czwartek, 31 grudnia 2015

2015

Kalendarz nie kłamie, obecny rok nieuchronnie zbliża się do końca. Dziś Sylwester, zatem doskonały czas na czytelnicze podsumowanie. Nie mam zwyczaju prezentować comiesięcznych zestawień, stosów (zawsze jak widzę sformułowanie "stosik", to mam ochotę odpalić zapałkę), najlepszych bądź najgorszych książek danego kwartału, wyjątek robię tylko 31 grudnia, ten dzień rządzi się własnymi prawami :)

foto: Pixabay

W 2015 roku udało mi się przeczytać 90 książek, o 5 więcej niż w roku poprzednim. Najwyższe oceny - 6 powędrowały do sześciu lektur. Są to, w kolejności przypadkowej: 

foto: archiwum własne

2. "W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa” Elisabeth Åsbrink
foto: archiwum własne

3. "Wywiad z historią" Oriana Fallaci
foto: archiwum własne

4. "Cywilizacja spektaklu" Mario Vargas Llosa
foto: archiwum własne

5. "Niewidzialne miasta" Italo Calvino
foto: archiwum własne

6. "Temat na pierwszą stronę" Umberto Eco
foto: archiwum własne

Najniższą ocenę - 3 wystawiłam czterem książkom, co nie oznacza, że nie należy po nie sięgać. Można, ale czy warto?

1. "Drzewo migdałowe" Michelle Cohen Corasanti
foto: Pixabay

2. "Napój miłosny" Eric Emmanuel Schmitt
foto: archiwum własne

3. "Czarnobyl" Francesco M. Cataluccio
foto: archiwum własne

4. "Lost and found. Opowiadania" Zadie Smith
foto: archiwum własne

Ponadto napisałam i opublikowałam osiem artykułów naukowych w Pulsie Farmacji, a moja pierwsza publikacja okołoliteracka, dotycząca "Cywilizacji spektaklu", pojawiła się w kwartalniku "Tytuł ujednolicony".
foto: archiwum własne

foto: archiwum własne

Nie udało mi się napisać recenzji wszystkich przeczytanych lektur, postaram się nadrobić zaległości na początku stycznia. Listę przeczytanych książek znajdziecie tu. Mijający rok zakończyłam wspaniałym reportażem Ryszarda Kapuścińskiego - "Cesarz".
foto: archiwum własne

Za największe moje tegoroczne osiągnięcie, przy którym bledną wszystkie pozostałe, uważam narodziny mojej drugiej córeczki :D
foto: archiwum własne

Czas na życzenia:
Drodzy czytelnicy bloga życzę Wam, aby nadchodzący rok obfitował w fascynujące lektury, a każda literacka podróż była znakomitą przygodą, abyście mogli oderwać się od codzienności i politycznych absurdów. Fernando Pessoa powiedział bowiem: "Literatura to najprzyjemniejszy sposób ignorowania życia" i ja całkowicie się z nim zgadzam. Zatem - na zdrowie i do zobaczenia w nowym, lepszym roku!
foto: Pixabay


środa, 30 grudnia 2015

Nowości wydawnicze 2016 roku :)

Oto lista książek, na które zwróciłam uwagę przeglądając zapowiedzi tego, co nas, czytelników, czeka w nowym, 2016 roku. Poniższe lektury z pewnością znajdą się w mojej bibliotece, a to dopiero nadchodzące premiery z dwóch pierwszych miesięcy Nowego Roku :)

1. "Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki" Ed Vulliamy zakupione
foto: Wydawnictwo Czarne

2. "Mukiwa. Biały chłopak w Afryce" Peter Godwin
foto: Wydawnictwo Czarne

3. "Przez morze. Z Syryjczykami do Europy" Wolfgang Bauer

foto: Wydawnictwo Czarne

4. "Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka" Cezary Łazarewicz
foto: Wydawnictwo Czarne

5. "Bicia nie trzeba było ich uczyć" Piotr Lipiński
foto: Wydawnictwo Czarne

6. "Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo" Marek Rabij zakupione
foto: Wydawnictwo W.A.B.

7. "Wybrańcy" Steve Sem - Sandberg zakupione
foto: Wydawnictwo Literackie

8. "Małe życie" Hanya Yanagihara
foto: Doubleday, książka ukaże się w Polsce nakładem Wydawnictwa W.A.B.

9. "Nietzsche na balkonie" Carlos Fuentes
foto: Wydawnictwo Świat Książki

10. "Złota dama" Ann Marie O'Connor
foto: Wydawnictwo W.A.B.

11. "Modlitwa o deszcz" Wojciech Jagielski
foto: Wydawnictwo Znak

12. "Zazdrośnice" Eric Emmanuel Schmitt
foto: Wydawnictwo Znak

13. "Lustrzany świat Melody Black" Gavin Extence zakupione
foto: Wydawnictwo Literackie

14. "Rwanda. Wojna i ludobójstwo" Jacek Reginia - Zacharski
To nie jest nowość, ale czytelnicy mojego bloga wiedzą, że sprawa ludobójstwa w Rwandzie niezmiennie mnie fascynuje i czytam każdą książkę na ten temat, dlatego w przyszłym roku na pewno napiszę o tej lekturze.
foto: Wydawnictwo PWN

wtorek, 22 grudnia 2015

„Kto zabił Inmaculadę de Silva?” Marina Mayoral

"Po prostu zawsze mówiłam prawdę, nie potrafiłam kłamać. Nie mówiłam żadnemu z pretendentów, że jest najbardziej inteligentny, że najlepiej prowadzi samochód albo najlepiej jeździ na nartach, najlepiej strzela czy gra w tenisa, jeżeli było oczywiste, że inni bili go na głowę. A taki wówczas panował zwyczaj: mężczyznom należało mówić jedynie to, co chcieli usłyszeć, czyli same pochwały, na które nie zasługiwali, bo mijały się z prawdą. Tak było przez wieki." 
"Kto zabił Inmaculadę de Silva?" Marina Mayoral 

foto: archiwum własne


„Kto zabił Inmaculadę de Silva?” to książka, która posiada wszystkie ulubione przeze mnie elementy – doskonałą intrygę, nieśpieszną akcję i zaproszenie do wspólnej zabawy w odkrywanie prawdy, wciągającej czytelnika już od pierwszych stron lektury. Szesnastoletnia Etel marzy o tym, by zostać pisarką, w pierwszej kolejności zamierza opisać pewną rodzinną tajemnicę, której przez lata nie udało się nikomu wyjaśnić, długo panowała bowiem zmowa milczenia wokół wydarzeń w hiszpańskiej posiadłości familii de Silva. Na patio w La Brañi zostali zamordowani: krewna dziewczyny – Inmaculada de Silva, zagorzała monarchistka i katoliczka oraz Antón del Cañote – republikanin i komunista. Ta podwójna zbrodnia miała miejsce w ciekawych czasach, za rządów generała Franco. Etel prowadzi śledztwo wraz ze swoją kuzynką Catarą i przyjacielem – Juanchem. Wypytują o tę historię krewnych, a także pracowników, którzy pełnili wówczas służbę w posiadłości. Z fragmentów, ze wspomnień próbują odtworzyć prawdopodobny przebieg wydarzeń. Co tak naprawdę wydarzyło się tamtej nocy na patio w La Brañi, czy była to zbrodnia z miłości, czy raczej z zazdrości? Co łączyło bogatą panienkę z dobrego domu z przystojnym, biednym partyzantem ściganym przez Guardia Civil? Jaką rolę odegrał w całej historii wpływowy komendant policji? Marina Mayoral celowo kluczy i nie podaje czytelnikowi wszystkich odpowiedzi, musi on samodzielnie dotrzeć do prawdy jednocześnie pamiętając, że powieść nie odwzorowuje rzeczywistości, a na jej kartach wszystko jest względne. Jest to filozofia, którą prezentował chociażby Don Kichot Cervantesa. Pytany o Dulcyneę, czy istniała naprawdę, odpowiadał, że „są na świecie sprawy, których do sedna dochodzić nie należy”. Literatura jest światłem, które wydobywa z mroku pewne doświadczenia, zdarzenia z życia, lecz zawsze zmienione przez filtr niczym nieskrępowanej wyobraźni autora i tak jest w tym przypadku. Zakończenie opisywanej historii jest w rękach czytelnika, Marina Mayoral pozwala mu zdecydować, czy chce wierzyć w teorię o miłości jako motywie zbrodni, czy widzi zazdrość jako czynnik, który doprowadził do morderstwa. Ponadto autorka opisuje szkolne życie Etel, jej pierwsze romanse, jak kształtował się wybór jej drogi życiowej. Historia opowiadana jest z perspektywy szesnastoletniej dziewczyny, tak więc język powieści nie jest skomplikowany, w prostocie tkwi zresztą jej siła. Bardzo ciekawe jest „przemycanie” w różnych wypowiedziach bohaterki i jej rozmówców wątków dotyczących hiszpańskiej wojny domowej i dyktatury Franco, apartheidu, rasizmu i ksenofobii na południu Stanów Zjednoczonych, walki o prawa wyborcze kobiet w Hiszpanii, kwestii rozwodów (w tym kraju rozwody zalegalizowano dopiero w 1980 roku). Jest to wciągająca lektura, napisana w interesujący sposób i z pewnością godna polecenia. Kiedy wydawało mi się, że wiem już wszystko na temat hiszpańskiej literatury nieoczekiwanie wpadła mi w ręce książka Mariny Mayoral i znowu scio me nihil scire.

piątek, 18 grudnia 2015

“Perspektywa mrówki” Agnieszka Wójcińska

"W panującej sieczce informacyjnej i zalewie źle napisanych zdań, na przykład na Twitterze, coraz trudniej dotrzeć do tekstu, gdzie ktoś się wysilił, żeby w sposób interesujący opowiedzieć o czymś ciekawym. Panuje głód opowiadania, głód reportażu." 
Maciej Zaremba Bielawski w rozmowie z Agnieszką Wójcińską 
"Perspektywa mrówki" 

foto: archiwum własne


„Perspektywa mrówki” Agnieszki Wójcińskiej to zbiór wywiadów z najlepszymi światowymi reporterami. Autorka oddaje do rąk czytelnika książkę będącą prawdziwą skarbnicą wiedzy na temat sztuki tworzenia reportażu, jednocześnie lektura ta jest dobrym punktem wyjścia dla rozważań w jakim kierunku będzie ewoluował w przyszłości ten gatunek literacki. Wszystkich rozmówców Agnieszki Wójcińskiej, wśród których znalazły się takie sławy jak Jean Hatzfeld, Ed Vulliamy, Drauzio Varella, czy tegoroczna noblistka Swietłana Aleksijewicz, cechuje ogromna odwaga, potrzeba podejmowania trudnych, a zarazem ważkich tematów. Autorka każdy wywiad poprzedza krótką notatką biograficzną i fragmentem wybranej książki danego reportera. Wśród poruszanych tematów znajdują się pytania o warsztat pisarski, wpływ wyboru takiego zawodu na życie rodzinne, jaką rolę odgrywa, zdaniem poszczególnych bohaterów, literatura faktu we współczesnym świecie? Rozmówcy autorki zdradzają tajniki przygotowywania się do pisania reportażu, opowiadają jak powstały ich najważniejsze książki. Ed Vulliamy nie rozstaje się z notatnikiem, Swietłana Aleksijewicz z dyktafonem, Yoani Sánchez zawsze towarzyszy pendrive, na którym umieszcza gotowe posty, przygotowane uprzednio w trybie offline. Najciekawszą metodą pracy jest, moim zdaniem, ta stworzona przez Güntera Wallraffa, to jest niesamowity przykład dziennikarstwa zaangażowanego. Ten słynny niemiecki pisarz na potrzeby swoich reportaży wymyśla sobie nową tożsamość. Potrafi wcielić się w bezdomnego, schorowanego pacjenta domu starców, czarnoskórego, Turka, handlarza bronią, nieuczciwego telemarketera, dziennikarza tabloidu etc. Za każdym razem chodzi o przeniknięcie do opisywanego środowiska, tak by móc sprawę dokładnie zbadać i opisać „od środka”. 
Problemy jakie pojawiają się w rozmowach Agnieszki Wójcińskiej wynikają wprost z książek napisanych przez bohaterów, autorka rozmawia z Maciejem Zarembą Bielawskim o eugenice, przymusowej sterylizacji kobiet w Szwecji, z Jeanem Hatzfeldem o Rwandzie, z Edem Vulliamym o pograniczu meksykańsko- amerykańskim, z Yoani Sánchez o sytuacji na Kubie, z Drauzio Varellą o największym brazylijskim więzieniu – Carandiru, z Chloe Hooper o rdzennych mieszkańcach Australii – Aborygenach itd. Część z omawianych reportaży wcześniej czytałam, inne zapragnęłam poznać w trakcie lektury „Perspektywy mrówki”. 
Tytuł zbioru wywiadów ma swoją genezę w wypowiedzi Yoani Sánchez, która użyła genialnego, jakże trafnego określenia „perspektywa mrówki” odnośnie do dziennikarstwa zaangażowanego. Tradycyjny reporter opisuje rzeczywistość z pozycji badacza- entomologa, który patrzy na mrowisko z góry i z zewnątrz obserwuje zwyczaje panujące w tym środowisku. Dziennikarz, który pisze w pierwszej osobie i odwzorowuje to, co widzi wokół siebie, opisuje swoje odczucia to właśnie tytułowy owad, pisze z „perspektywy mrówki”. Książka Agnieszki Wójcińskiej to lektura obowiązkowa dla miłośników literatury non- fiction. Parafrazując tytuł powieści Davida Fostera Wallace'a mamy do czynienia z krótkimi wywiadami z niezwykle fascynującymi ludźmi. Polecam.

wtorek, 8 grudnia 2015

“Wielki przypływ” Jarosław Mikołajewski

"Ideologie mnie nie interesują, bo z góry są skazane na upadek. Kiedy przychodzi nowa, natychmiast znosi poprzednią. Podobnie dzieje się zresztą w literaturze i w muzyce. Każdy twórca uważa, że poprzednicy mu szkodzą, więc zanim sam zrobi coś sensownego, karczuje przeszłość i wyrzuca na śmietnik." 
"Wielki przypływ" Jarosław Mikołajewski 


foto: archiwum własne


Lampedusa, wyspa na Morzu Śródziemnym, leży między Maltą a Tunezją i jest największą z Wysp Pelagijskich. Administracyjnie należy do sycylijskiej prowincji Agrigento. Stała się słynna głównie dlatego, że leży na szlaku, którym jeszcze do niedawna rzesze nielegalnych imigrantów docierały z Afryki do Europy. To nad jej historią pochyla się Jarosław Mikołajewski.

Ta krótka książka niesie w sobie ogromny ładunek emocjonalny, nie ma tu niepotrzebnych słów, dłużyzn. Jest za to mnóstwo okazji do refleksji, wzruszeń, zadawania sobie pytań o istotę człowieczeństwa. Siłą tej lektury, poza pięknym językiem, są bohaterowie. Najciekawsi ludzie Lampedusy to Profesor Fragapane, Doktor Bartolo, Daniela Freggi ze szpitala żółwi, Antonino Taranto z Archiwum Historycznego, Giacomo Sferlazzo z Portu M oraz pani burmistrz – Giuseppina Nicolini.

Najbardziej wstrząsające fragmenty książki dotyczą oczywiście kwestii uchodźców. Dr Pietro Bartolo niemal każdej nocy bada tłumy nielegalnych imigrantów przypływających na wyspę. Opowiada zarówno o tych, których udało się uratować, jak i tych, którzy utonęli. O mężczyznach, kobietach i dzieciach, trudach ich podróży, o tym, czemu podejmują takie ryzyko często nie potrafiąc nawet pływać. O prośbach kobiet przybywających na Lampedusę – wielokrotnie gwałcone, maltretowane liczą na jego pomoc w usunięciu skutków tej przemocy. O załamaniach psychicznych, badaniu zwłok, przepełnionych cmentarzach i niewystarczającej pomocy ze strony władz.

Czytelnik może złapać oddech przy rozdziale na temat żółwi i szpitala, w którym pracuje Daniela Freggi, by za chwilę ponownie nerwowo chwytać powietrze na skutek opisu przedmiotów wyrzucanych przez morze, niegdyś należących do imigrantów.

Ponadto autor opowiada o tym, jak Lampedusa wyglądała kiedyś, zanim wykarczowano lasy, zniszczono nieliczne zabytki. Mowa jest także o żółwiach, które trafiają do kliniki z żołądkami wypełnionymi trującym plastikiem i wielkich, sympatycznych, bezpańskich psach zamieszkujących wyspę. Wisienką na torcie jest wspomnienie obrazów Caravaggia i Antonella da Messiny oraz końcowy, liryczny sen autora.

Podsumowując: „Wielki przypływ” to mała-wielka książka z ogromną ilością emocji, zdecydowanie warta uwagi. Polecam.

"Wielki przypływ" Jarosław Mikołajewski
wydawnictwo: Dowody na Istnienie
data wydania: 9 października 2015
ISBN: 9788394311803
liczba stron: 136

poniedziałek, 30 listopada 2015

"Hotel Iris" Yoko Ogawa

"I płacząc robi to. Z początku jest ból, a potem ten ból staje się kolejną zdobyczą, odmieniony, narastający z wolna, wznoszący się ku rozkoszy, spleciony wraz z nią. Morze, nieuchwytne w swym kształcie, po prostu niezrównane."
"Kochanek" Marguerite Duras

foto: archiwum własne


"Hotel Iris" Yoko Ogawy to mroczna opowieść o perwersyjnym romansie siedemnastolatki z dojrzałym mężczyzną. Nic nie jest tu takie, jak się wydaje. Główna bohaterka, Mari, poznaje tajemniczego tłumacza języka rosyjskiego w tytułowym hotelu. Jest to rodzinny biznes, położony w nadmorskiej miejscowości, który dziewczyna prowadzi wraz z nadopiekuńczą matką. Siedemnastolatka zaczyna regularnie odwiedzać mężczyznę w jego domu na wyspie. Tłumacz w obecności dziewczyny przeistacza się z normalnego, spokojnego człowieka w okrutnego tyrana. Jednak wbrew oczekiwaniom czytelnika Mari czerpie satysfakcję z tej chorej relacji, jest całkowicie podporządkowana mężczyźnie i w pełni świadomie decyduje się na uczestnictwo w jego grze. Jednocześnie dziewczyna doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jaki wpływ wywiera jej osoba na kochanka. Historia opowiedziana jest z perspektywy Mari. Ponadto na kartach powieści pojawiają się: matka dziewczyny, pokojówka- kleptomanka, siostrzeniec tłumacza oraz liczni hotelowi goście. Lekturze towarzyszy stale narastające napięcie, aż do tragicznego finału. Atmosfera jest gęsta, a podtrzymują ją opisy nietypowych scen erotycznych rozgrywających się między Mari a tłumaczem. Powieść Ogawy można porównać do "Lolity" Vladimira Nabokova i "Kochanka" Marguerite Duras, z tym, że bardziej przypomina tę ostatnią książkę. Czyta się szybko, temat jest fascynujący i znowu opisy okładkowe nie mijają się z prawdą. Zagłębiać się w prozę Ogawy to jak wkraczać w stan przypominający sen zabarwiony jednak koszmarem. Klarowny styl pisania autorki bywa mylący. Jeśli rzeczywiście pochłonie nas świat jej powieści będzie to raczej doświadczenie silnie emocjonalne, niż wizualne. Polecam.

środa, 25 listopada 2015

„Kobieta dość doskonała” Sylwia Kubryńska

"Pamiętacie kompleksy ceramidów? Kolagenowe mikstury? Aplikacje z kofeiny? Człowiek przez całe życie nie może pojąć trygonometrii, a sonoforezę kawitacyjną - w try miga. Człowiek latami nie może zmienić pracy na lepszą, ale przez całe życie podejmuje mordercze próby zmiany siebie na kogoś innego. Kogoś poza tym wszechświatem, poza kosmosem, poza tkanką żywą? Przez całe życie prześladuje go photoshopowe wcielenie boskości, nigdy nie osiągnięte stadium perfekcji i ten nieśmiertelny okrzyk: Boże, jaka jestem gruba!" 
"Kobieta dość doskonała" Sylwia Kubryńska 

foto: archiwum własne

„Kobieta dość doskonała” Sylwii Kubryńskiej to orzeźwiający manifest napisany przez silną kobietę, obdarzoną w dodatku niesamowitym poczuciem humoru. To rzecz do bólu prawdziwa, pod którą mogę podpisać się rękami i nogami. I choć wielokrotnie wybuchałam śmiechem czytając tę książkę, już po zakończeniu lektury doszłam do niezbyt budującego wniosku. Otóż największym wrogiem kobiety jest...druga kobieta oraz ona sama. Myślę, że w przygodach Kasi, głównej bohaterki niejedna z nas może przejrzeć się jak w lustrze. Sylwia Kubryńska daje upust frustracjom i demonom, które dręczą większość kobiet. Jej opisy rodzaju zołz, kolejnych związków, w których Kasia własną godność i szacunek do samej siebie odkłada na bok, bo za wszelką cenę musi mieć faceta czy przygotowywania weków to mistrzostwo świata. Autorka zwraca uwagę na ważny problem, skoro mama, babcia bohaterki wskazują jako źródło wszelkich nieszczęść mężczyznę, będącego albo zimnym draniem albo nieudacznikiem lub też rozpieszczonym maminsynkiem, to czyja to jest wina? Któż tak tego mężczyznę wychował? Najlepsze, co może zrobić kobieta dla drugiej kobiety to zacząć od podstaw, wychowania syna na takiego człowieka, który choć trochę rozumie płeć przeciwną, jest skłonny uwierzyć, że wspólne wypełnianie obowiązków domowych nie zmieni jego pozycji samca alfa, nie obedrze go z męskości. Tymczasem jedna z wielkich sieci sklepów wydrukowała niedawno gazetkę promującą świąteczne prezenty dla dzieci. Chłopcy oczywiście mają wybór pomiędzy klockami, tabletami, zestawami małego elektronika, zabawkowym warsztatem do majsterkowania, zdalnie sterowanymi samochodami, torem samochodowym etc. Nie zgadniecie jakie zabawki są odpowiednie i właściwe dla dziewczynek...Podpowiem, oczywiście lalki, wózek, kojec, krzesełko do karmienia, zabawkowa kuchnia, zestaw do sprzątania, akcesoria do pieczenia, sprzęt kuchenny. To, co mnie wykańcza, to właśnie uleganie tego typu stereotypom. Czego to uczy nasze pociechy? Mężczyzna to twardy macho, który ma czas na zabawę, rozrywkę, może budować, majsterkować, generalnie robić coś dla siebie. Kobieta z kolei ma obowiązek sprzątać, gotować, zajmować się dziećmi itd. Czas dla siebie – nie należy się, bo jest przecież rodzina, o którą trzeba zadbać, bez fochów, gorszych dni i z uśmiechem na ustach! Z własnego doświadczenia powiem, że jeszcze przed ślubem słyszałam rady: „Pamietaj Ania, mąż wraca z pracy, a Ty w podskokach lecisz z michą. Najpierw jedzenie, potem rozmowa, nigdy na odwrót.” Nie potrafiłam wtedy skwitować tego uśmiechem i odpowiedzieć, że przecież małżonek wie, gdzie jest kuchnia, że na odwieczne pytanie „Co na obiad?” można odpowiedzieć „Chętnie zjem to, co Ty przygotujesz”. Pewnie zostałabym zakrzyczana, ze śmiertelną obrazą włącznie, a potem przeżywałabym tygodniami swoje „niewłaściwe” zachowanie. Inny przykład - wielokrotnie zdarzało mi się słyszeć z ust różnych osób, niezależnie od płci: „Ty to dopiero masz fajnie. Też bym chciała/chciał mieć takie wakacje.” Rzeczywiście pobyt z noworodkiem w domu niczym się nie różni od all inclusive pod palmami. Przekonałam się o tym ostatnio, kiedy się zatrułam. Siedziałam sobie w toalecie cały ranek nogą bujając wózek z dzieckiem, w jednej ręce dzierżąc włączoną suszarkę (jej dźwięk uspokaja i usypia moje dziecko), a drugą podpierając głowę, z palcem włożonym w oko, żeby przypadkiem nie zasnąć po kolejnej, bezsennej nocy. Może są jacyś chętni, żeby się zamienić na takie luksusy? Ostatni przykład (bo mogłabym tak się rozpędzić, że w odpowiedzi na książkę „Kobieta dość doskonała” napisałabym własną, a nie mam ani talentu, ani poczucia humoru Pani Sylwii) – laktacyjny terror. Niestety nie dane mi jest karmić piersią, kryją się za tym względy medyczne, ale nie zamierzam się nad tym rozwodzić. Kiedy inne perfekcyjne matki – karmicielki dowiadują się o tym, w najlepszym razie otrzymuję wyrazy współczucia jednocześnie z pytaniem czy aby na pewno zrobiłam wszystko, żeby karmić piersią, bo przecież muszę wiedzieć, że to najlepsze dla dziecka. W najgorszym przypadku za plecami pojawiają się szepty, że jestem wyrodną matką. Przyznam, że przy pierwszym dziecku tak mocno to przeżywałam, że silne poczucie winy doprowadziło mnie na skraj załamania nerwowego. Przy drugim wreszcie zrozumiałam, że to wyłącznie moja sprawa jak ja karmię moje dziecko. Teraz ze stoickim spokojem i niezbyt często „tłukę się wewnętrznym młotkiem autoagresji” i jest mi z tym dobrze. Miało być o książce, a ja przynudzam snując opowieści o moim życiu, ale takich przykładów i sytuacji, kiedy nie umiemy powiedzieć „nie, nie zgadzam się na takie traktowanie”, „to moja sprawa, moje życie, moje dziecko”, „nie jestem doskonała i jest mi z tym dobrze” jest w tej lekturze mnóstwo. Zachęcam do przeczytania i refleksji. Czekam na kolejną książkę Sylwii Kubryńskiej, a tymczasem czytuję jej bloga (Najlepszy blog na świecie - http://kubrynska.com/ ).

środa, 18 listopada 2015

„Co to jest islam? Książka dla dzieci i dorosłych” Tahar Ben Jelloun

"Nie można ufać ludziom, którzy uważają, że mają odpowiedź na wszystkie pytania, jakie człowiek sobie zadaje. To właśnie fanatycy utrzymują, że religia odpowiada na wszystkie pytania świata. To jest niemożliwe." 
"Co to jest islam?" Tahar Ben Jelloun 

foto: archiwum własne


„Co to jest islam?” Tahara Ben Jellouna to książka ważna i potrzebna, zwłaszcza teraz, gdy coraz bardziej podzielona Europa mierzy się z kryzysem związanym z falą uchodźców. Nie napiszę, że każdy powinien ją znać. Myślę, że przeczytać powinni ją Ci, którzy są w stanie przyznać sami przed sobą, że boją się zagrożeń związanych z terroryzmem, ale jednocześnie wiele pojęć związanych z islamem jest dla nich niejasnych, a zarazem nie chcą utożsamiać wyznawców tej religii tylko i wyłącznie z zamachami i wszechobecną nienawiścią. 
Książka składa się z dwóch części, pierwsza to napisana prostym językiem rozmowa ojca z córką na temat islamu, której punktem wyjścia jest zamach na World Trade Center z 2001 roku. Druga część to artykuły, wykłady i komentarze prasowe autora, które ukazywały się na łamach różnych gazet między innymi „La Repubblica”, „Die Zeit”, „Le Monde”, „L' Espresso” w latach 2003-2011 oraz teksty wcześniej nieopublikowane. 
Książka ta nie jest peanem na cześć islamu, wręcz przeciwnie. Tahar Ben Jelloun przedstawia sprawę uczciwie, pisze o fanatyzmie, religijnym fundamentalizmie, o tym, jaki jest stosunek do kobiet, zwłaszcza talibów afgańskich, wymienia niebezpieczne sekty, takie jak ta stworzona przez „Starca z Gór”, Hassana ibn Sabbaha, uważanego za prekursora terroryzmu. Autor opisuje także początki religii muzułmańskiej, historię życia proroka Mahometa i jego objawienia, wyjaśnia znaczenie podstawowych pojęć, takich jak Koran, islam, dżihad, hidżra, szariat, mówi o pięciu filarach islamu. Tahar Ben Jelloun wspomina również sylwetki wielkich arabskich postaci takich jak chociażby Awicenna, Az- Zahrawi, Awerroes, Ibn -al- Mukaffa czy Leon Afrykański. Moje zainteresowanie wzbudził zwłaszcza ostatni z wymienionych mężczyzn. Jego arabskie imię brzmiało Al-Hassan ibn Muhammed al-Wazzan al-Zaiyati. Ten arabski podróżnik, geograf i dyplomata urodził się około 1485 roku w Grenadzie, a zmarł prawdopodobnie w Tunisie, w 1554 roku. Po tym jak Hiszpanie zdobyli Grenadę (w roku 1492) rodzina Leona Afrykańskiego zbiegła do Maroka, tam chłopiec zdobył wykształcenie prawnicze, a około 1507 roku wstąpił do służby dyplomatycznej sułtana, wtedy też rozpoczęły się jego liczne podróże. W trakcie jednej z nich, gdy wracał z Konstantynopola, został porwany przez sycylijskich piratów, a następnie sprzedany jako niewolnik papieżowi Leonowi X. Papież szybko przekonał się, że ma do czynienia z człowiekiem prawym, gruntownie wykształconym, dysponującym ogromną wiedzą, Leon odzyskał wolność i jednocześnie zyskał sympatię głowy Kościoła. W 1520 roku został ochrzczony i przyjął imię Giovanni Leone de Medicis. Szybko nauczył się włoskiego i łaciny, tłumaczył dzieła greckie i arabskie na polecenie swojego mentora, uczył również w Rzymie języka arabskiego, w sumie spędził w Wiecznym Mieście dziewięć lat. Papież zainspirował go do napisania dzieła "Descriptione dell' Africa et delle cose notabili che quivi sono", które potem przetłumaczono na kilka języków. Za zgodą papieża Leon, po kilku latach wiernej służby, udał się do Tunisu, gdzie ponownie nawrócił się na islam. Dlaczego ta postać jest tak interesująca? Stanowi pomost między Wschodem i Zachodem. Leon był muzułmaninem i chrześcijaninem, mieszkańcem Europy i Afryki, otwartym na ludzi, ciekawym świata podróżnikiem, dowodem na to, że dialog między wielkimi religiami jest możliwy. 
Rozmowa z córką prowadzona przez autora jest kontynuowana po latach przerwy i tu znowu pretekstem stają się tegoroczne zamachy - na redakcję Charlie Hebdo i na supermarket Hyper Cacher. 
W drugiej części książki Tahar Ben Jelloun wspomina między innymi fatwę nałożoną na Salmana Rushdiego przez Chomeiniego w 1988 roku, pisze o laickości Francji i Turcji, wahabizmie Krajów Zatoki, o tym, że błędem jest dosłowna interpretacja Koranu, należy zawsze uwzględniać kontekst historyczny przy odczytywaniu konkretnych sur. Zdaniem autora problemem dla Wspólnoty nie są imigranci w pierwszym pokoleniu, tylko ich dzieci, urodzone już w Europie. Bezrobotni, wychowani w kulturowej pustce, drobni przestępcy, których indoktrynacja przez IS zaczyna się już w momencie, gdy trafiają do więzienia. Uważam, że zwalczanie podłej ideologii nienawiści i terroryzmu, fundamentalizmu religijnego (każdego, nie tylko islamskiego) powinno się zaczynać od edukacji. Wzajemny szacunek i pomoc, chęć dialogu i właśnie kształcenie powinno dotyczyć obu stron, wyznawców islamu, jak i Europejczyków. Jak mówi autor w tytule jednego ze swoich artykułów dla „L'Espresso” „to nie islam musi się zmienić, ale muzułmanie”. Chciałabym wierzyć, że ten postulat to nie utopia i możliwe jest porozumienie między tak skrajnie różniącymi się cywilizacjami. Książkę polecam.

wtorek, 17 listopada 2015

„Polskie morderczynie” Katarzyna Bonda

„Dobro i zło muszą istnieć obok siebie, a człowiek musi dokonywać wyboru.” 
Mahatma Gandhi 
foto: archiwum własne



Art. 148. 
§ 1. Kto zabija człowieka, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności. 
§ 2. Kto zabija człowieka: 
1)ze szczególnym okrucieństwem, 
2)w związku z wzięciem zakładnika, zgwałceniem albo rozbojem, 
3)w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie, 
4)z użyciem materiałów wybuchowych podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 12, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności. 
§ 3. Karze określonej w § 2 podlega, kto jednym czynem zabija więcej niż jedną osobę lub był wcześniej prawomocnie skazany za zabójstwo oraz sprawca zabójstwa funkcjonariusza publicznego popełnionego podczas lub w związku z pełnieniem przez niego obowiązków służbowych związanych z ochroną bezpieczeństwa ludzi lub ochroną bezpieczeństwa lub porządku publicznego. 
§ 4. Kto zabija człowieka pod wpływem silnego wzburzenia usprawiedliwionego okolicznościami, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10. 

Źródło: www.isap.sejm.gov.pl 


„Polskie morderczynie” Katarzyny Bondy to wciągająca opowieść reporterska o kobiecej twarzy zbrodni. Autorka przedstawia czternaście historii więźniarek osadzonych na mocy artykułu 148 Kodeksu karnego. Zbrodnia podzieliła ich życie na „przed” i „po”. Katarzyna Bonda w opisach poszczególnych bohaterek także dokonała podziału, pierwsza część każdej biografii to zwykle opowieść skazanej o życiu przed wyrokiem, o jej marzeniach, motywacjach, czasem o samym zbrodniczym czynie, druga – to zbeletryzowane akta sądowe. Podczas czytania można zauważyć od razu pewien dysonans, inaczej siebie postrzegają same bohaterki, a inaczej ich postępowanie i osobę oceniają śledczy, opinia publiczna, media, sędziowie. Więźniarki łączy artykuł, na podstawie którego zostały skazane, a dzielą je z kolei historia, środowisko, z którego się wywodzą, motywy zbrodni, charaktery, wygląd zewnętrzny, wiek. Dlaczego ta książka jest fascynująca? Czemu losy kobiet, które popełniły zbrodnie budzą takie niezdrowe zaciekawienie? To skutek myślenia stereotypowego. Brutalność i agresję przypisuję się na ogół mężczyznom. Kobiety natomiast są postrzegane jako dobre i wrażliwe strażniczki domowego ogniska. Często trudno uwierzyć, że mogą zabić z premedytacją i do tego z ekstremalnym okrucieństwem lub też zlecić zabójstwo, drobiazgowo je zaplanować, a na dodatek przyglądać się zbrodni ze stoickim spokojem. Na końcu lektury znajdują się ciekawe wywiady z profilerem, Bogdanem Lachem, profesorem Zbigniewem Lwem- Starowiczem oraz dyrektorką zakładu karnego dla kobiet w Lublińcu - Lidią Olejnik. Moją uwagę zwróciły dwie z opisywanych spraw sądowych. Przedstawiona w rozdziale „Samotność” historia Anety Barczuk, która zamordowała Olgę Koszutską – Listkiewicz, mamę prezesa PZPN, Michała Listkiewicza. Wykazał się on niesamowitą szlachetnością, nie dość, że wybaczył po latach skazanej zbrodnię, to jeszcze pomógł znaleźć rodzinę zastępczą dla jej córeczki, Zuzi. Druga historia to tzw. sprawa Ultimo („Prawda- fałsz”). Beata Kamińska zamordowała męża swojej zwierzchniczki z pracy, a ją samą ciężko raniła. Pierwsza część rozdziału poświęconego tej zbrodni została opracowana na wzór badania wariografem. Warto zapoznać się z tą książką, jest to kawał solidnej, reporterskiej roboty, przy czym Katarzyna Bonda ocenę losów bohaterek pozostawia czytelnikowi, sama pozostając w cieniu. Za możliwość przeczytania tej lektury dziękuję Gosi z bloga Czytelniczy.

niedziela, 1 listopada 2015

“W poszukiwaniu istoty czasu” Ruth Ozeki

"Wszystko we wszechświecie nieustannie się zmienia i nic nie pozostaje takie samo, a jeśli mamy się obudzić i prawdziwie przeżyć nasze życie, to musimy zrozumieć, jak szybko ucieka czas." 
"W poszukiwaniu istoty czasu" Ruth Ozeki 

foto: archiwum własne
Książka Ruth Ozeki „W poszukiwaniu istoty czasu” to piękna opowieść osadzona na pograniczu jawy i snu, w której życie autorki przeplata się z losami wykreowanych przez nią bohaterów. Spoiwem łączącym poszczególne wątki jest płynący nieubłaganie czas.

Ruth podczas spaceru po plaży znajduje wyrzuconą przez morze foliową torebkę, a w niej listy napisane po francusku i japońsku, stary zegarek i dziennik Naoko Yasutani oprawiony w okładkę powieści „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta. Dzięki lekturze pamiętnika poznajemy trudne losy japońskiej szesnastolatki prześladowanej i upokarzanej przez szkolnych kolegów. Skala tego okrucieństwa jest przerażająca. Co ciekawe, z listów wyłania się z kolei historia Harukiego Yasutaniego, wuja ojca Naoko, który doświadczył równie dotkliwych prześladowań odbywając służbę wojskową. Nao przedstawia ponadto w pamiętniku losy swej prababki, buddyjskiej mniszki, Jiko.

W magiczny sposób losy Ruth, Naoko, Jiko oraz Harukiego (ojca Nao, a także wuja jej ojca – pilota kamikadze) splatają się na kartach książki mimo dzielących ich lat (czasy pisania zarówno listów, jak i dziennika, i czas ich czytania są różne, mimo to Ruth może komunikować się z Jiko i Harukim). Jest to piękna opowieść o tym, że nigdy nie należy tracić nadziei, nawet gdy życie nieustannie rzuca nam kłody pod nogi. Warto mieć swoje swoje ideały, pielęgnować je i wierzyć w nie do końca, tak jak robił to Haruki – pilot i Haruki – ojciec Nao.

Ruth Ozeki opisuje ponadto niektóre buddyjskie rytuały (sama jest kapłanką zen), a w fabułę wplata ciekawe teorie z zakresu mechaniki kwantowej, które następnie opisuje szerzej w dodatkach znajdujących się na końcu książki. Powieść czyta się dosyć szybko, mimo iż akcja rozwija się nieśpiesznie, a autorka ujawnia pewne fakty z życia bohaterów stopniowo. Historia Naoko opisana w dzienniku wyciska łzy z oczu. Czy Ruth uda się uratować dziewczynę? 

Jest to bardzo dobra książka, choć związków z twórczością Murakamiego sugerowanych w opisie okładkowym nie sposób się dopatrzyć. Polecam.

Warto zerknąć na stronę internetową autorki, jest tam bardzo ciekawe video promujące powieść oraz informacje o pozostałych książkach jej pióra - www.ruthozeki.com.

„Mężczyźni bez kobiet” Haruki Murakami

„Pewnego dnia nagle stajesz się jednym z mężczyzn bez kobiet. Ten dzień przychodzi nieoczekiwanie bez żadnego ostrzeżenia, bez żadnej wskazówki, bez przeczucia, złego znaku, nikt nawet nie zapukał ani znacząco nie chrząknął. Mijasz zakręt i orientujesz się, że już tam jesteś. Ale nie możesz się cofnąć. Gdy raz miniesz ten zakręt, to miejsce staje się twoim jedynym światem. I nazywany w nim jesteś jednym z „mężczyzn bez kobiet”. Bardzo chłodno i w liczbie mnogiej. Tylko mężczyzna bez kobiety potrafi zrozumieć, jak ciężko, jak boleśnie jest stać się jednym z mężczyzn bez kobiet. Traci się cudowny zachodni wiatr.” 
„Mężczyźni bez kobiet” Haruki Murakami 

foto: archiwum własne


Najnowsza książka japońskiego pisarza, co roku ocierającego się o Nagrodę Nobla, to zbiór opowiadań. Siedem krótkich utworów łączy motyw przewodni – samotność w męskim świecie. To nieprawda, że brakuje w nim kobiet. Są, ale po pewnym czasie odchodzą, zdradzają, umierają, często porzucają bohaterów bez skrupułów. Charakterystyczne dla autora jest pokazywanie miłości bez głębi, związki przedstawione w opowiadaniach są przesycone erotyzmem, czysto fizyczne, bohaterowie nie są emocjonalnie zaangażowani. Nawet jeśli spotyka ich nieszczęście, jak w opowiadaniu „Kino”, gdzie sprzedawca obuwia sportowego, późniejszy właściciel pubu, nakrywa żonę in flagranti z przyjacielem z pracy jego reakcja jest nienaturalna – nie ma rozpaczy, histerii, chęci zemsty, nie ma nic.
Z czterema z siedmiu opowiadań czytelnik miał możliwość zapoznać się wcześniej, na łamach The New Yorkera, pisałam o tym w zeszłym roku (tu). Na uwagę zasługuje polskie tłumaczenie „Yesterday”. Anna Zielińska- Elliott zdecydowała się na ryzykowny zabieg, którego zaniechał amerykański tłumacz. Jeden z bohaterów w oryginale posługuje się dialektem z Kansai, polska tłumaczka postanowiła, że Kitaru będzie mówił gwarą poznańską. To było genialne posunięcie. Dzięki temu opowiadanie nabrało większego sensu, przy czym różnice w sposobie wysławiania się Kitaru i Tanimury często wywoływały uśmiech na mojej twarzy podczas czytania.
Dla tych, którzy znają i cenią Murakamiego omawiany zbiór opowiadań jest kwintesencją jego twórczości. Koty, tajemnicze kobiety, samotni mężczyźni, jazz, erotyzm to motywy znane z jego poprzednich utworów. Ci, którzy zetkną się z japońskim pisarzem po raz pierwszy być może zasmakują w specyficznej aurze otaczającej „Mężczyzn bez kobiet” i zechcą sięgnąć po inne książki mistrza. Jako wielka fanka twórczości Murakamiego absolutnie subiektywnie polecam tę lekturę.

foto: archiwum własne

„Bezcenne. Naziści opętani sztuką” Anders Rydell

„Deklaruję tu i teraz , że jestem – tak samo jak w przypadku politycznego zamieszania – zdeterminowany uporządkować język sztuki w Niemczech, 'Dzieła sztuki', które są niezrozumiałe i które można zrozumieć jedynie dzięki napuszonym instrukcjom obsługi […], nie będą dłużej wciskane narodowi niemieckiemu!” 
Adolf Hitler 
foto: archiwum własne


Książka Andersa Rydella „Bezcenne. Naziści opętani sztuką” to znakomita publikacja ukazująca historyczny kontekst hitlerowskich grabieży i prób restytucji mienia. Autor snuje ciekawą opowieść o fanatycznym opętaniu nazistów sztuką, o walce o zaginione dzieła sztuki i spadkobiercach, którzy próbują, często latami, odzyskać swoje dziedzictwo. Rydell pisze o prywatnym testamencie Hitlera, w którym zawarte było marzenie o stworzeniu gigantycznego muzeum sztuki w Linz, miasto to miało stać się Florencją Trzeciej Rzeszy, stąd tak gigantyczna skala grabieży. Na rozkaz wodza zrabowano tysiące dzieł sztuki z muzeów, galerii oraz prywatnych kolekcji należących głównie do rodzin żydowskich. Po wojnie zrabowane dzieła znajdowano m.in. w kopalni soli w Austrii, koło wsi Altaussee, na zamku Neuschwanstein, w pociągu Göringa, niedaleko Berchtesgaden, a także w innych magazynach i prywatnych mieszkaniach. Los ponad stu tysięcy eksponatów nadal pozostaje nieznany. Książka Rydella naszpikowana jest ciekawostkami, dowiadujemy się m.in. czemu Erich Maria Remarque był pisarzem znienawidzonym przez nazistów, dlaczego uwielbiali Rembrandta, mimo jego silnych związków z holenderską mniejszością żydowską, czemu pogardzali ekspresjonizmem i sztuką nowoczesną (organizowali równolegle wystawy – dzieł zaakceptowanych przez samego Hitlera i określanych jako sztuka wysoka oraz obrazów i rzeźb, które ich zdaniem były zdegenerowane – te były wyszydzane, a wiele z nich zniszczono, na przykład 23 marca 1939 roku spalono w remizie strażackiej 1004 obrazy i rzeźby oraz 3825 akwareli). Autor opisuje również działające po wojnie formacje Monuments Men (obrońców skarbów), a także główne założenia konferencji waszyngtońskiej z 1998 roku, która stanowiła podwaliny restytucji zagrabionych dzieł sztuki. Najciekawsza część tej publikacji to opisy spraw sądowych, jakie zmuszeni byli wytoczyć spadkobiercy muzeom, a nawet rządom poszczególnych krajów. Na pierwszy plan wysuwają się trzy procesy dotyczące obrazów: „Blumengarten” Emila Noldego (rodzina Deutsch vs Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Sztokholmie), portretu Adele Bloch Bauer (Maria Altmann kontra rząd austriacki) oraz „Portretu Wally” (sprawa Bondi Jaray). Sprawy sądowe toczą się latami, ciekawa jest rola adwokatów. Część z nich pracuje za darmo, ale wielu pobiera gigantyczne honoraria sięgające 50% wartości odzyskanych dzieł sztuki (dla przykładu obrazy Klimta zostały po odzyskaniu przez rodzinę sprzedane za zawrotną kwotę 327,7 mln dolarów, do czego rodzina była zmuszona, żeby opłacić adwokatów). Zdaniem niektórych publicystów i ludzi sztuki taka pazerna postawa prawników powoduje wypaczenie idei restytucji dzieł sztuki, zrobił się z tego dochodowy przemysł, obrazy często sprzedawano po zawyżonych cenach, do głosu zaczęli dochodzić spekulanci. Z książki Rydella wyłania się ciekawy obraz samego Hitlera, prawdopodobnie nie był on politykiem opętanym sztuką, tylko artystą opętanym polityką. Ten image artysty, zdaniem brytyjskiego historyka – Paula Johnsona, był kluczem do początkowego sukcesu wodza. Przemawiał za pomocą sztuki do serc i uczuć Niemców. Publikację wieńczy dodatek, w którym Aders Rydell opisuję sprawę Corneliusa Gurlitta, w 2012 roku w jego mieszkaniu w Monachium, odnaleziono 1379 obrazów, które mogą pochodzić z grabieży. Polecam uwadze tę lekturę, plusem jest to, że autor pisze prostym językiem, to nie są naukowe dywagacje, pełno tu faktów, ciekawostek, nie sposób się oderwać od tej książki choć liczy sobie ponad czterysta stron.

foto: archiwum własne

piątek, 16 października 2015

"Poczytaj mi Mamo" czyli moje książki dla dzieci :)

foto: archiwum własne
Moja córka zapytana dawno temu, które ze swoich książeczek lubi najbardziej odpowiedziała oczywiście, że wszystkie. Dlaczego? “Bo są kolorowe, śliczne i ładne” :). Zuzia jeszcze nie potrafi czytać, ale bardzo chętnie słucha, jeszcze chętniej ogląda i błyskawicznie zapamiętuje - nie tylko wierszyki. Często sięgamy po tak zwaną klasykę - bajki Jana Brzechwy, Marii Konopnickiej, Jeana de LaFontaine, czy Hansa Christiana Andersena. Te opowieści znamy wszyscy. Ja chciałabym zwrócić uwagę na książeczki, o których być może też słyszeliście, a które wydają mi się interesujące oraz na pozycje, moim zdaniem, niszowe. Jak najlepiej zapoznać swoje dziecko z dziełami pisarza, którego się uwielbia? Odpowiedź- pokazać mu książkę dla maluchów napisaną właśnie przez niego, o ile taką popełnił. “Fonsito i księżyc” Mario Vargasa Llosy to jedna z moich ulubionych bajek, mówi o tym, że z miłości i dla miłości wszystko jest możliwe, nawet podarowanie bliskiej osobie księżyca. W języku hiszpańskim prośba o księżyc oznacza rzecz absolutnie nie do wykonania. Fonsitowi udaje się jednak spełnić żądanie Nereidy. Nie zdradzę jak. Kolejna pozycja na mojej liście to “Psotny Franek” Agnieszki Frączek z serii “Czytam sobie” wydanej pod patronatem Biblioteki Narodowej. Cały ten cykl to program wspierania czytania dla dzieci, pojedyncze wyrazy są przedstawione w systemie głoskowym, na dole znajduje się tekst właściwy wypisany specjalnie dużą, czytelną czcionką, dodatkowym atutem są piękne ilustracje. Atrakcja na plus to dyplom kończący naukę na poszczególnych poziomach (1- składam słowa, 2- składam zdania, 3- połykam strony). Przy okazji zabaw czytelniczych odkryłam również, dzięki mojej córce, Dorotę Gellner, w naszej kolekcji mamy “Roztrzepaną sprzątaczkę”,“Mysią orkiestrę”, "Złote koniki", "Czekoladki dla sąsiadki", "Duszki, stworki i potworki" i wiele wierszyków rozsianych po różnych tomach. Historyjki opowiedziane w jej utworach są bardzo wciągające, zawierają wprawdzie dużo trudnych wyrazów, ale najważniejsze, że śmieszą Zuzię, zwłaszcza ta o sprzątaczce. Jeśli Waszym dzieciom podobała się seria bajek pod tytułem “Przygody Adasia i Tosi” emitowana przez pewien bardzo popularny kanał telewizyjny to na pewno będą zachwycone ilustracjami w książeczkach “Tomek i Babie lato” oraz “Bocian” autorstwa Mileny Lukesovej i Jana Kudlacka. Bajki te opowiadają o następujących po sobie porach roku. Wreszcie nie byłabym sobą, gdybym nie próbowała zaszczepić u dziecka miłości do koreańskiej literatury. “Klara i Hauni” Lee Hyun Kyung to przepięknie ilustrowana oniryczna opowieść o niezwykłej przyjaźni dwóch dziewczynek pochodzących z odmiennych światów, które spotykają się za sprawą magicznego dzbana. To historia o przyjaźni, która zaistniała mimo kulturowych różnic. “Psia kupa” Kwon Jeong- saeng to bajka, którą swego czasu moja córka najbardziej przeżywała, chodziła po lesie i powtarzała, że jest smutna jak psia kupa. Pamiętam scenę z “Dnia świra” jak Adaś Miauczyński idzie przez podwórko, zatykając nos i usta chusteczką, próbując się przedrzeć przez morze ekskrementów i drugą jak pies sąsiadki robi wielkie kupsko pod balkonem bohatera. Z tym głównie kojarzy mi się psia kupa. Nigdy nie pomyślałabym, że to dzięki niej kwitną mniszki lekarskie, że jest pożyteczna. Książka tradycyjnie już, jak wszystkie koreańskie, jest pięknie wydana, Zuzia zachwyciła się ilustracjami. A na koniec coś dla miłośników kotów...”Szkoła kotów” Kim Jin- kyung. Moja córka wprawdzie jest za mała, żeby przeczytać treść, ale powolutku rozdział za rozdziałem staram się opowiedzieć jej tę historię. Pomysł autora jest genialny- jak wytłumaczyć małemu dziecku śmierć ulubionego zwierzątka? Wyobraźcie sobie, że koty udają się do specjalnej szkoły, co więcej zwierzęta te obdarzone są magiczną mocą. Okazuje się, że my o kotach tak naprawdę nic nie wiemy, a one w tajemnicy przed nami przeżywają fantastyczne przygody. Oba wydane do tej pory tomy są bogato i pięknie opracowane graficznie. Niedawno, dzięki Zuzi wróciłam do opowieści z mojego dzieciństwa, w tym do “Baśni Braci Grimm”, “Baśni włoskich”,“Opowieści Szidikura” (przy okazji czy wiecie dlaczego w Tybecie pijają herbatę z masłem i solą?) i  “Opowieści z Narnii”. Czytamy również fragmenty "Małego księcia". Niestety jesienna aura sprzyja przeziębieniom, katar, kaszel sprawiają, że ciężko skupić uwagę na długich i zawiłych opowieściach, w takich sytuacjach chętnie sięgamy po krótkie bajeczki z serii o śwince Peppie. A jakie są Wasze ulubione książki z dzieciństwa, co czytacie swoim pociechom?


foto: archiwum własne

wtorek, 13 października 2015

„Czerwony rynek” Scott Carney

Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci. 

foto: Wydawnictwo Czarne

W reportażu „Czerwony rynek” Scott Carney, amerykański antropolog i dziennikarz śledczy, zabiera czytelnika w odrażający, niebezpieczny, bulwersujący świat handlarzy ludzkimi tkankami, organami, kośćmi. Autor opisuje także porwania dzieci, kontrowersje jakie wzbudzają adopcje małoletnich z krajów Trzeciego Świata, dylematy etyczne towarzyszące pozyskiwaniu komórek jajowych do procedury in- vitro czy hodowle komórek macierzystych, a także udział ludzi w badaniach klinicznych. Biały, szary, czarny – te rodzaje rynków rozróżniają prawo i gospodarka. Pierwszy to terytorium produktów legalnych, drugi to tzw. szara strefa, na przykład nieopodatkowane dochody, pirackie płyty, oprogramowanie etc., czarny to miejsce, gdzie handluje się narkotykami, bronią, wszelkimi nielegalnymi towarami i usługami. Czerwony rynek to taki, na którym sprzedawane są części ludzkiego ciała. Różni się od pozostałych, bo jego klienci zawdzięczają życie łańcuchowi dostaw. Tam gdzie kończy się altruizm, który miał przyświecać tego typu transakcjom pojawia się okrutny biznes, często wyzyskujący dawców tkanek. Handel organami i innymi częściami ludzkiego ciała oraz nielegalne ich pozyskiwanie mogłoby ukrócić jedynie zwiększenie przejrzystości. Jak pisze Scott Carney: „Depersonalizacja ludzkiej tkanki to jeden z największych błędów współczesnej medycyny. W tym stuleciu naszym celem powinno być przywrócenie ludzkiej tożsamości do łańcucha dostaw. Każdy worek z krwią powinien być zapatrzony w nazwisko dawcy, każde adoptowane dziecko powinno mieć dostęp do historii swojego życia, każdy, kto korzysta z przeszczepu, powinien wiedzieć, kto oddał organ.”Autor próbuje w reportażu odpowiedzieć na pytania ile warte jest ludzkie ciało, czy można traktować je jak przedmiot, swoisty magazyn części zastępczych? Gdy czyta się poszczególne historie często ciężko uwierzyć, że ludzie mogą być tak okrutni, dla zysku są gotowi zrobić wszystko. Reporter dotarł na przykład do „farm krwi”, gdzie setki ludzi przetrzymywano w zamknięciu, w nieludzkich warunkach. Ludzie Ci dogorywali podpięci do worków, do których z ledwie żywych ciał spływała krew. Handlarze przetrzymywali swoje ofiary wbrew ich woli, zabierali cenną tkankę nie bacząc na zagrożenie zdrowia i życia, a następnie sprzedawali bankom w okolicznych szpitalach. Inna historia to bulwersujące praktyki klinik leczenia niepłodności zlokalizowanych na Cyprze. Ubogie kobiety z Ukrainy, Rosji, czasem mieszkanki wyspy pasione są hormonami, które często mają negatywny wpływ na organizm, tylko po to, by lekarze mogli wyhodować i pobrać odpowiednią ilość dobrej jakości żeńskich gamet. Nie lepiej jest w indyjskich klinikach zrzeszających matki zastępcze. Kobiety przetrzymywane są tam wbrew ich woli, więzione, trzymane pod kluczem od poczęcia do rozwiązania, zmuszane do cesarskiego cięcia. Kolejny mrożący krew w żyłach przykład patologii to fabryki kości. Kradzież ciał z grobów to wyjątkowo dochodowy biznes, hieny cmentarne oddzielają mięso od szkieletu, oczyszczają, polerują i tak przygotowane kości szykują do wysyłki. Kompletne szkielety trafiają następnie na uczelnie medyczne lub do prywatnych gabinetów lekarskich (gdzie stanowić mają ozdobę i oznakę statusu medyka!). Scott Carney opisuje ponadto handel nerkami, porwania dzieci z indyjskich slumsów i jak trudne są śledztwa w takich sprawach, czasem mimo miażdżących dowodów nie udaje się odzyskać małoletniego i zwrócić rodzinie. Najmniej kontrowersji wzbudza handel ludzkimi włosami. Chociaż wiedząc jak wygląda ich pozyskiwanie – często są brudne, zanieczyszczone szczurzymi odchodami, zawszone, dopiero później przerabia się je na cenny surowiec, raczej nie zdecydowałabym się na przedłużenie swojej czupryny. W książce możemy ponadto znaleźć bardzo ciekawe wzmianki o drukowaniu tkanek i organów, a także próbach wyodrębniania komórek macierzystych ze szpiku kostnego i ze skóry, co daje nadzieje na uniknięcie w przyszłości religijnych protestów związanych z pozyskiwaniem tego typu komórek z ludzkich zarodków. Reportaż „Czerwony rynek” jest ciekawy, szczególnie dla ludzi związanych zawodowo ze służbą zdrowia i medycyną, takich jak ja. Niemniej jednak pozostałych również zachęcam do zapoznania się z tą książką. Warto.


foto: archiwum własne

poniedziałek, 12 października 2015

„Mur. 12 kawałków o Berlinie”

pod redakcją Agnieszki Wójcińskiej 
z fotografiami Filipa Springera 

“Ludzie budują za dużo murów, a za mało mostów.” 
Isaac Newton 
foto: archiwum własne - zdjęcie w tle, okładka: Wydawnictwo Czarne



Książka “Mur. 12 kawałków o Berlinie” to zbiór reportaży, których motywem przewodnim jest mur berliński, przez autorów NRDowskiej propagandy zwany antyfaszystowskim wałem ochronnym. Ta szpetna krecha podziału, symbol zimnej wojny, istniała od 13 sierpnia 1961 do 9 listopada 1989, przeszło 28 lat. Pozostałą po niej bliznę, wyrwę w przestrzeni miejskiej, dokumentuje Filip Springer w fotoreportażu będącym częścią tej lektury. Mur berliński nie jest jedynym, którego istnienie przywołują autorzy poszczególnych fragmentów książki. Wspomniano także o murze na granicy Strefy Gazy, o Ameksyce, o podziale Korei. Czytelnik dzięki relacjom bohaterów reportaży dowiaduje się jak wyglądało życie przed i po upadku muru berlińskiego. 
W pierwszym fragmencie poznajemy sylwetkę artysty – stomatologa Ludwika Waseckiego, który hobbystycznie wykonuje instalacje z wykorzystaniem pozostałości muru, jego prace można obejrzeć w niewielkiej wsi Sosnówka, w powiecie oleśnickim. W książce odnaleźć możemy także dramatyczne historie porwań samolotów oraz bardzo ciekawe opowieści budowniczych tuneli, które umożliwiły ucieczkę około trzystu osobom z terenu NRD (odkryto 75 tuneli, z czego wykorzystano 19). Tunele w Strefie Gazy służą do przemycania między innymi broni, te wzdłuż granicy amerykańsko- meksykańskiej do transferu narkotyków, te zlokalizowane pod murem berlińskim przynosiły ludziom wolność. 
Równie ciekawy jest reportaż o synu Helmuta Kohla, Walterze. Ojciec zjednoczenia Niemiec, wytrawny, szanowany polityk to jednocześnie człowiek, któremu zabrakło rodzicielskiej miłości dla synów. Kraj i jego sprawy traktował priorytetowo. Jego ciężko chora żona popełniła samobójstwo, bliski śmierci był także sam Walter. Obecnie pracuje jako tłumacz i pisarz, jego książka „Życie, to, co czujesz” stała się bestsellerem. 
Bardzo mocny tekst „Tylko nie matura, córeczko” dotyczy tureckich imigrantów zamieszkujących Berlin. Zbrodnie honorowe są w tej społeczności na porządku dziennym. Katarzyna Brejwo opisuje dramatyczne losy kobiet, które pragną się kształcić, asymilować, chciałyby żyć jak ich zachodnie rówieśnice, niestety ich próby uzyskania wolności kończą się tragicznie – śmiercią z rąk najbliższych. Niewidzialny mur dzieli tureckich imigrantów od reszty mieszkańców miasta. 
W książce przedstawiono także historie opuszczających Izrael Żydów, którzy osiedlają się w Berlinie. Powodów takiej decyzji jest wiele – nie zgadzają się na mury, podziały, okupację Strefy Gazy lub też emigrują ze względów ekonomicznych. Oczywiście narażają się tym samym na ostracyzm ze strony bliskich. 
Nie przytoczę w tym krótkim opisie wszystkich reportaży zamieszczonych w tej lekturze, każdy z nich to prawdziwa perełka, skłaniająca do refleksji. Najbardziej wzruszył mnie fragment z jednego z ostatnich tekstów - „Paczek solidarności”. Opisano w nim między innymi historię miłości, która połączyła Michaela i Martę, a wszystko to za sprawą skromnej paczki z książeczką o niedźwiadku Petzim. 
Polecam każdemu lekturę tego zbioru reportaży i oczywiście zachęcam do odwiedzenia Berlina. Jaki jest współcześnie? Pełen wesołych, otwartych, uśmiechniętych i skorych do pomocy ludzi, przynajmniej ja go takim zapamiętałam w 2013 roku.

***
Na zakończenie kilka fotografii z mojego pobytu w Berlinie, w 2013 roku.


foto: archiwum własne

foto: archiwum własne

foto: archiwum własne

foto: archiwum własne

foto: archiwum własne