wtorek, 30 czerwca 2015

„Cywilizacja spektaklu” Mario Vargas Llosa

foto: archiwum własne
"Cywilizacja spektaklu" to znakomity esej krytyczny poświęcony współczesnej kulturze. Mario Vargas Llosa pokazuje, jak na przestrzeni lat to pojęcie ewoluowało i doskonale przedstawia mechanizmy, które doprowadziły do jego banalizacji. Pisarz w swej książce przywołuje dzieła między innymi T.S. Eliota, Georga Steinera, Guy'a Debroda, Frédérica Martela czy Michela Foucaulta.

Współcześnie mamy do czynienia z supremacją obrazu nad treścią. Media bombardują nas ogromną ilością informacji (głównie w formie audiowizualnej), lecz uwiąd myślenia (zwłaszcza abstrakcyjnego) powoduje, że tylko nieliczni są w stanie tę mnogość przetworzyć i właściwie przeanalizować. W kolejnych rozdziałach omawianego eseju czytelnik dowiaduje się, że odwrót od słowa na rzecz obrazu pozbawia naszą świadomość kręgosłupa i powoduje, że ludzkość nieuchronnie zmierza ku upadkowi.

Czym jest tytułowa „cywilizacja spektaklu”? „Jest to cywilizacja świata, w którym pierwsze miejsce na liście uznawanych wartości zajmuje rozrywka i w którym powszechnym pragnieniem staje się zabawa i ucieczka przed nudą.” Stąd też w mediach tzw. mainstreamowych próżno szukać tematów ambitnych, skłaniających do refleksji, na pierwszym miejscu są na ogół informacje z życia prywatnego gwiazd (kto, kiedy i gdzie odsłonił którą część ciała?), celebryckie porady dotyczące diety, ćwiczeń, mody (bo przecież zdrowe, zadbane ciało ważniejsze jest niż dobrze wypielęgnowany umysł), ewentualnie niepogłębione migawki z konfliktów zbrojnych lub ataków terrorystycznych epatujące przemocą.

Zdaniem noblisty większość z nas szuka, tak w dziedzinie literatury jak i sztuki, rzeczy łatwych, przystępnych, dostarczających rozrywki, a jak wiadomo popyt kreuje podaż (prawo Keynesa). Mamy zatem prawdziwy wysyp lekkostrawnej papki, w tej chwili absolutnie każdy może napisać książkę na dowolny temat (czekam z utęsknieniem na wspomnienia pewnej pani, która testowała krem do wybielania sami wiecie czego). Zachwianie hierarchii wartości, przerost formy nad treścią, brak pokory, upadek autorytetów (kiedyś byli to – filozofowie, ludzie nauki, wybitni politycy, nauczyciele, dziennikarze, pisarze, dziś – gwiazdki jednego sezonu, celebryci, często twarze nieskalane jakąś głębszą refleksją) powoduje banalizację kultury.

Mario Vargas Llosa w kolejnych rozdziałach książki przedstawia swoją diagnozę tego zjawiska, pisze czym są obecnie autorytety, jaki wpływ na kształtowanie kultury miała i ma religia, jakie są skutki odarcia z aury tajemniczości miłości fizycznej, i do czego prowadzi nadmierne epatowanie erotyzmem. Autor ostro krytykuje świat polityki. Uważa, że niemal w każdym kraju „poziom intelektualny, profesjonalny i moralny klas politycznych obniżył się”. Krytyce poddaje również system edukacji.

Pomiędzy poszczególnymi rozdziałami znajdują się doskonałe antecedensy. Są to głównie artykuły, które na przestrzeni lat Mario Vargas Llosa pisywał dla dziennika „El País” (poprzedzają wydarzenia i tezy opisywane przez autora). Korespondują one znakomicie z treścią rozdziałów. Ta książka mnie przeraża, wszak na zatrzymanie procesu upadku intelektualnego społeczeństwa może być już za późno. Przy kulejącym systemie edukacji i niezadowalającym poziomie czytelnictwa hodujemy armię bezmyślnych klonów, dla których własne jestestwo i żądza posiadania są ważniejsze niż dobro ogółu. Tłum, który bezrefleksyjnie łyka populistyczne programy polityczne i w jesiennych wyborach zafunduje nam powrót do wieków średnich. Zgroza.

Mój egzemplarz książki prawie w całości jest popodkreślany, na każdej stronie można bowiem znaleźć jakąś perełkę. Lekturę polecam absolutnie każdemu, choć do łatwych nie należy, powinno się ją potraktować jako terapię szokową. Mną, w każdym razie, mocno wstrząsnęła. Kolejny raz mówię o Llosie: chapeau bas!

niedziela, 28 czerwca 2015

„Dom w Fezie” Suzanna Clarke

foto: archiwum własne
Jest to bardzo przyjemna książka o tym, że można i warto spełniać marzenia, nawet te z pozoru nierealne. Suzanna Clarke opowiada w niej, jak wraz z mężem – Sandym McCutcheonem postanowili kupić dom w sercu fezkiej medyny. Decyzję o zakupie nieruchomości podjęli spontanicznie, pod wypływem nagłego impulsu, umiłowania dla arabskiej kultury, które zagościło w ich sercach podczas pierwszej wizyty w Maroku. Autorka z humorem opisuje potyczki związane z renowacją ponad trzystuletniego riadu, począwszy od konieczności załatwienia licznych pozwoleń, poprzez specyfikę pracy miejscowych fachowców, do zdarzeń losowych, na które bohaterowie nie mieli wpływu, a które odegrały pewną rolę podczas budowy (pękające rury kanalizacyjne, uciekające osiołki etc.).

Suzanna Clarke nie przedstawia jedynie kolejnych etapów remontu, w książce możemy znaleźć wiele informacji na temat marokańskich zwyczajów (opisane są na przykład przyjęcie z okazji narodzin dziecka, praktyki związane z obrzezaniem chłopców, początki ramadanu, wierzenia, w tym sposoby zapobieżenia niepożądanej obecności dżinnów w codziennym życiu), relacji z sąsiadami, pierwszych nawiązanych przyjaźni, a także opisy zabytków czy tradycyjnych metod renowacji domostw. Ciekawa jest wzmianka o kodeksie prawa rodzinnego obowiązującym w Maroko, zwanym Mudawaną, jak na kraj muzułmański bardzo liberalnym. Zgodnie z nim kobieta doświadczająca przemocy ze strony męża może wnieść przeciw niemu oskarżenie, co więcej kobieta i mężczyzna mają równe prawa do majątku, i opieki nad dziećmi w przypadku rozwodu (kobieta, podobnie jak mężczyzna może wystąpić o unieważnienie małżeństwa), zniesiono również obowiązek posłuszeństwa żony względem męża. Ponadto na przysposobienie sobie kolejnej żony przez mężczyznę musi, poza sędzią, wyrazić zgodę pierwsza małżonka. Prawo do dziedziczenia po ojcu mają zarówno chłopcy, jak i dziewczynki. Mężczyzna ponosi również odpowiedzialność za dzieci nie będące owocem związku małżeńskiego.

Z przyjemnością czytałam o wycieczce Suzanny do Grenady, ja również byłam pod ogromnym wrażeniem kompleksu Alhambry i podobnie jak autorka słyszę chichot historii kiedy pomyślę, że Chrześcijanie, którzy przez osiemset lat próbowali wygnać Maurów z Hiszpanii obecnie odcinają kupony od ich spuścizny. Znakomitym uzupełnieniem książki są zamieszczone w niej fotografie przedstawiające kolejne etapy remontu i efekt końcowy, który naprawdę chwyta za serce. Ten specyficzny pamiętnik opowiadający o nowym życiu w centrum arabskiej medyny daje nadzieję na to, że możliwa jest pokojowa koegzystencja, pomimo tak oczywistych różnic kulturowych. Wymaga to jednak wiedzy, dystansu, tolerancji, szacunku dla odmienności, rzecz jasna w przypadku obu zainteresowanych stron.

Podczas lektury niejednokrotnie uśmiechałam się pod nosem, lekkie pióro, dystans do pewnych wydarzeń, barwne opisy codzienności, a także dociekliwość autorki w poszukiwaniu informacji na temat omawianych obrzędów, budowli, epizodów historycznych sprawiły, że ani przez chwilę się nie nudziłam. Tej książki się nie czyta, raczej pochłania. Uwaga - można zarazić się pozytywną energią bohaterów. Polecam.

foto: archiwum własne, fotografia fontanny na głównym dziedzińcu riadu zamieszczona w książce

wtorek, 23 czerwca 2015

„Niewidzialne miasta” Italo Calvino

foto: archiwum własne

Jest to fascynujący traktat filozoficzny o potędze wyobraźni i ulotności pamięci. Piękne, oniryczne opisy tajemniczych, nieistniejących miast przeplatane są rozmową Kubłaj- chana z Marko Polo. Początkowo komunikacja tych dwóch postaci jest utrudniona, gdyż słynnemu podróżnikowi obce są języki Wschodu. Bohaterowie „rozmawiają” zatem za pomocą symboli, gestów. Marko Polo improwizuje przedstawienia, wykorzystując do tego rekwizyty zgromadzone podczas podróży, których sens próbuje następnie odgadnąć wielki Chan, a wraz z nim czytelnik. Cudzoziemiec stopniowo poznaje język, zaczyna porozumiewać się z władcą za pomocą słów. W pewnym momencie role odwracają się, to Kubłaj- chan opisuje wyśnione, utkane z marzeń miasta, a Marko Polo ma za zadanie odgadnąć ich nazwę. Filozofia nierozerwalnie łączy się z matematyką, królową nauk. Już Filolaos z Koryntu (V wiek p.n.e.) we „Fragmentach presokratyków” powiada: „Wszystkie rzeczy, jakie znamy, mają liczbę: bez liczby nie byłoby możliwe poznanie ani pomyślenie czegokolwiek.” W „Niewidzialnych miastach” liczby odgrywają znaczącą rolę. 
W tabeli umieściłam kategorie miast, ich nazwy, kolory zaś to rozdziały powieści. Opracowanie własne na podstawie tekstu "Niewidzialnych miast".
Calvino opisuje 55 miast, które tworzą 11 kategorii, powieść podzielona jest na 9 rozdziałów, w pierwszym i ostatnim znajduje się po 10 miast, a w pozostałych po 5. Czy matematyczny model opisu wszechświata ma zastosowanie w przypadku potęgi wyobraźni, kreacji umysłu? Czy można rzeczywiście wyliczyć wszelkie odstępstwa od normy i ich kombinacje? Stworzyć model uniwersalny miasta, a potem jedynie wkładać i wyjmować poszczególne elementy? W tekście Calvino jest o tym mowa wielokrotnie. Większość opisywanych miast cechuje ponadto doskonała symetria, jak Oktawię, miasto - pajęczynę, czy Anastazję, złożoną z sieci koncentrycznych kanałów albo odbijającą się w tafli podziemnego jeziora Izaurę. W metropoliach często pod jednym dachem żyją mieszkańcy trudniący się handlem, zbieractwem, różnego rodzaju rzemiosłem i dawni bogowie, czy też postaci z baśni. Pozory rzeczywistości mieszają się ze światem fikcyjnym, dla niepoznaki w rozmowach bohaterów pojawiają się prawdziwe miasta – Wenecja, Paryż, Jerozolima, Grenada, Urbino. Bohaterowie także kwestionują realność opisywanej rzeczywistości, a nawet wzajemną rozmowę. Czy naprawdę się odbywa czy to tylko złudzenie? Czy rzeczywiście są tymi, za których się podają? Pod koniec siódmego rozdziału dochodzą do wniosku, że są w stanie kreować świat wedle własnych upodobań. Ta powieść to arcydzieło, jej lektura wymaga skupienia, a możliwości interpretacji jest tyle, ilu czytelników. Myślę, że każdy może w niej odnaleźć coś dla siebie. Kończę znakomitym cytatem:
Piekło żyjących nie jest czymś, co nastanie; jeśli istnieje, jest już tutaj, jest piekłem, w którym żyjemy na co dzień, które tworzymy, przebywając razem. Są dwa sposoby, aby nie sprawiało ono cierpień. Pierwszy jest nietrudny dla wielu ludzi: zaakceptować piekło i stać się jego częścią, aż przestanie się je dostrzegać. Drugi jest ryzykowny i wymaga ciągłej uwagi i ćwiczenia: odszukać i umieć rozpoznać, kto i co pośród piekła piekłem nie jest, i utrwalić to, i rozprzestrzenić.
"Za każdym razem, kiedy opisuję  jakieś miasto, mówię coś o Wenecji" ; foto: archiwum własne
PS. Książka niezwykle inspirująca. Możemy się o tym przekonać oglądając prace artystki Colleen Corradi Brannigan, która uczyniła niewidzialne miasta widzialnymi :)
http://www.cittainvisibili.com/en/index-en.html

„Wywiad z władzą” Oriana Fallaci

foto: archiwum własne
„Zrozumienie życia nie jest pocieszające, ale przeciwnie, przerażające. Oznacza utratę punktów odniesienia, które dotąd były oparciem: dobro i zło, prawda i fałsz, sprawiedliwość i niesprawiedliwość. Kiedy życie było tajemnicą, czyli poszukiwaniem, owe punkty odniesienia stanowiły pewniki pozwalające bez wahania obrać drogę, wyrazić określone sądy. Ale kiedy zdajesz sobie sprawę, że dobro i zło są punktami widzenia, podobnie jak prawda i fałsz, sprawiedliwość i niesprawiedliwość, każda droga wydaje ci się niepewna, a każdy sąd arbitralny. Jedyną pewnością są twoje wątpliwości i samotność.”
"Wywiad z władzą" Oriana Fallaci

Kolejna odsłona znakomitych wywiadów słynnej włoskiej dziennikarki. Książka podzielona jest na dwie części. W pierwszej z nich Oriana Fallaci wyjaśnia przyczynę niemal dwuletniej przerwy w swojej zawodowej działalności, znajdują się tutaj również wywiady z ajatollahem Chomeinim i Muammarem Kaddafim. Druga część to, poprzedzone wstępem jej autorstwa, rozmowy z największymi światowymi politykami. To tutaj odnaleźć możemy polskie akcenty – wywiad z Lechem Wałęsą, Mieczysławem Rakowskim i liczne nawiązania do wypowiedzi Zbigniewa Brzezińskiego, które pojawiają się w rozmowach z włoskimi politykami (zwłaszcza z Enrico Berlinguerem). 
1 maja 1976 roku towarzysz życia Oriany – Aleksandros Panagulis zginął w zainscenizowanym wypadku samochodowym. Po jego śmierci dziennikarka wycofała się z życia publicznego, w tym czasie opłakiwała ukochanego i opiekowała się chorą na raka, umierającą matką. Pracowała też nad powieścią Un uomo, za pomocą której oddała hołd Aleksandrosowi. Po tych dwóch latach życia w zawieszeniu, w letargu, impulsem do kontynuowania porzuconej pracy, przeprowadzania wywiadów stało się spotkanie z postrachem Sajgonu, generałem Loanem. Miało ono miejsce w przydrożnej knajpie w Burke, w Wirginii. Fallaci w błyskawicznym tempie wróciła do świata wielkiej polityki, rewolucji i wojen.

Książka wypełniona jest zabawnymi anegdotami dotyczącymi okoliczności przeprowadzania wywiadów. Wywiad z Chomeinim poprzedza próba analizowania słynnej „Błękitnej Księgi” i opis perypetii dziennikarki w Iranie. Zaczęło się już na lotnisku – czerwone paznokcie i brak chusty na głowie wywołał oszołomienie celników, następna prowokacja to było poszukiwanie piwa i angażowanie w to personelu hotelowego, dalej wizyta u fryzjera - mężczyzny, przymusowy ślub z kierowcą, a na koniec zrzucenie czadoru w obecności ajatollaha. Pierwszy raz Oriana Fallaci przyznała, że w wywiadzie z Szachem Rhezą Pahlawim była niesprawiedliwa, chciała udowodnić tezę, że jest on szaleńcem, megalomanem, celowo prowokowała go do zwierzeń na temat słynnych wizji. Po latach uznała go za „mniejsze zło” w porównaniu z Chomeinim, który cisnął Iran z powrotem w mroki średniowiecza. Muammara Kaddafiego, swojego kolejnego rozmówcę, nazwała wprost „kretynem, zarozumiałym kłamcą i prostakiem w przebraniu dyktatora”, poddawała w wątpliwość jego stan intelektualny. Zresztą jego odpowiedzi na pytania rzeczywiście są pozbawione sensu, składają się głównie z bełkotu na temat „Zielonej Książeczki”, władzy ludu i rewolucji. Roberta Kennedy'ego nazwała chodzącym paradoksem - „nieśmiałą osobą, która onieśmiela innych”. Jamesowi Farmerowi zadała pytanie czy za buntem czarnej ludności nie stoją przypadkiem komuniści? W rozmowie z Dalajlamą nie kryła uśmiechu, życzliwości, szacunku, widać, że ten wywiad sprawiał jej przyjemność. W przeciwieństwie do przesłuchania, jakiemu poddała terrorystkę Raszidę Abhedo, odpowiedzialną za podłożenie dwóch bomb w supermarkecie, w Jerozolimie, 21 lutego 1969 roku (według informacji, do których zdołała dotrzeć Fallaci zginęło wtedy 27 osób, 60 zostało rannych, w tym 15 ciężko rannych). Z podobną niechęcią podeszła do rozmowy z Arielem Szaronem (moim zdaniem to właśnie te dwa wywiady są najciekawsze w tej książce). Napięcie sięgnęło zenitu, kiedy na oświadczenie generała, że minimalizował straty w ludności cywilnej Libanu podczas wypędzania stamtąd OWP, wyciągnęła z torebki zdjęcie dzieci zmasakrowanych podczas izraelskiego bombardowania.

Taka właśnie była Fallaci – nie bała się nikogo i niczego, bezkompromisowa, twarda, szukająca prawdy za wszelką cenę. Wywiad z Lechem Wałęsą też nie należał do najłatwiejszych i choć jego zdaniem Oriana potraktowała go łagodnie, zapis tej rozmowy i późniejsze uwagi dziennikarki całkowicie temu przeczą. W „Wywiadzie z sobą samą” napisała: „Jeśli pomyśleć, że ten pijaczyna Jelcyn miał władzę cara, a grubianin i świętoszek Wałęsa był symbolem Wolności, dech ci odbiera.” Cristina de Stefano zamieściła z kolei w biografii Fallaci krótki fragment wywiadu dla włoskiej gazety, w którym dziennikarka wyznaje między innymi: „Wałęsa mi się nie spodobał” (po ciąg dalszy tej wypowiedzi odsyłam do wspomnianej biografii). W „Wywiadzie z władzą” odnaleźć możemy także rozmowę z Deng Xiaopingiem, w której omawiane jest otwarcie Chin na kapitalistyczny Zachód, a ponadto rozprawienie się z tzw. bandą czworga. Włoskiej polityce Fallaci poświęciła aż pięć wywiadów (z Sandrem Petrinim, Giovannim Malagodim, Ugo La Malfą, Giancarlem Pajettą, Enrico Berlinguerem).

Zakomite pióro, dynamiczny styl, osobisty stosunek do rozmówców, umiejętność głębokiego analizowania przedstawianych problemów, przenikliwość to cechy prozy Fallaci, które niezmiennie mnie zachwycają i sprawiają, że jej książki czytam z wielką przyjemnością. Polecam.

foto: archiwum własne
foto: archiwum własne


wtorek, 16 czerwca 2015

„Lost and found. Opowiadania” Zadie Smith

foto: archiwum własne
Bardzo lubię czytać opowiadania. Cenię sobie szczególnie utwory takich pisarzy jak Márquez, Cortázar, Murakami, Diáz. Jest dużo prawdy w tym, co mówi Zadie Smith: „Człowiek staje się innym pisarzem, kiedy bierze na warsztat opowiadanie.” Wydaje mi się jednak, że autorka czuje się o wiele lepiej w dłuższych formach (pamiętam jak czytałam „Białe zęby”- znakomita powieść). Zbiór „Lost and found” zawiera trzy krótkie utwory, zamieszczone pierwotnie na łamach gazet „Granta” („Martho, Martho”) oraz „The New Yorker” („Hanwell w piekle”, „Ambasada Kambodży”). Dwa ostatnie teksty dostępne są za darmo, w oryginale, na stronie internetowej „The New Yorker”. Opowiadania Zadie Smith nie podziałały na mnie piorunująco, ale nie sposób odmówić im uroku. Tajemnica zdaje się tkwić w prostocie. Autorka opisuje losy zwyczajnych ludzi. Łączy ich poczucie osamotnienia, utrata bliskich, traumatyczne przeżycia. Ich doświadczenia wpływają na to, kim się stają. Widać to wyraźnie zwłaszcza w pierwszym opowiadaniu („Martho, Martho”). Od początku przeszkadzała mi postawa bohaterki - była opryskliwa, nie do końca wiedziała czego chce, antypatyczna, niemiła. Nie można było zrozumieć jej zachowania do momentu, gdy wyciągnęła fotografię ukochanego mężczyzny i dziecka. I zapłakała. W kolejnym opowiadaniu, „Hanwell w piekle”, bohater ciężko pracuje jako pomywacz w restauracji, a każdą wolną chwilę przeznacza na wykańczanie pokoju dla swoich trzech córek. Podobno nadzieja umiera ostatnia. Czytelnik od razu zgaduje, że Hanwell nigdy nie doczeka się powrotu pociech. W angielskim tekście, na wstępie opowiadania znajduje się anons, który zamieściła w prasie po latach jedna z córek bohatera, próbująca dowiedzieć się, co stało się z jej ojcem. Ogłoszenie to nie zostało przedstawione w polskiej wersji językowej. Trochę mnie to dziwi, z uwagi na fakt, że cały utwór jest odpowiedzią na ów anons. Ostatnie opowiadanie - „Ambasada Kambodży” spodobało mi się najbardziej. Wcale nie za sprawą głównej bohaterki – Fatou, która codziennie, udając się na basen, mija teren placówki dyplomatycznej. Przypadło mi do gustu to, co niewidoczne, przemyka gdzieś w tle, a mianowicie pewien epizod z historii Kambodży. Chodzi o krwawe stłumienie zamachu stanu, dokonanego przez Ludowy Front Wyzwolenia, przez wojsko i rząd. Premierem była wtedy Sirimavo Bandanaraike (pierwsza kobieta na świecie na tym stanowisku). Zachęcam w tym miejscu do zapoznania się z wywiadem, który przeprowadziła z ówczesną panią premier Oriana Fallaci („Wywiad z historią”, sierpień 1972 rok). Gdybym miała jednym słowem określić, co podobało mi się w poszczególnych opowiadaniach ze zbioru „Lost and found” powiedziałabym tajemniczo: Lacrimosa, sformułowanie „zżółcić czerwień mocą samej nadziei”, badminton. Paradoksalnie proste rzeczy, ale ja lubię wszystko gmatwać. Wyjaśnień musicie poszukać zatem sami, w poszczególnych tekstach. Nie podobała mi się natomiast cena, podobno płaci się za nazwisko. W takim razie dlaczego nowa książka Hanifa Kureishiego, którego Zadie Smith uważa za swojego mistrza kosztuje tylko kilka złotych więcej przy dwukrotnie większej objętości? Nigdy nie zrozumiem sposobu ustalania cen. Książkę polecam przede wszystkim miłośnikom talentu Zadie Smith. Przede mną powieść „Londyn NW”.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

„Temat na pierwszą stronę” Umberto Eco

foto: archiwum własne
Na wstępie należy powiedzieć, że nie jestem wielką fanką twórczości Umberto Eco. Wprawdzie zachwyciła mnie pierwsza powieść tego pisarza - „Imię róży”, ale później, przy „Wahadle Foucaulta” mój entuzjazm się wyczerpał. Trzy razy próbowałam zgłębić tę książkę, ale nie było mi dane. Regularnie, gdzieś około pięćdziesiątej strony padam, nie mogę przejść tego szczegółowego opisu każdego z eksponatów w muzeum i już. Mam tak skuteczną blokadę, że „Tajemniczego płomienia królowej Loany” też nie mogłam przeczytać, mimo że czai się na półce. Raz po raz trafiałam w sieci na pozytywne opinie o najnowszej powieści - "Temat na pierwszą stronę" (a raczej opowiastce, bo objętość tego dzieła jest zaskakująco niewielka) i na Targach Książki w końcu uległam. Powiedziałam sobie- raz kozie śmierć, spróbuję wrócić do czytania Eco. I... zachwyciłam się. Jest to błyskotliwa, napisana z odpowiednią dozą humoru i ironii, niekiedy wręcz miażdżąca krytyka współczesnych, zakłamanych mediów (i nie tylko, skostniałym uczelnianym układom i układzikom też się dostaje). Autor opisuje w niej dziennikarski świat od kuchni, podaje przepis jak z kilku faktów, całej masy spekulacji i domysłów oraz własnej wyobraźni tworzyć newsy, za które niektórzy gotowi są nawet zabić. Nie ma czegoś takiego jak wolne media, w głównym nurcie wartko płynących w naszym kierunku informacji próżno szukać prawdy. Jaka jest naczelna dewiza dziennikarzy skupiających się w redakcji opisywanego przez Eco „Jutra”? Otóż ich zdaniem „Gazety uczą ludzi, jak mają myśleć.” I dalej: „Ludzie początkowo nie wiedzą, jakie mają poglądy, potem my im to mówimy, a oni dostrzegają, że je mieli.” Cały ten teatrzyk na zlecenie Simeiego (red. naczelny) obserwuje Colonna. Został on zatrudniony jako ghost writer, ma za zadanie opisać powstawanie gazety „Jutro”, kolegia dziennikarskie, tworzenie tematów, prowadzone śledztwa, codzienne życie redakcji etc. Książka, którą w ten sposób tworzy ma zostać w krótkim czasie bestsellerem. Jest tylko jeden szkopuł- gazeta „Jutro” to fikcja i choć nie wiedzą o tym zatrudnieni w niej dziennikarze, nigdy nie powstanie. Po co w takim razie bawić się w ciuciubabkę i powoływać do życia taki dziwny twór, pozorować redakcyjne prace? Ma to być narzędzie nacisku pewnego tajemniczego biznesmena, który za pomocą zastraszania możliwymi kompromitującymi artykułami chce zdobyć polityczne i gospodarcze wpływy. Czytając śmiałam się często, ale niekiedy był to śmiech przez łzy. Poziom manipulowania ogłupionymi przez prymitywną ofertę programową telewizji ludźmi sięga zenitu, a i cała historia tworzenia artykułów (spekulacje, przeinaczanie faktów, niedopowiedzenia, brak rzetelności), odpowiedzi na listy czytelników, jakość tekstów niepokojąco przypomina to, z czym mamy do czynienia dosyć często w tak zwanych „mainstreamowych” mediach. Plus te straszliwe rady, jak na przykład: „Zapamiętajcie sobie, że aby zbić oskarżenie, nie trzeba dzisiaj koniecznie dowieść, że sytuacja przedstawia się całkiem przeciwnie, wystarczy podważyć wiarygodność oskarżającego.” dopełniły mojego poczucia beznadziei. Dalej mamy słynne zbieranie teczek na wszystkich i na wszystko, również popularna i znana metoda kompromitowania, zwłaszcza polityków. I nie chodzi wcale o ujawnianie ich treści, co poniektórzy jedynie nimi dziarsko swego czasu wymachiwali i to wystarczyło, żeby zasiać ziarno wątpliwości...skoro jest teczka, coś musi być na rzeczy. Bardzo podobało mi się nawiązanie do powieści „Liga uczciwych” Johna Mosca (powstała w 1945 roku), słowa przypisane w powieści Mai trafnie diagnozują, jaki los czeka większość idealistów: „Liga uczciwych- powiedziała Maia z uśmiechem – to tytuł starej, przedwojennej powieści Giovanniego Moski, która dziś jeszcze mogłaby nas rozbawić. Mowa w niej o takiej union sacrée porządnych ludzi, mieli oni mieszać się z nieuczciwymi, aby ich demaskować i w końcu nawracać na uczciwość. Aby jednak nieuczciwi uznawali ich za swoich, członkowie ligi musieli postępować w nieuczciwy sposób. Łatwo sobie wyobrazić co się potem stało. Liga uczciwych zamieniła się stopniowo w ligę nieuczciwych.” Ciekawe było również śledztwo prowadzone przez jednego z bohaterów, dotyczące prawdziwych okoliczności śmierci Benito Mussoliniego, które nie zakończyło się szczęśliwie dla dziennikarza. Nic więcej jednak nie zdradzę, bo i tak powiedziałam zbyt wiele. Tę książkę trzeba przeczytać. I koniecznie włączyć krytyczne myślenie, analizować i rozkładać na czynniki pierwsze wszelkie sensacyjne informacje, które do nas docierają (te zawarte w powieści również). Teraz Ci, którzy na co dzień nie zdawali sobie sprawy z szerokiego wachlarza dziennikarskich sztuczek dostali znakomitą broń do ręki. Warto z niej skorzystać.

„Czarny kwiat” Kim Young-ha

foto: archiwum własne
Powieść ta to fascynujący zapis mało znanego epizodu z historii Korei. 4 kwietnia 1905 roku grupa 1033 Koreańczyków wsiadła na statek „Ilford” płynący do Meksyku, ich podróż zakończyła się 15 maja 1905 roku, kiedy to przybyli do portu Salina Cruz, po sześciu tygodniach tułaczki na morzu. Statkiem płynęli chłopi, robotnicy, byli żołnierze, arystokraci, szamani, księża, złodzieje, kobiety w różnym wieku. Stopniowo międzyklasowe różnice zacierały się, a podróżujący powoli zaczęli dostrzegać, że łączy ich ten sam los- wyrzutków, którzy na nowym lądzie chcą odnaleźć spokój, szczęście, dobrze płatną pracę i po prostu muszą się dostosować do zmieniających się reguł. Podczas wędrówki na spokojnych wodach oceanu pasażerowie przeżyli jeden poród, a także epizod czerwonki, w wyniku którego śmierć poniosły dwie osoby. 1032 Koreańczyków przybyło do południowo meksykańskiego portu, a następnie czekała ich jeszcze podróż w głąb lądu do miejsca pracy - hacjend, gdzie mieli zajmować się ścinaniem liści agawy. Praca trudna, wyczerpująca, w gorącym i suchym klimacie i niestety niezbyt dobrze płatna. Początkowo przybysze mieli problemy z zaadaptowaniem się do nowych warunków, ale wkrótce pokonali trudności. Na uwagę zasługuje fakt, że nie pozostawali bierni względem hacendados. Szybko zaczęli się organizować i domagać zmiany zastanej rzeczywistości. Co ciekawe, nie wszystkie bunty były krwawo tłumione, Koreańczycy, na niektórych hacjendach uzyskali zwolnienie z pracy w niedzielę (porzucili swe wierzenia i zostali Chrześcijanami), darmowe posiłki, a także możliwość wykupienia się za kwotę osiemdziesięciu pesos przed upływem czteroletniego kontraktu, ale nie wcześniej niż po dwóch latach. W międzyczasie Cesarstwo Koreańskie przestało istnieć, Korea została kolonią Japonii, przybysze nie mieli dokąd wracać, większość z nich pozostała zatem w Meksyku. Część brała udział w walkach rewolucyjnych zarówno po stronie Pancho Villi i Emiliana Zapaty, jak i po stronie Álvaro Obregóna. Niektórzy walczyli jako najemnicy w gwatemalskiej wojnie domowej i to właśnie w tamtejszej dżungli postanowili założyć nowy kraj. Nazwali go Nową Koreą. Ten samozwańczy twór nie przetrwał jednak długo i wkrótce został wymazany z kart historii. Czyta się tę opowieść z wypiekami na twarzy, nie sposób się oderwać, od początku kibicujemy bohaterom i pragniemy, żeby ich przygoda dobrze się zakończyła. Pozornie mało dynamiczne tygodnie podróży statkiem zyskują dzięki opisywaniu przez autora prac w kuchni- tu ciągle panuje pośpiech, krojenie, siekanie, gotowanie w upale, mieszanie składników, kłótnie kucharzy. Przyjęcie przez lekarza porodu, a potem epidemia czerwonki, ofiary i tajemnicze rytuały również dodają dynamiki opisywanej tułaczce. Na lądzie, w hacjendach stale coś się dzieje, czytelnik ani przez chwilę się nie nudzi. Na problemy robotników na plantacjach nakładają się rewolucyjne nastroje w Meksyku i późniejsze obalenie rządu Porfirio Díaza. Poznajemy też dzieje Gwatemali i udział Koreańczyków w tamtejszej wojnie domowej. Kim Young- ha ciekawie wyjaśnia genezę tytułu „Czarny kwiat” : „Czarny kolor powstaje, gdy łączą się wszystkie inne barwy. Podobnie w tej powieści wszystko miesza się ze sobą- religie, rasy, stany i płci – i to co się wyłania, to coś zupełnie innego.[...] Czarny kwiat istnieje tylko w wyobraźni, tak samo jak miejsce, do którego bohaterowie powieści mają nadzieję przybyć, jest utopią”. Na uwagę zasługuje również świetna okładka książki. Jedynym mankamentem są literówki, niepotrzebnie wtrącone wyrazy, lecz mimo to całość się broni. Gorąco polecam. Ja nie mogłam się oderwać.

sobota, 13 czerwca 2015

„Kaprysik. Damskie historie” Mariusz Szczygieł

foto: archiwum własne
Kolejna lektura przeczytana w ramach Domowego Klubu Książki vel Sabatowa. Kiedy Natalia (Kronika Kota Nakręcacza) zamachała nam przed nosem nieznośnie różową okładką powiało sceptycyzmem, szczególnie z mojej strony. Jedyny kolor, jakiego szczerze nie znoszę to właśnie wszelkie odcienie malinowego. Poza „Hell” Lolity Pille nie zdarzyło mi się sięgnąć w tym roku po książkę, której zewnętrzna warstwa tak wyraźnie odpycha. W środku jednak jest całkiem przyjemnie. Wynika to zapewne z niebywałego talentu Pana Szczygła do słuchania. Rozmawiał, notował i znalazł kilka całkiem ciekawych historii, których bohaterkami są zwyczajne- niezwyczajne kobiety. I to im autor oddaje głos. Pierwsza z nich przez 30 lat życia notowała wszystkie prozaiczne czynności, takie jak telefony, wizyty znajomych, przeczytane książki, spożyte posiłki, przypadkowe spotkania z ludźmi (nie mylić z tymi spotkanymi mimochodem) etc. Zebrał się tego pokaźny stosik. Pytanie brzmi dlaczego? Żeby pokonać samotność, odnaleźć samą siebie, nadać metafizyczny sens prostej egzystencji? Sama bohaterka ujmuje to tak: „Ile jest kobiet czekających na bocznym torze? Żyję, czy udaję , że żyję? To notowanie, ta statystyka ma mnie samą oszukać? Gdybym przestała zapisywać, musiałabym wrócić do siebie samej.” To również częściowo tłumaczy dlaczego o sobie pisze w dziennikach w trzeciej osobie i dlaczego swoje dzieci i męża wymienia bezosobowo i chłodno z imienia i nazwiska, próżno tu szukać czułości, to czysto naukowe zapiski. Jednocześnie jest to jeden z najciekawszych reportaży w tym zbiorze (co zgodnie stwierdziłyśmy). Kolejna historia opowiada o kobiecie odczuwającej dziwny przymus fotografowania swej osoby w różnych, nietypowych aranżacjach- strojach z epoki, przebraniach wróżki, wielkiej damy, wśród kwiatów itd. Tutaj właśnie znajdziemy urocze zdjęcie Pana Mariusza Szczygła jako elfa, wraz z bohaterką reportażu i jej dziećmi. Fotografowanie się jest kaprysem, ale też sprawnie wyreżyserowanym przez kobietę wymyślaniem siebie na nowo, które jest przez nią konsekwentnie realizowane (wizja jest tylko jej i widać, że nie znosi ona sprzeciwu i nie przyjmuje do wiadomości uwag fotografa). Następny reportaż dowodzi, że w zawodzie dziennikarza nie ma przypadków, a każdy, nawet niepozorny, świstek papieru może stać się przyczyną poszukiwań i bardzo interesującego dochodzenia, które prowadzi do zaskakujących rezultatów. Pomysłów na rozwiązanie zagadki czym jest tajemnicza lista kobiet wraz z adresami i dodatkowymi oznaczeniami w postaci wykrzykników jest wiele, rozwiązanie prozaiczne, ale zabawa w poszukiwanie go wraz z autorem przednia. Dwa ostatnie opowiadania – „Dowód” oraz „Rozstanie jest ostre jak miecz” to moim zdaniem najsłabsze ogniwa tego zbioru. Pierwsze z nich opowiada o tym, jak w dowód miłości rektor AGH postawił swej małżonce pomnik na uczelni. Moja niechęć być może wynika z tego, że jestem przekonana, iż prawdziwa miłość nie wymaga takich ostentacyjnych gestów. Codzienne czynności, pomoc w przygotowywaniu obiadu, zajmowaniu się dzieckiem, rozmowy to wystarczające dowody na obustronne uczucie, mnie to w zupełności zadowala i monumentów się nie domagam. Ostatni tekst – „Rozstanie jest ostre jak miecz” to zapis rozmowy z wokalistką Tercetu Egzotycznego – Izabellą Skrybant- Dziewiątkowską, której współautorem jest Dariusz Zaborek. Poznajemy historię życia poszczególnych członków zespołu, kulisy ich zagranicznych wystąpień. Niestety egzaltacja bohaterki, opowieści typu, że dom z basenem to taki standard, który każdy powinien mieć w posiadaniu nie wzbudziły we mnie ciepłych uczuć. Książkę „Kaprysik. Damskie historie” jako całość oceniam pozytywnie, materiał jest bogato ilustrowany zdjęciami pochodzącymi z prywatnych archiwów bohaterek, pierwszy reportaż „Reality” to majstersztyk, broni się także „Kartka”. Tę krótką lekturę polecam głównie kobietom. Okładkę, gdyby szykowało się kolejne wydanie, należałoby zmienić.

środa, 10 czerwca 2015

„Człowiek i twórca. Julio Cortázar” Alberto Cousté

„Nie chcę pisać, nie chcę studiować, chociaż nadal będę to robić; chcę po prostu, naprawdę być; choćby mnie to miało doprowadzić do odkrycia, że jestem niczym.” 
Julio Cortázar 
foto: archiwum własne

Ta krótka, niepozorna książka jest dowodem na to, że można za niewielkie pieniądze (dokładnie 5 zł) zetknąć się z kawałkiem niezłej literatury. Jest to subiektywne spojrzenie na jednego z największych twórców iberoamerykańskich – Julio Cortázara, pióra jego przyjaciela, Alberta Cousté. Autor w kolejnych rozdziałach stara się przybliżyć czytelnikom różne oblicza geniusza - to jaki był prywatnie ten wiecznie zadziwiony marzyciel oraz jaki wpływ miała na niego sława, jak znosił na co dzień bycie osobą publiczną. Przedstawia sylwetkę niezwykłego pisarza zaangażowanego, najpierw w rewolucję kubańską, później konflikt w Nikaragui, wreszcie otwarcie potępiającego południowoamerykańskie dyktatury. Nie ma tu wydumanych interpretacji dzieł, jest dokładnie tak jak sobie życzył Cortázar - zabawa z czytelnikiem, próba skłonienia go do poszukiwań na własną rękę, do pochłaniania poszczególnych utworów mistrza słowa z przymrużeniem oka. Proza Cortázara jest tak wyjątkowa i oryginalna, że od lat wymyka się wszelkim próbom klasyfikowania, tajemnicze postaci kronopiów, wymyślony od podstaw język glicyński (m.in. cały rozdział 68 „Gry w klasy”), do stworzenia którego skłoniło autora prawdopodobnie przeglądanie ulotek medykamentów (tutaj warto zwrócić uwagę na rozdział XVII „Wielkich wygranych”), czerpanie pełnymi garściami ze zdobyczy patafizyki to tylko niektóre przykłady, na które możemy się natknąć przeglądając antologię jego dzieł. Alberto Cousté starał się stworzyć swoiste kompendium, w swojej książce analizuje fenomen Cortázara, pisze o tym, co stanowiło dla niego inspirację, o jego wielkich miłościach, polityce, przedstawia portrety najważniejszych osób z otoczenia pisarza, omawiane są główne utwory, na czele ze znakomitą „Grą w klasy”, cennym dodatkiem są liczne zdjęcia. Znaleźć tu także możemy wybór tekstów twórcy, wzruszające wiersze ze zbioru „Pameoty i Meopaty”, próbkę jego opowiadań m.in. świetny utwór zatytułowany „Ciągłość parków” czy „Zajęty dom”, a także „Jak się bać: instrukcja – przykład”. Mnie ta niewielka próbka twórczości Cortázara zachęciła do powrotu do wcześniej czytanych dzieł – „Gry w klasy” czy „W osiemdziesiąt światów dookoła dnia”, co niebawem uczynię z wielką przyjemnością. Odnaleźć się w gąszczu utworów i historycznych wydarzeń towarzyszących życiu pisarza możemy dzięki rozdziałowi „Chronologia”. Jeśli ktoś, po przeczytaniu książki Alberto Cousté, będzie odczuwał niedosyt z pomocą przyjdzie zapewne bogata bibliografia zamieszczona w jednym z rozdziałów. Samemu Cortázarowi sposób opisywania jego osoby tak się spodobał, iż powiedział autorowi, że zrobił to z „należytym brakiem szacunku”, po czym ochoczo włączył się do prac redakcyjnych (książka ta w dużej części powstała za życia pisarza, w latach ’70, miała stanowić wstęp do antologii dzieł Cortázara). Polecam gorąco, aczkolwiek bardzo subiektywnie, Cortázar bowiem to obok Márqueza i Llosy, Somozy, Mendozy etc. jeden z moich ulubionych pisarzy hiszpańskojęzycznych (i jeden z najprzystojniejszych).


foto: Pixabay
PS. Gdy spoglądam na powyższą fotografię myślę o utworze "Poemat" ze zbioru "Pameoty i Meopaty". Przeczytajcie go proszę w ramach "pracy domowej" ;) Polecam uwadze również "Wielką grę" z tego samego zbioru.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

„Zły” Leopold Tyrmand

"Życie pełne jest przypadków i rzeczy ciekawych, a w wielkim mieście obydwa te czynniki życia zwielokratniają się oszałamiająco." 
"Zły" Leopold Tyrmand

foto: archiwum własne
Znakomita, wciągająca, napisana z rozmachem kronika życia w Warszawie, w 1954 roku. Połączenie powieści detektywistycznej, pododmiany kryminalnej, romansu, dokumentu, westernu, powieści łotrzykowskiej etc. Jest to świetnie napisana książka, a powrót do tej lektury po latach utwierdził mnie w przekonaniu, że to prawdopodobnie najlepsza powieść o Warszawie, w czasach gdy miała ona jeszcze serce i duszę, a jej mieszkańcom zależało na losie metropolii.

Autorowi udało się oddać ducha miasta trudnych czasów odbudowy, pięknie przedstawia zaangażowanie ludności w budowę stolicy. „Warszawiacy oddychali budową- nie była to metafora, lecz ciężka, zakurzona, ceglana i pylasta prawda. Trzeba zaś bardzo kochać swoje miasto, by odbudowywać je za cenę własnego oddechu.” Tyrmand barwnie opisuje poszczególne dzielnice, zadymione kawiarenki, targowisko na Koszykach, handel na Bazarze Różyckiego, przygotowania do wielkiego meczu Polska- Węgry i związane z tym machlojki koników, ciemne blokowiska i bramy, przedstawia przestępczy element, pracę milicji, codzienne życie warszawiaków, kulisy dziennikarskiego fachu. Aż chce się zanucić pod nosem „Nie masz cwaniaka nad warszawiaka” Stanisława Grzesiuka.

Niepowtarzalny klimat, nietuzinkowi bohaterowie, nie tylko tytułowy "Zły" o przerażających, białych oczach (mnie przypadł do gustu tajemniczy Pan w meloniku, z laseczką u boku i rewolwerem w kieszeni będący detektywem- amatorem) sprawiają, że od lektury nie sposób się oderwać. Zły walczy z drobnymi cwaniaczkami, chuliganami, a wreszcie z nieuchwytnym prezesem spółdzielni „Woreczek”, Filipem Merynosem, "szefem wszystkich szefów". Nie dokonuje tego samotnie, ma po swojej stronie drużynę sprawiedliwych, kioskarza Juliusza Kalodonta, szofera MPK Eugeniusza Śmigło i cukiernika Fryderyka Kompota. Wkrótce do grona współpracowników głównego bohatera dołączają Marta Majewska, Witold Halski - lekarz i Edwin Kolanko – dziennikarz. Z pewnym dystansem przygląda się całej sprawie porucznik MO Michał Dziarski, który choć cele ma podobne - zwalczać chuligaństwo i przestępczość na terenie miasta, nie pochwala metod Złego.

W końcowym fragmencie powieści Tyrmand wkłada w usta głównego bohatera następujące słowa: „W istocie takie wymierzanie sprawiedliwości na własną rękę, owe wendety i obyczaj samowolnej zemsty wydają mi się być czymś bardzo groźnym dla społeczeństwa.” Jest to swoisty paradoks, bo trudno nie zgodzić się z tym twierdzeniem, a jednocześnie nie można nie kibicować Złemu w jego działaniach na rzecz poprawy bezpieczeństwa w mieście. 

Mało jest w tej książce wyrazistych postaci kobiecych. Interesująca, wyzwolona , „kobieta dorodna”, Olimpia Szuwar, pojawia się zdecydowanie za rzadko na kartach powieści. Naiwna, czasami chimeryczna, rozkapryszona Marta Majewska drażniła mnie swoim lekkim podejściem do związków, już w trakcie relacji z hokeistą Zenonem rozpoczęła romans z Witoldem Halskim, później flirtowała z Jerzym Meteorem, co mogło się dla niej zakończyć tragicznie. Większość kobiet potraktowana jest w powieści jako niezobowiązujący dodatek do mężczyzny, na czas interesów znikają z pola widzenia, a w tak zwanym międzyczasie nie jest wcale lepiej- traktowane są bowiem instrumentalnie. Mówię tu o środowisku przestępczym. Tylko jedna postać kobieca wzbudziła moją szczerą sympatię – inteligentna, odważna, sprawiedliwa sędzia Zofia Chwała, która nie bała się wyrażać otwarcie swoich poglądów, zwłaszcza na temat trudnej młodzieży. 

Cenię tę książkę przede wszystkim za cudowne opisy warszawskich ulic, kamienic, miejskiego klimatu, życia, które obecnie, zwłaszcza w weekendy, wydaje się zanikać w stolicy. 

Powieść „Zły” omawiałyśmy w ramach spotkań Domowego Klubu Książki vel Sabatowa u Natalii (Kronika Kota Nakręcacza). Towarzyszył nam album ze zdjęciami starej Warszawy, który pozwolił jeszcze mocniej wczuć się w książkowy klimat. 
Za udostępnienie egzemplarza serdecznie dziękuję Natalii oraz Wydawnictwu MG. 

Na koniec ciekawy link, to strona- blog, na której autor omawia po kolei, z podziałem na poszczególne rozdziały, miejsca opisywane w powieści. Znaleźć tu można archiwalne zdjęcia, obszerne fragmenty książki: 
Polecam również uwadze słuchowisko Programu Drugiego Polskiego Radia, które powstało na motywach powieści „Zły” Leopolda Tyrmanda.