Szuflada



Obecnie piszę głównie do szuflady. Dlaczego to robię? Sprawia mi to przyjemność, odstresowuje.
Uwalniam swoją wyobraźnię wykonując całkiem prozaiczne czynności jak prasowanie, sprzątanie czy gotowanie, czasem niesamowitą historię przynosi sen.
Czy kiedykolwiek odważę się Wam coś pokazać?
Niewykluczone :)


#5 Tytuł: Aptekarz Autor: Anna Kotlińska- Bubała 

Aptekarz
foto: archiwum własne

                               Wojtek nerwowo przeczesywał ręką przetłuszczoną czuprynę, robił tak zawsze próbując zaklinać rzeczywistość za pięć ósma wieczorem, tuż przed zamknięciem apteki. W jego odczuciu gest ten miał powstrzymać złośliwy los przed przysłaniem mu pacjenta w ostatnich minutach pracy. Jeszcze tylko trzysta sekund dzieli go od upragnionego weekendu. Zaraz sprawdzi w Internecie na jaki film mógłby pójść do kina, choć wyprawa bez samochodu aż do Wrocławia wcale nie będzie łatwa, że też ten stary gruchot akurat dzisiaj musiał odmówić mu posłuszeństwa. Może lepiej będzie podjechać autobusem do Namysłowa, a stamtąd ruszyć pociągiem do Opola? Zadrżał na dźwięk dzwonka zawieszonego u drzwi, który oznajmiał nadejście nieproszonego gościa. Wyprostował się jak struna, pomimo niecenzuralnych uwag kłębiących się w głowie, przybrał najbardziej profesjonalny uśmiech i obrzucił spojrzeniem dziwaczną kobietę, która pojawiła się w aptece. Była dosyć niska, ubrana w strój wskazujący mniej więcej XVIII wiek, na głowie miała ogromny kapelusz przyozdobiony kwiatami, piórami, wypchanymi kolorowymi ptaszkami, spowijała ją żółta atłasowa suknia, wokół szyi okręcała się etola z futra (w środku lata) a jej twarz była anemicznie blada. Wojtek pomyślał, że być może w starym pałacu kręcą jakiś film historyczny i akurat zabrakło tabletek na ból głowy, może szybko załatwi sprawę i będzie mógł wreszcie wyjść do domu.
Dobry wieczór. W czym mogę Szanownej Pani pomóc?”- zapytał.
foto: Pixabay
Kobieta zignorowała jego słowa i wbiła w niego znużone spojrzenie, otaksowała wzrokiem wnętrze apteki, jakby pierwszy raz widziała taką mnogość preparatów i kosmetyków, po czym odchrząknęła lekko i przemówiła:
Tuszę, iż moja służąca przybyła rankiem w te skromne progi i przekazała Panu pisemne zalecenia mego doktora odnośnie soli na nerwy, które miałam dziś wieczór otrzymać?”
Wojtek pomyślał, że być może nie wyszła jeszcze z roli, słyszał opowieści o aktorach, którzy podczas kręcenia produkcji filmowej za zgodą reżysera grają nawet poza planem.
Ma Pani zapewne na myśli receptę lekarską, jak Pani godność?”- próbował dociec aptekarz.
Hrabina Wilhelmina Albertyna Mączyńska, z domu Seydlitz”- odpowiedziała kobieta jednym tchem.
Wojtek zdenerwował się lekko, choć nie dał po sobie nic poznać, ukradkiem spojrzał na zegar, już pięć minut temu powinien był zamknąć aptekę, a zapowiada się, że kolejne dwadzieścia będzie musiał poświęcić na dociekanie jak naprawdę nazywa się pacjentka.
Nie przypominam sobie recepty wystawionej na to nazwisko, ale ponieważ rozpocząłem dziś pracę o godzinie 13.00 muszę skonsultować się z koleżanką z poprzedniej zmiany”, gestem dłoni wskazał hrabinie krzesło i powiedział: “Proszę spocząć, to potrwa tylko chwilę”. Jednocześnie wykręcał numer telefonu do kierowniczki- Ani.
Witam Pani magister, mam nadzieję, że nie przeszkadzam, mam tu pacjentkę po odbiór recepty z rana, jest tylko problem, dziwnie ubrana w strój z epoki kobieta twierdzi, że jest hrabiną, papiery rzekomo przyniosła służąca itd. Może mi Pani wyjaśnić o co chodzi? Czy kręcą film historyczny w Minkowskich czy to jakiś żart?” Po chwili dało się słyszeć zmęczony głos w słuchawce:
Jedyną osobą z receptą, która odwiedziła aptekę rano była pielęgniarka. Wypisano na niej Klozapol*. Kobieta powiedziała mi, że odbierze ją jutro, martwiła się, że jej pacjentka już od miesiąca nie przyjmuje leków- ukrywała tabletki pod materacem łóżka i to się może źle skończyć. Myślę, że powinieneś uważać i zawiadomić ochronę, jeśli nie policję. Ja też zaraz przyjadę. Bądź ostrożny”. 

W tym momencie Wojtek podniósł głowę i stanął jak wryty, kobieta znajdowała się przed nim, po drugiej stronie zbyt niskiej lady, w dłoni trzymała srebrny, bardzo ostry nóż do otwierania listów, uśmiechała się z szalonym błyskiem w oku i jednocześnie gotowała do skoku. Aptekarz zdążył jeszcze nacisnąć czerwony przycisk alarmu, po czym zapadła całkowita ciemność. W oddali słychać było ryk syren.
foto: Pixabay

Miałam taki sen. Obudziłam się jeszcze zanim usłyszałam natrętny dźwięk budzika. Otworzyłam szeroko kuchenne okno, wciągnęłam w nozdrza odrobinę petrichoru. Trzeba nastawić ekspres do kawy, przygotować śniadanie. Zaraz wstanie mąż, obudzą się też dzieci. Myślę, że już czas ponownie odwiedzić Minkowskie. W tym magicznym miejscu czeka jeszcze wiele nieopowiedzianych historii.

*Klozapol- jest to silny lek antypsychotyczny, stosowany między innymi w psychozach schizofrenicznych.











#4 Tytuł: Za jeden grosz Autor: Anna Kotlińska- Bubała

Za jeden grosz
foto: archiwum własne

                                Pan Józef przychodzi na świat 22 maja 1945 roku, nie ma pierwszego krzyku, nie oddycha, dopiero sztuczna wentylacja przeprowadzona przez doktora Marcinkowskiego przywraca go do życia. Później także nie płacze, rzadko wpada w zły nastrój, jest pogodnym, zdrowym i silnym dzieckiem. Rodzinie się nie przelewa, na wsi żyje się ciężko. Stop. Trzask. Następny slajd. 
foto: Pixabay
Sześcioletni Józek obserwuje matkę, która pracuje jako oborowa, pobudka 2.30 rano, nie ma reguł, nie ma specjalnej techniki, chłopiec widzi jak inne kobiety pomagają sobie nawzajem zarzucać na plecy grube, ciężkie worki z paszą dla krów. Na zawsze zapamięta obraz mamy zgiętej w pół. Późniejsze problemy z kręgosłupem, wypadanie macicy to będzie temat tabu. Stop. Trzask. Następny slajd. Józek musi jakoś zarobić na książki i zeszyty, zbiera wszystko co nadaje się do sprzedania- złom, stare gazety, puszki, latem jagody, jesienią grzyby, pomaga też rodzicom przy pracy w PGR, zbiera ogórki. Dla niego nie ma czegoś takiego jak wakacje czy odpoczynek. Stop. Trzask. Następny slajd. Młody Józef uśmiecha się nieśmiało do pięknej Basi, która już dawno temu skradła jego serce, widywał ją często na polu kiedy zaczął pracę jako traktorzysta, czasem też zgłaszał się na ochotnika, żeby dowieźć obiad tym, którzy nie wracali do pracowniczej stołówki zajęci robotą przy żniwach. W tym gorącym okresie do Minkowskich zjeżdżali się pracownicy z innych pegieerów. Na koniec, w starym Pałacu urządzano potańcówki. Dziś Józef poprosi Basię do tańca i skradnie jej pocałunek. Jutro dziewczyny już nie będzie, zginie wciągnięta przez maszynę do prasowania słomy.
foto: Pixabay
  Stop. Trzask. Następny slajd. W tym samym roku umierają też rodzice Józefa, tata na zawał, mama na zapalenie opon mózgowych. Szesnastolatkiem na zmianę zajmuje się ciocia i wujek. Chłopak ciężko pracuje, jeździ traktorem, oprócz tego pomaga wszędzie, gdzie się da wykonując drobne naprawy. Nie ma czasu myśleć o tym, że omija posiłki, że jest ciężko. Choć pieniędzy brakuje, mają siebie. Ciocia czyta Józefowi wieczorami “Zbrodnię i karę”, “Wojnę i pokój”, “Ojca Goriot” i jego ulubionych “Nędzników”. Tak właśnie ją zapamięta, w każdej, nielicznej wolnej chwili z książką w ręce. Stop. Trzask. Kolejny slajd. Piąta rano, Józef ustawia się w kolejce po mleko i wodę mineralną, dziś otrzyma też przydział kartofli, które prawdopodobnie sprzeda do gorzelni, a z wełny ciotka zrobi mu ciepły sweter, który będzie mu służył długie lata. Stop. Trzask. Następny slajd. To koniec PGR. Józef ma szczęście, nowy właściciel posiadłości zatrudnia go w charakterze stróża, dla innych pracy nie ma. Chodzi teraz po posiadłości z dubeltówką w ręce, dogląda pałacu, starej grobowej kaplicy, w której lubi czasem porozmawiać sobie z Bogiem, przechadza się po Parku, wykonuje drobne naprawy- trzeba załatać dziurę w płocie na tyłach domu. Tamtędy wpadają na teren młodzi chłopcy i obrzucają kamieniami szyby albo, co gorsze, włamują się do pałacu i wykradają cenne przedmioty. 
foto: archiwum własne
Stop. Trzask. Następny slajd. Umiera ciotka Józefa, na raka płuc. Mężczyzna wspomina jak zawsze mawiała, że bieda ma swoje zalety. Nie stać ich było na nałogi, na picie, na palenie. Czasem nie było nawet co do garnka włożyć, kto by myślał w tej sytuacji o zapaleniu papierosa? Stop. Trzask. Następny slajd. Józef zauważa, że szwankuje mu wzrok, coraz gorzej idą drobne naprawy, zwłaszcza precyzyjna zegarmistrzowska robota do której miał smykałkę. Coraz częściej też ma napady wilczego głodu. Zaczyna też intensywnie się pocić. Ma wrażenie, że bez przerwy korzysta z toalety i ciągle chce mu się pić. Stop. Trzask. Kolejny slajd. W wieku 68 lat Pan Józef dowiaduje się, że ma cukrzycę. Musi zacząć odpowiednio się odżywiać, przyjmować leki- w tym insulinę, a także regularnie mierzyć poziom cukru we krwi. Stop. Trzask. Następny slajd. Aptekarz Wojciech bezradnie rozkłada ręce. “Kiedyś mogłem ofiarować Panu nowiutki glukometr, sprzedać paski za jeden grosz, tak samo z insuliną, teraz takich rzeczy zabrania prawo, może w OPSie Panu pomogą, musi się Pan tam zgłosić”- mówi do Józefa. Mężczyzna jednak nie słucha, nie chce nikomu niczego zawdzięczać, całe życie ciężko pracował, bez wakacji, bez świętowania, bez rodziny, nie chce być dla nikogo ciężarem, skromna renta ledwie wystarcza na podstawowe opłaty i coś do jedzenia, skąd wziąć na leki? Stop. Trzask. Kolejny slajd. Józef budzi się w szpitalu, zemdlał, na szczęście sąsiad zauważył jak mężczyzna się przewraca i wezwał karetkę. Ordynator szpitala informuje Pana Józefa o czekającej go operacji, niestety nie uda się uratować nóg, obie trzeba amputować. Przy okazji lekarz wygłasza długą tyradę o tym, że należało regularnie przyjmować leki, stosować dietę, dbać o siebie i nie byłoby takich kłopotów. Profilaktyka przede wszystkim. Pan Józef wie, że w tym, co mówi ordynator jest wiele racji, ale jak wytłumaczyć mu, że z głodowej renty nie da się wyżyć, choroba odebrała mu pracę, nie stać go na lekarstwa, więc tylko leży i kiwa głową z zawstydzeniem. Stop. Trzask. Kolejny slajd. 
foto: Pixabay
Pan Józef budzi się obolały. W głowie jeszcze kręci mu się od narkozy. Dłoń kłuje wenflon, w żyłach pulsuje roztwór kroplówki. Mężczyzna zamyka oczy, nie chce tak żyć. Stop. Trzask. Następny slajd. Pielęgniarka posadziła Pana Józefa na wózku inwalidzkim przy uchylonym oknie, po czym wyszła. Mężczyzna widzi w tym swoją szansę, dar od losu. Podciąga się na rękach, wspina na parapet, zawsze był silny, otwiera szerzej okno, wychyla się i spada, głową w dół, w nicość. Stop. Trzask. Koniec. Nie ma już nic, tylko beton i morze krwi. 
                       Miałam taki sen. Obudziłam się jeszcze zanim usłyszałam natrętny dźwięk budzika. Otworzyłam szeroko kuchenne okno, wciągnęłam w nozdrza odrobinę petrichoru. Trzeba nastawić ekspres do kawy, przygotować śniadanie. Zaraz wstanie mąż, obudzą się też dzieci. Myślę, że już czas ponownie odwiedzić Minkowskie. W tym magicznym miejscu czeka jeszcze wiele nieopowiedzianych historii. 

  Historia zainspirowana artykułem “PGR. Sieroty po starej Polsce”, który ukazał się 26 lutego 2011 roku na łamach Nowej Trybuny Opolskiej.


#3 Tytuł: "Czytająca dziewczyna" Autor: Anna Kotlińska- Bubała

“Czytająca dziewczyna”
foto: archiwum własne

foto: archiwum własne
    Słońce z wolna chowało się za koronami drzew. Hrabina Wilhelmina Albertyna Mączyńska obserwowała doskonałe boskiety uformowane w zgodzie z modą francuską i wytycznymi Le Nôtre’a. Uśmiechała się lekko, dumna ze swego okazałego ogrodu. Majestatyczna aleja lipowa prowadziła aż do drewnianego mostku. Strumyk dzielił ogród na dwie połowy. Park o drzewostanie mieszanym stanowił dalszą część założenia. Można tu było znaleźć między innymi klony, graby, lipy, dęby, świerki, a gdzieniegdzie krzewy pigwowca japońskiego czy też cyprysika groszkowego. Część położona bliżej pałacu tryskała natomiast feerią barw, na którą składały się tysiące kwiatów.
foto: Pixabay
Hrabina była dumna zwłaszcza z rozarium, posiadała wprawdzie zaledwie czterdzieści gatunków róż, ale ich uprawie poświęcano najwięcej uwagi. Szczególnym sentymentem Wilhelmina darzyła pąki o zabarwieniu herbacianym. Podwieczorek podano w ogrodzie kwiatowym. Hrabina spoczywała na dosyć niewygodnym krzesełku z ażurowym siedziskiem. Po prawej stronie stał niewielki marmurowy stolik przyozdobiony alabastrową rzeźbą przedstawiającą sowę, symbol mądrości. Na srebrnej tacy piętrzyły się francuskie ciastka- magdalenki, idealne wręcz do podawania z herbatą. Napar znajdował się zaś w gustownym imbryku wykonanym z porcelany pochodzącej z Sèvres w delikatnym odcieniu rose Pompadour, naturalnie ozdobionym różami w kolorze herbacianym. Hrabina spoglądała na część parkową. W dłoniach dzierżyła oprawiony w skórę, pokryty złotymi ornamentami notatnik. To był jej czas, przeznaczony na sporządzanie zapisków. Małżonek po raz kolejny udał się w kierunku Nysy z tajną misją, dzieci były całkowicie pochłonięte igraszkami na tyłach pałacu. Hrabina podniosła do ust porcelanową filiżankę i zastygła w tym geście. Pochłonęły ją rozmyślania. Zastanawiała się już wcześniej jaki mogłaby przybrać pseudonim, zdawała sobie sprawę, że tekstów sporządzonych ręką kobiety nikt nie opublikuje w tak szanującym się piśmie jak Journal de Berlin. Może odmieni w jakiś sposób nazwisko męża albo do panieńskiego doda po prostu męskie imię? Marzyła się jej historia na miarę La Saxe Galante. Kogóż by można uczynić jej bohaterem? Być może opisze losy swego ojca, generała Fryderyka Wilhelma von Seydlitz? Może uda się jej dotrzeć do jego pamiętników i odtworzyć obraz samego Fryderyka Wielkiego? Niewątpliwie stoi przed nią wielkie wyzwanie. Życiorys Augusta II Mocnego pióra Karola Ludwika von Pöllnitz przeczytała bowiem jednym tchem, po francusku, jeszcze zanim ukazało się tłumaczenie na język niemiecki.
“Nie. To zbyt trudne. Na początek powinnam się skupić na rzeczach drobnych, z własnego otoczenia”- pomyślała.
Posiadłość i ogród to także temat na ciekawą opowieść. Trzeba tylko zatrudnić zduna i być może kilku rzeźbiarzy, w tym Rosenthala, dokończyć dzieła.
“Marzy mi się zbudowanie pałacu pięknego i doskonałego podług założeń szkoły poczdamskiej, na kształt tamtejszego Sansoucci”- westchnęła.
Kaskadę myśli hrabiny przerwało nadejście służącego. Trzymał on pod pachą pakunek pieczołowicie owinięty ozdobnym papierem i przewiązany purpurową wstęgą. Wilhelmina odstawiła filiżankę, z wystygłą już herbatą z kilkoma kroplami mleka, na spodek. Nakazała służącemu rozpakowanie zawiniątka. Przed oczami miała teraz obraz, na którym przedstawiono młodą, piękną kobietę czytającą książkę.
foto: Wikipedia, jest to fotokopia obrazu "Dziewczyna czytająca książkę" francuskiego malarza Jeana-Honoré Fragonarda, który powstał ok 1776 roku, obecnie znajduje się w National Gallery of Art w Waszyngtonie

Dziewczyna siedzi w dostojnej pozie, włosy ma starannie upięte, plecy idealnie wyprostowane, jej doskonałe ciało przyobleczone jest w piękną, żółtą suknię marszczącą się delikatnie w okolicach biustu. Z dzieła bije wyniosłość i powaga. Młoda kobieta zdaje się być nieświadoma, że oto stała się modelką i jej wizerunek artysta uwieczni na zawsze na płótnie. Dziewczyna jest całkowicie pochłonięta lekturą, na nic i na nikogo nie zwraca uwagi. Rysy tej postaci wydają się hrabinie znajome. Zaczyna się zastanawiać gdzie też mogła oglądać to oblicze. Służący dyskretnie chrząkając podaje jej bilecik dołączony do gustownego opakowania.
“Wielmożna Pani, 
Żywię głęboką nadzieję, iż nie odbierze Pani tego gestu jako nadmiar impertynencji z mej strony, ale pozwolę sobie powinszować Pani zamążpójścia. Składam to skromne płótno na Pani ręce jako mój spóźniony podarunek ślubny. Taki obraz Pani osoby, szanowna Hrabino, wyłonił się z meandrów mej pamięci. Taką też życzyłbym sobie Panią zapamiętać. 
Pozostaję oddany i z szacunkiem. 
Jean-Honoré Fragonard” 
Wilhelmina ociera łzę wzruszenia, po plecach przebiega jej zimny dreszcz. Powoli zbliża się chłodny zmierzch. Hrabina wydaje dyspozycje służbie odnośnie do przygotowania kolacji, doprowadzenia do porządku umorusanych pociech. Wzdycha głęboko. Dziś również muza natchnienia nie zaszczyciła jej swoją obecnością. Być może nazajutrz uda jej się skreślić parę słów inspirowanych obrazem. Ostatni raz spogląda na okazały park, po czym wraca dostojnym krokiem do pałacu.
foto: archiwum własne
                      Miałam taki sen. Wstałam zanim jeszcze rozległ się natrętny dźwięk budzika. Otworzyłam szeroko kuchenne okno, wciągnęłam w nozdrza odrobinę petrichoru. Trzeba nastawić ekspres do kawy, przygotować śniadanie. Zaraz wstanie mąż, obudzą się też dzieci. Myślę, że już czas ponownie odwiedzić Minkowskie. Z każdą kolejną wizytą w tym magicznym miejscu notatnik oprawiony w skórę, ten ze złotymi ornamentami, powoli wypełnia się opowieściami.

Źródła:
1. “HISTORIA MALARSTWA. WĘDRÓWKI PO HISTORII SZTUKI ZACHODU.” Siostra Wendy Beckett przy współpracy Patricii Wright, wydawnictwo Arkady, Warszawa 1996, ISBN 83-213-3770-8, strony 228- 230.
2. http://pl.wikipedia.org/wiki/Prusy_w_XVIII_wieku
3. http://www.namslau.republika.pl/minkowskie.htm
4. http://seydlitz.republika.pl/slawni.html
5. http://seydlitz.republika.pl/posiadlosci/minkowski.html
6. http://www.britannica.com/EBchecked/topic/537266/Friedrich-Wilhelm-baron-von-Seydlitz
7. http://www.sejm-wielki.pl/b/dw.53993
8. http://pl.wikipedia.org/wiki/Ogr%C3%B3d_francuski

#2 Tytuł: Beton Autor: Anna Kotlińska- Bubała

Beton

                                 
foto: Pixabay
                                          Rok 2045 okazał się przełomowy dla Polski. Złoża gazu łupkowego znalezione na południowy wschód od Namysłowa pozwoliły naszemu krajowi wreszcie zacząć dyktować warunki na arenie międzynarodowej. Rzeczpospolita stawała się potęgą. Spełniło się marzenie wielu z nas. Był to niekwestionowany sukces ekipy inżyniera Zbigniewa Schneidera. Dla całego regionu zmiany były diametralne, nie tylko w krajobrazie w pobliżu odkrytych zasobów. Jak grzyby po deszczu wyrastały hipermarkety, multipleksy, kościoły, teatry, pływalnie, szkoły, żłobki, morze betonu rozlewało się między Opolem a Wrocławiem. Wkrótce zaczęły też powstawać eleganckie białe osiedla, niskie czteropiętrowe domy z kolektorami słonecznymi na dachu. Strzeżone, otoczone gustownymi murami, z własnymi strumykami, wybetonowanymi uliczkami, sztuczną trawą i bezpiecznymi placami zabaw ze specjalnego rodzaju plastiku i gąbczastym podłożem. Mieszkania o metrażu, nie mniejszym niż sto metrów, były dostępne w zasadzie dla wszystkich. Jedno z nich zajmowała rodzina inżyniera Schneidera, żona- Marta i dwójka dzieci- Adaś i Krysia. Jedyne, co mogłoby zastanawiać, ale oczywiście ludzie sukcesu nie zawracają sobie tym głowy, to absolutna cisza wokół osiedla- w dzień nie słychać było świergotu ptaków, w nocy pohukiwania puszczyków, kiedyś tak licznych w tym rejonie. 
foto: Pixabay


                                         Pewnego dnia rodzeństwo bawiło się grając w piłkę na sztucznej murawie, Adaś zbyt mocno kopnął zabawkę, ta wypadła za mur, którego dzieciom nie wolno było przekraczać bez opieki dorosłych. Ze złości chłopak z całej siły zaczął kopać sztuczną trawę. Po chwili żywo-zielony fragment odsłonił coś brązowego, dziwnego. Dzieci spojrzały z zainteresowaniem na odsłaniający się fragment ziemi. Najpierw nieśmiało próbowały wybadać cóż to takiego mają przed sobą. Dotykały, chwyciły garść “tego czegoś” w ręce, pobrudziły się. Rodzeństwo zaczęło odsłaniać coraz większe połacie gleby. Adaś i Krysia w którymś momencie spojrzeli na siebie i jakby był to umówiony, od dawna oczekiwany znak rozpoczęli kopanie. Pracowali, aż pot pojawił się na ich malutkich czołach, nie zwrócili nawet uwagi, że zbliża się pora obiadu. W pewnym momencie ich dłonie wyczuły opór, dzieci trafiły na jakiś twardy, kwadratowy przedmiot. Było to bardzo stare, zniszczone metalowe pudełko. “Skarb, znaleźliśmy prawdziwy skarb!”- okrzyk entuzjazmu wydobył się z ich ust. Rodzeństwo postanowiło niezwłocznie sprawdzić, co kryje się w niezwykłej szkatułce. Ciężko ją było otworzyć, czas i długie przebywanie pod ziemią zrobiły swoje, zamek nie chciał ustąpić. Adaś i Krysia nie byli jednak z tych, którzy łatwo się poddają, tak długo manipulowali przy pudełku, że wreszcie odnieśli sukces. W środku, wbrew oczekiwaniom nie znaleźli złotych monet ani biżuterii. Wyciągnęli plik starych pocztówek i zdjęć, a także kilka pożółkłych kartek papieru.
foto: Pixabay
foto: archiwum własne
Fotografie przedstawiały okazały pałac w otoczeniu drzew, skromny drewniany most, strumyk, wszystko to spowite słonecznym blaskiem. Na niektórych, ręcznie malowanych pocztówkach, pojawiała się kobieta w stroju z XVIII wieku, trzymająca w rękach książkę i porcelanową filiżankę. Jeszcze inne zdjęcia przedstawiały pałacowe
wnętrza- salę z ogromnym kominkiem, z zawieszonymi na ścianach licznymi jelenimi porożami, salę balową z lustrami, złotymi kandelabrami
i kryształowym żyrandolem. Dzieci oczywiście nie rozpoznawały ani krajobrazu ani żadnego z przedmiotów uwiecznionych na zdjęciach.   Plik kartek też nie przedstawiał ich zdaniem niczego interesującego, jakieś listy zapełnione hieroglificznym, ręcznym pismem, a pośród nich kartka zadrukowana literami z komputera, którą mogły przeczytać. “To chyba wiersz”- powiedziała Krysia. Adaś przytaknął. Tytuł utworu brzmiał: “Pamiętajcie o ogrodach”*. Dalsze czytanie przerwał krzyk mamy dzieci: “Adaś, Krysia obiad na stole!”. Rodzeństwo pobiegło szybko do domu z wykopaną z ziemi szkatułką pod pachą. Umorusani i szczęśliwi już od progu zawołali: “Mamo, mamo zobacz, co znaleźliśmy. To prawdziwy skarb!” Marta spojrzała na dzieci z dezaprobatą. “Jak Wy wyglądacie kochani? Jak banda dzikusów, cali w pyle i ziemi, marsz do łazienki zanim ojciec was zobaczy!”- krzyknęła. “Mamo, powiedz nam tylko co to jest?”- zapytała Krysia podsuwając Marcie pod nos zdjęcie, na którym widać było bujny ogród i pałac, wskazując palcem drzewo. “Nie mam zielonego pojęcia”- odparła kobieta- “A teraz, marsz umyć się i to już!”. Dzieci posłusznie skierowały się w stronę łazienki i zniknęły w korytarzu. Marta zaś cisnęła metalowe pudełko wraz z zawartością do kosza na śmieci. 
foto: archiwum własne
                                        

                         Miałam taki sen. Obudziłam się jeszcze zanim usłyszałam natrętny dźwięk budzika. Otworzyłam szeroko kuchenne okno, wciągnęłam w nozdrza odrobinę petrichoru. Trzeba nastawić ekspres do kawy, przygotować śniadanie. Zaraz wstanie mąż, obudzą się też dzieci. Myślę, że już czas ponownie odwiedzić Minkowskie. W tym magicznym miejscu czeka jeszcze wiele nieopowiedzianych historii. 
* “Pamiętajcie o ogrodach”- piosenka autorstwa Jonasza Kofty



#1 Tytuł: Lacrimosa Autor: Anna Kotlińska- Bubała 

Lacrimosa 
foto: archiwum własne

                 

                     Maciek, Magda, ich córka Ola i trzyletni labrador Vito od paru godzin byli w podróży do Wrocławia. Zmęczenie dawało o sobie znać. Wszyscy byli zdenerwowani, w pewnym momencie stało się jasne, że zgubili drogę. Jeden niewłaściwy skręt, złe oznaczenia i tak to się kończy, jeśli ktoś nie decyduje się na pomoc GPSa. Coraz bardziej zirytowany Maciek rozglądał się w poszukiwaniu jakiegoś miejsca na postój, chciał wyciągnąć mapę i spróbować naprawić błąd. Jeśli czegoś nie wymyśli zaraz rozpocznie się niekończąca się seria uwag, lamentów i narzekań ze strony Magdy, a rodzinny wyjazd szlag trafi.
“Mamooooo, sikuuuuuu!!!!”- zawołała Ola wywołując tym samym kolejną falę paniki.
foto: archiwum własne
Mijali właśnie opuszczony pałac i spory las, a po lewej stronie niskie bloki. Maciek gwałtownie zahamował, zaparkował w bramie i otworzył drzwi. “Pięć minut i ani chwili dłużej. Nie możemy tu przecież stać. Ja wyprowadzę psa a Ty ją wysikaj”- rzucił nieznoszącym sprzeciwu tonem do Magdy. Kiedy usiłował zdyscyplinować Vita w ułamku sekundy źle chwycona smycz wyślizgnęła mu się z ręki i zadowolone zwierzę pognało przed siebie nie zważając na znaki zakazu i liczne tablice “Teren prywatny. Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. “Niech to wszystko szlag jasny trafi, k....wa mać!”- wrzasnął Maciek. “Jak Ola skończy wracajcie do samochodu i zapal koniecznie światła awaryjne, żeby nikt nam w tyłek nie wjechał, bo jeszcze tylko tego brakuje, ja idę poszukać psa”. Wszedł w zagajnik i zaczął gwizdać w charakterystyczny sposób, rozglądał się, ale nigdzie nie mógł znaleźć zwierzęcia. Na tyłach pałacu dostrzegł wyrwę w ogrodzeniu, usłyszał ciche skomlenie. “No nie, pewnie się skaleczył o te druty, teraz jeszcze trzeba będzie szukać weterynarza, głupie bydlę”- pomyślał w złości.
foto: archiwum własne
                   Od początku był przeciwny posiadaniu zwierzęcia, ciasne mieszkanie, dziecko, niepracująca żona z początkami depresji, to dla niej kupił labradora, ale szybko pożałował tej decyzji. Pies był zupełnie dziki, nie poddawał się tresurze, jadł tyle, co słoń, gryzł wszystko, co wpadło mu do mordy, nawet najlepsze wyjściowe buty do garnituru i co najgorsze sikał, gdzie popadnie. Kolejne utrapienie. Maciek wahał się przez chwilę, rozejrzał na boki, po czym przeskoczył wyrwę w ogrodzeniu i znalazł się na terenie pałacowego ogrodu. Pies stał wpatrzony w ogromne okna, merdał ogonem, skamlał, łasił się, zachowywał się dziwacznie, ale na pierwszy rzut oka fizycznie nic mu nie dolegało. “Tu jesteś świrze jeden, do nogi, natychmiast wredny kundlu”- wrzasnął mężczyzna. Vito zignorował go i dalej wpatrywał się w szybę. Maciek zaciekawiony podszedł do okna. Początkowo nie mógł uwierzyć w to, co widzi, przetarł oczy i spojrzał ponownie. Zobaczył pięknie przystrojoną kwiatami salę, tysiące herbacianych róż, złote kandelabry, kryształowe żyrandole, liczne lustra oprawione w pozłacane ramy, wszystko to pięknie rozświetlone za pomocą miliona lampionów. Na krzesłach, tyłem do niego siedział ubrany w czerń tłum. Stroje przypominały te z XVIII wieku. Na podwyższeniu stało łoże z baldachimem, nie mógł dojrzeć postaci, firana z tiulu spuszczona z sufitu szczelnie zasłaniała widok. Nie to było jednak najdziwniejsze, na środku stał chór a obok niego orkiestra, wszyscy w białych, upiornych weneckich maskach.
foto: archiwum własne
Jakby tylko czekali na jego obecność. W momencie gdy się pojawił, zabrzmiała muzyka. Znał ten utwór. To była Lacrimosa Wolfganga Amadeusza Mozarta, fragment Requiem d-moll KV 626. Nie tak dawno opowiadał Magdzie, że kompozytor napisał własnoręcznie jedynie osiem taktów tej części mszy, resztę dokończył jego uczeń, lecz mimo to uważał akurat Lacrimosę za najbardziej monumentalny fragment requiem i chciał, żeby właśnie ten utwór zabrzmiał na jego pogrzebie. Łzy zakręciły mu się w oczach, nigdy nie słyszał piękniejszego wykonania, dodatkowo jeszcze w takiej oprawie. Marzenie każdego melomana. Nagle usłyszał trzask za plecami, ładowanie strzelby. Odwrócił się powoli i zamarł. Zobaczył starszego mężczyznę z dubeltówką w ręce. Staruszek ryknął na niego: “Wstydu Pan nie ma, czy czytać nie umie, napisane teren prywatny, a przyjeżdżają z wielkiego miasta, okradać to, co zostało z posiadłości, hańba, po stokroć wstyd i hańba, co to się z tego kraju porobiło!”.
“Ależ ja...” zaczął Maciek i nie zdążył dokończyć, bo w tym momencie Vito rzucił się na staruszka, przewrócił go, strzelba wypadła mu z ręki i wpadła gdzieś między krzewy pigwowca japońskiego. Maciek rzucił w kierunku zwierzęcia “Piesku, uciekamy” i pognali co sił w nogach w stronę lasu, przez wyrwę w ogrodzeniu, czym prędzej do samochodu. Dotarli zdyszani, wsiedli, mężczyzna zanim zapalił silnik pogłaskał czule Vita po łbie. Odjechali z piskiem opon. Magda zapytała: “Stało się coś? Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha...”.
foto: archiwum własne
                     Miałam taki sen. Obudziłam się jeszcze zanim usłyszałam natrętny dźwięk budzika. Otworzyłam szeroko kuchenne okno, wciągnęłam w nozdrza odrobinę petrichoru. Trzeba nastawić ekspres do kawy, przygotować śniadanie. Zaraz wstanie mąż, obudzą się też dzieci. Myślę, że już czas ponownie odwiedzić Minkowskie. W tym magicznym miejscu czeka jeszcze wiele nieopowiedzianych historii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz