytać “Diamentowy plac” Merce Rodoredy (1962), “Pianę dni” Borisa Viana (1947), “Fahrenheit 451” Ray'a Bradbury'ego (1953) i właśnie “Profesora Stonera” Johna Williamsa (1965), lecz zapewne listę tę można by wydłużać w nieskończoność. Cóż takiego kryje się w z pozoru mało interesującej opowieści o życiu farmera, który staje się profesorem literatury? Odpowiedź to emocje, stopniowo narastające napięcie, pozorne amor fatis głównego bohatera. Z jednej strony William Stoner przyjmuje to, co wokół niego się dzieje ze stoickim spokojem, godzi się z losem, z drugiej pozwala sobie na jeden jedyny moment buntu, gdy kolejny raz z rzędu z powodu konfliktu z niejakim Hollisem Lomaxem otrzymuje, mimo swojej pozycji wieloletniego wykładowcy, zajęcia dla studentów pierwszego roku. Wielokrotnie miałam ochotę wyciągnąć Stonera z kart powieści i wytargać za uszy, wrzeszczeć na niego i wzywać by się opamiętał, walczył o swoje szczęście, o swoje życie. Jak wtedy, gdy zakończył romans z Katherine, bo groziło im obojgu zrujnowanie naukowej kariery albo gdy zaniechał walki o wydalenie z uczelni doktoranta, który o literaturze miał takie pojęcie jak ja o języku programowania Java. Z wielką radością potrząsnęłabym też jego fatalną małżonką- Edith, która z niewiadomych dla mnie przyczyn zdecydowała się na jałowe trwanie u jego boku mimo jawnej niechęci, jaką go darzyła. Prawie do końca powieści nie zgadzałam się z twierdzeniem autora, że tytułowy Profesor nie jest człowiekiem nieszczęśliwym jak widzi go większość czytelników. Dopiero później dotarło do mnie, że William Stoner przeżył swe życie tak jak chciał, była to dobra egzystencja człowieka, który dokonywał wyborów i zdawał sobie sprawę z ich konsekwencji. Radość i wytchnienie dawała mu praca, uciekał od nieudanego małżeństwa w zacisze swego gabinetu, otaczał się książkami, studentami – to dawało mu spokój ducha, koiło ból rozczarowania. Ostatecznie porzuciłam swoje wątpliwości na ostatniej stronie powieści, kiedy to złożony nowotworem Profesor wydaje ostatnie tchnienie i jednocześnie doznaje olśnienia, uderza w niego świadomość własnej tożsamości. Oddaje się refleksjom i wyraźnie zaznacza, że przez całe życie “był sobą i wiedział, co to znaczy”. Jak wielu z nas może poszczycić się tym, że robi to, co kocha, nie ma wątpliwości, że obrało właściwą drogę? Co to znaczy być prawdziwie szczęśliwym? Niektórym radość i dopełnienie daje praca zawodowa, innym miłość i życie rodzinne, jeszcze innym obcowanie ze sztuką czy też kontemplacja natury albo kombinacja wszystkich wymienionych czynników. Jedno jest pewne, prawdziwy sukces osiągnąć możemy wtedy, gdy patrząc w przeszłość nie odczuwamy żalu, kiedy godzimy się ze swoimi porażkami. Przypomina mi się fragment wiersza Leopolda Staffa zatytułowanego “Odys”: 
"O to chodzi jedynie, 
By naprzód wciąż iść śmiało, 
Bo zawsze się dochodzi 
Gdzie indziej, niż się chciało." 
W powieści pojawiają się odniesienia między innymi do Williama Szekspira, to sonet 73 sprawia bowiem, że Stoner rezygnuje z dalszego studiowania agronomii i poświęca swą uwagę angielskiej literaturze. Ja osobiście najbardziej cenię sobie sonet 90 (przy okazji polecam “Sonety” Szekspira w znakomitym opracowaniu Stanisława Barańczaka, wydane przed Wydawnictwo a5, na kartach tej książki odnajdujemy oryginalny angielski tekst wraz z tłumaczeniem). Nie brakuje tu również ważnych wydarzeń historycznych wplecionych w tło opowieści, wśród nich I i II Wojna Światowa, początek dyktatury Franco, atak Japończyków na Pearl Harbor. I chociaż Uniwersytet Missouri wydaje się być swoistą enklawą światowe tragedie odbijają się tu echem i wpływają na życie zarówno studentów, jak i kadry nauczycielskiej. Książka posiada rekomendację Toma Hanksa oraz znakomity wstęp autorstwa irlandzkiego pisarza Johna McGaherna, gdybyście nie wierzyli mi na słowo, że warto po nią sięgnąć. Polecam.

środa, 12 listopada 2014

“Oriana Fallaci. Portret Kobiety” Cristina De Stefano

foto: archiwum własne
Muszę przyznać, że gdy sięgałam po tę książkę odczuwałam lekkie drżenie serca. Orianę Fallaci znałam z jej tekstów potępiających islam, głównie z głośnego artykułu, który ukazał się w “Corriere della Sera” 29 września 2001 roku, zatytuowanego “Wściekłość i duma” (później pojawiła się również książka o tym samym tytule). Pierwsza odważyła się powiedzieć o tym, że Europa powoli zamienia się w Eurabię i swą polityką wielokulturowości kopie własny grób. Zaostrzenie konfliktu między światem arabskim a Zachodem przewidziała zresztą na długo przed zamachami na World Trade Center, już w latach sześćdziesiątych krytykowała islamistów. Kojarzyłam też jej słynne wywiady, które przeprowadziła między innymi z Lechem Wałęsą, Muammarem Kadafim, Chomeinim, Goldą Meir, Arielem Szaronem. Ten ostatni powiedział o niej, że jest kobietą twardą, odważną, lojalną i pojętną. Niewątpliwie była ikoną dziennikarstwa, zaangażowaną, gotową na bezkompromisowe odsłanianie prawdy za wszelką cenę. Do swojej pracy podchodziła niezwykle emocjonalnie, suche fakty jej nie interesowały, zawsze podawała je wraz ze swoją opinią i oceną, nie wierzyła w dziennikarstwo obiektywne. Pojawiała się na linii frontu ze swoimi niewygodnymi pytaniami, opisując konflikty zbrojne zawsze starała się poznać stanowisko każdej ze stron. Nieprzerwanie obnażała ludzkie słabości i głupotę, niezależnie od tego czy rozmawiała z wielkim światowym przywódcą czy ze znanym aktorem. Nie bała się mówić co myśli i ta właśnie cecha napawała lękiem jej rozmówców. Do każdego wywiadu czy artykułu starannie się przygotowywała, później wielokrotnie poprawiała, zmieniała i kreśliła tekst zanim nadała mu ostateczny kształt, była perfekcjonistką. Przypisywano jej cechy kobiety wiecznie awanturującej się, porywczej, trudnej w pożyciu, o jej ciężkim charakterze krążyły legendy. Jej szczerość, odwaga fizyczna i moralna, na której punkcie miała obsesję przysporzyły jej wielu wrogów i skazały na samotność. Gdyby żyła nigdy nie zgodziłaby się na opublikowanie tej biografii, bo nade wszystko ceniła sobie prywatność swoją i swojej rodziny. Cristina De Stefano pokazuje światu w swej książce zupełnie inny wizerunek słynnej dziennikarki. To prawda, że nie ukrywa jej wad, ale przedstawia też nam zalety- wielkie serce, kruchość i czułość, jaką darzyła Fallaci swych bliskich. Gdy ulegała miłości całkowicie traciła głowę dla wybranego mężczyzny, była gotowa poświęcić karierę i wszystkie swoje osiągnięcia wyrzucić do kosza. Rzucała wszystko, czym się zajmowała, pisała romantyczne wiersze i marzyła o wspólnym życiu z głową w chmurach, zabiegała o spotkania, słała drogie prezenty ukochanemu, cierpiała, gdy ją porzucano. I choć przyznawała, że nie potrafiłaby mieszkać pod jednym dachem z żadnym mężczyzną, a instytucja małżeństwa jej nie interesuje próbowała kilka razy stworzyć normalny związek. Życie nie obeszło się z nią lekko, podczas gdy odnosiła ogromne sukcesy jako dziennikarka i pisarka, prywatnie cierpiała- bolesne rozstania, śmierć rodziców i ukochanego mężczyzny, trzykrotnie poroniła. Tęsknocie za niespełnionym macierzyństwem dała zresztą wyraz w powieści “List do nienarodzonego dziecka”. Wszystkie te mało znane fakty z jej życia odkrywa na kartach biografii Cristina De Stefano subtelnie i z wyczuciem. Na podstawie pozostawionych przez Orianę notatek, listów, pamiątek próbuje pokazać nam jaki naprawdę był jej świat. Choć stwarzała pozory osoby otwartej, łatwo nawiązującej kontakty i wylewnej, w rzeczywistości mówiła ludziom niewiele o sobie i tylko to, co chciała. Dzięki tej książce utkanej z jej wspomnień i nigdy nie opublikowanych materiałów możemy na chwilę zanurzyć się w jej świecie, pięknym, pełnym ideałów, ale też strasznym. Do dziś pokutuje mylne przekonanie o jej skrajnie prawicowych poglądach (w rzeczywistości miała w nosie to co na lewo i co na prawo, dla niej liczyła się wolność wypowiedzi i poglądów), o tym jak była zła i zawistna. Ja, podobnie jak autorka jej biografii, cenię Orianę Fallaci przede wszystkim za prawdomówność i odwagę. Czytając tę książkę odkryłam, że wiele nas łączy poza okropnym charakterem, miłość do książek i potrzeba otaczania się nimi, hipochondryzm i nieumiejętność wybaczania. Lektura ta wywarła na mnie tak silne wrażenie, że nie mogłam się powstrzymać przed zakupem czterech książek Oriany Fallaci, także wkrótce jeszcze mocniej zagłębię się w jej świat. Nie mogę się już doczekać.

piątek, 31 października 2014

“Miasto kłamstw. Cała prawda o Teheranie” Ramita Navai

foto: archiwum własne
Brytyjska dziennikarka irańskiego pochodzenia napisała reportaż , który czyta się jak znakomitą powieść. Autorka opisuje w nim historię ośmiu wyrazistych postaci, które spotkała podczas swoich wędrówek po Wali Asr, głównej arterii miasta kłamstw. Jest ona zarazem osią tych opowieści. Poznajemy Dariusza, członka MEK (Modżahedin-e- Chalgh, Bojownicy Ludowi), zdradzaną małżonkę- Somaję, Amira- syna zamordowanych przez reżim wrogów politycznych, Biżana- gangstera i handlarza narkotyków, byłego członka japońskiej Yakuzy, Lejlę- prostytutkę, Morteza- żołnierza Basidż (paramilitarnej straży obywatelskiej) będącego jednocześnie homoseksualistą (co z definicji powinno się wykluczać), Asghara, który większość życia poświęcił hazardowi i rozrywkom przy czym ściśle przestrzegał dżawanmardi (kodeksu honorowego) oraz Faridę, dawną członkinię towarzyskiej śmietanki z najwyższego szczebla, obecnie podupadłą “lwicę salonową”. I jest to mieszanka wybuchowa. W każdej opowieści roi się od obyczajów, nakazów i zakazów związanych z wiarą, a w opozycji do nich mamy konflikty wewnętrzne i wyzwania, przed którymi stają bohaterowie. Muszą lawirować, muszą kłamać, często poświęcać własne szczęście, aby ocalić życie. Ramita Navai nie stara się ich oceniać ani nie usprawiedliwia, mówi jak jest, aby przeżyć w Teheranie trzeba umieć się dostosowywać, reagować błyskawicznie na zmieniające się okoliczności. Bardzo ciekawie opisany jest dysonans między południową, biedną częścią miasta a bogatą północną, w której więcej uchodzi płazem. Nieraz uśmiechałam się czytając o nienawiści do Zachodu, tępieniu amerykańskich wzorców, a dwa akapity dalej jakaś postać poruszała się po mieście porsche, dodgem, mustangiem, cadillakiem etc. Widać, że pomimo opisywanej hipokryzji niektórych Irańczyków, dylematów związanych z wiarą, przerysowania kilku bohaterów autorka stara się przekazać szczery obraz miasta, które zna ze swojej młodości i nadal darzy wielkim sentymentem. Navai pisze tak, że niemal czujemy się jakbyśmy sami podążali szeroką Wali Asr, obserwowali uliczny zgiełk i wdychali kłęby spalin. Dawno nie czytałam tak dobrego reportażu, wspaniały, niezwykle żywy i plastyczny portret Teheranu. Polecam.

niedziela, 26 października 2014

“Opowieści z Narnii. Książę Kaspian” C.S. Lewis


Kolejna odsłona cyklu, który pojawił się już na blogu. Jedna z moich ulubionych książek z dzieciństwa. Czwórka rodzeństwa- Zuzanna, Piotr, Edmund i Łucja za sprawą czarów z ponurego peronu brytyjskiej stacji kolejowej przenoszą się do magicznej krainy- Narnii. Okazuje się, że rok, który upłynął od ich nieobecności według ich ludzkich wyliczeń, dla Narnijczyków oznacza całe stulecia. Dzieci przybywają na wyspę i początkowo nie mogą odnaleźć się w zastanej rzeczywistości, gdyż z upływem czasu zmianie uległ nawet krajobraz. Próżno w tej opustoszałej krainie szukać śladów jej dawnej świetności. Po jakimś czasie trafiają do ruin zamczyska, okazuje się, że to ich dawna siedziba, Ker- Paravel, odnajdują swe atrybuty władzy, wszystkie poza magicznym rogiem, który ma nieść pomoc potrzebującym. Równolegle do wątku rodzeństwa prowadzona jest historia Kaspiana, potomka podstępnie zamordowanego króla Telmarów, który dorasta pod okiem swego wuja, groźnego Miraza. Uzurpator przejmuje rządy w kraju i z wytęsknieniem oczekuje narodzin potomka. Gdy wreszcie spełniają się jego nadzieje Kaspian jest zmuszony ratować się ucieczką. Jedyną osobą w królestwie, która mu w tym pomaga jest stary nauczyciel, który podobnie, jak wcześniej niania, opowiada mu barwne historie dotyczące dziejów starej Narnii. Książę w lasach natyka się na prawowitych mieszkańców królestwa- mówiące zwierzęta, centaurów, karłów, faunów, olbrzymów. Jedynie drzewa pozostają niewzruszone, jakby utraciły swe magiczne właściwości. W tym samym czasie gdy Kaspian i Narnijczycy stają do nierównej walki z Mirazem dzieci próbują przedostać się do Kopca Aslana i udzielić im pomocy. Mamy tu barwne opisy bitew, pojedynków, taktyki wojennej, nawiązania do mitologii greckiej- Bachanalia, oczywiście do Biblii również- zarówno Telmarowie, jak i dawni królowie Narnii są Synami Adama i Córami Ewy. Tradycyjnie już lew Aslan ratuje mieszkańców magicznej krainy wzywając na pomoc duchy drzew, bitwa zostaje wygrana, nastaje pokój, a prawowitym królem Narnii zostaje Książę Kaspian. Rodzeństwo za sprawą tajemnego przejścia wraca do Anglii, dla Piotra i Zuzanny jest to koniec przygód, oni już nigdy nie postawią stopy w magicznej krainie, co możemy tłumaczyć symbolicznym przejściem w dorosłość. I na zakończenie dodam, że znalazłam w tej części cyklu bardzo ciekawy cytat o buku: "Spojrzała na drzewo buku, pod którym stała. Ach, ono byłoby najwspanialsze! Byłoby pełną wdzięku i godności gładkolicą boginką, panią lasu."
foto: archiwum własne

czwartek, 23 października 2014

“Skradziona” Clara Sánchez

foto: archiwum własne
Hiszpańska pisarka napisała książkę inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami. W latach siedemdziesiątych, za rządów generała Franco, porywano dzieci tuż po narodzinach i sprzedawano. Proceder ten ciągnął się również, co jest zaskakujące, po obaleniu reżimu. W zależności od źródeł dowiadujemy się, że sprawa dotyczy 60 000 lub nawet 300 000 rodzin. W ten haniebny proceder zamieszani byli lekarze, położne, ludzie Kościoła, pośrednicy, urzędnicy państwowi. Afera medialna wybuchła 27 stycznia 2011 roku, kiedy to stowarzyszenie skupiające osoby, będące ofiarami takich porwań zdecydowało się złożyć skargę do Prokuratury Generalnej. Do pozwu dołączały kolejne osoby. Sprawa zelektryzowała opinię publiczną, w marcu 2011 roku trafiła do hiszpańskiego Parlamentu. Wszystkie te wydarzenia w ciekawy sposób opisuje artykuł pod tytułem “Tysiące ukradzionych dzieci”, napisany przez Macieja Stasińskiego, który ukazał się 12 kwietnia 2011 roku w “Wysokich obcasach”.

Jeśli chodzi o powieść Clary Sánchez mam mieszane uczucia. Pisarka opisuje historię z perspektywy dwóch rozdzielonych sióstr- Veroniki i Laury. To właśnie Laura tuż po narodzinach została odebrana matce i sprzedana bogatej hiszpańskiej rodzinie. Betty nigdy nie pogodziła się ze stratą dziecka i poświęciła życie na poszukiwania, później swoją obsesję przekazała córce- Veronice. Stopniowo odkrywamy tę historię, wszystkie powiązania. Dowiadujemy się, że tak naprawdę nikomu w otoczeniu sióstr nie można ufać. I chociaż główny wątek jest bardzo ciekawy, a dylematy Laury, której dotychczasowe życie ulega rozpadowi po spotkaniu z Veronicą są przedstawione znakomicie, to w książce mamy niepotrzebne powtórzenia i dłużyzny oraz dziwaczne wątki poboczne- nastoletnie miłości obu sióstr, które autorka mogła sobie darować.

Zastanawia mnie też czarno- białe przedstawienie historii. Delikatna Betty, jej mąż, niezbyt zamożni versus demoniczna, bogata babka Laury- Lilly i jej skrajnie nieodpowiedzialna córka Greta. Szlachetność i dobro kontra zło wcielone, a przecież zarówno tym, którzy dziecko utracili, jak i tym, którzy je kupili wmawiano brednie, żeby transakcja mogła dojść do skutku. Rodziców informowano, że dziecko zmarło przy porodzie, a parom, które pragnęły je “adoptować” serwowano historię o biednej rodzinie, której nie stać na utrzymanie niemowlęcia i pragnącej w tej sposób zapewnić mu lepszy byt.

Język tej powieści również mnie zdziwił, momentami piękne literackie opisy, metafory aż tu nagle jak atramentowy kleks lub kwiatek do kożucha wepchnięty jakiś kolokwializm. Generalnie książka jest ciekawa, temat bulwersujący, ale peanów na jej cześć napisać nie potrafię. Czyta się dosyć szybko. Polecam zainteresowanym. Przy tej okazji warto przypomnieć książkę "Mam na imię Victoria. Zaginione dzieci Argentyny" autorstwa Victorii Dondy. Jest to relacja z pierwszej ręki dotycząca wydarzeń, które miały miejsce w Argentynie. W latach 70., 80. wrogów reżimu skazywano na śmierć i zabierano im dzieci. Zmieniano ich tożsamość i oddawano do adopcji rodzinom "dobrze widzianym politycznie". Victoria jest właśnie takim odebranym biologicznym rodzicom dzieckiem, o czym dowiedziała się po latach życia w kłamstwie. Ten reportaż zdecydowanie polecam.