wtorek, 3 października 2017

„Zapiski z Rakki. Ucieczka z Państwa Islamskiego” Samir

„Syria przestała istnieć. I to nie tylko dlatego, że przez [ponad] pięć lat wojny została zrównana z ziemią, ale także dlatego, że w dużym stopniu zanika tożsamość narodowa Syryjczyków […]. Odgórnie tworzone tożsamości narodowe o historii liczącej średnio trzy generacje pozostają dość płynne, a Syria nie jest wyjątkiem. Syryjska tożsamość narodowa coraz silniej zastępowana jest inną, głównie tą bazującą na odniesieniach do islamu, w wydaniu sekciarskim. […] Tożsamość sunnicka, szyicka, alawicka czy druzyjska wypierają stopniowo poczucie syryjskiej wspólnoty narodowej. Zarysowują się nowe linie podziału, a granice na mapie pomału przestają odpowiadać jakimkolwiek tożsamościom.” 
„Syryjska wojna domowa. Damasceńska Wielka Gra” Piotr Balcerowicz 
Wstęp do książki „Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii” Samar Yazbek, wyd. Karakter. 

foto: Wydawnictwo Insignis


Samir to pseudonim młodego mężczyzny, któremu udało się uciec z Rakki. Wcześniej, wraz z aktywistami z grupy Asz – Szarkija 24, starał się przekazywać aktualne informacje dotyczące sytuacji w mieście zachodnim dziennikarzom, za pomocą zaszyfrowanych smsów. Spisania relacji Samira podjął się brytyjski dziennikarz, korespondent zagraniczny BBC - Mike Thomson. 

„Zapiski z Rakki” to relacja naocznego świadka z oblężonego przez Daisz miasta. Samir nie ogranicza się jednak jedynie do opisywania okrucieństw Państwa Islamskiego, w swojej opowieści poświęca też wiele miejsca reżimowi Al-Asada i jego zbrodniom. Mówi między innymi o aresztowaniu i torturowaniu ojca, represjach, jakie dotknęły jego rodzinę w związku z fałszywymi oskarżeniami pracodawcy ojca Samira. Zarówno pod rządami dynastii Asadów, jak i Daisz, karą za kontakty z zagranicznymi mediami dla mieszkańców miasta jest śmierć. Samir wiele zatem ryzykował, by opowiedzieć, jak wyglądało zajęcie Rakki, jak radzą sobie jej mieszkańcy z terrorem najeźdźców oraz jak wygląda codzienność w oblężonym mieście. Co więcej, nie poddał się nawet wtedy, gdy część jego przyjaciół została przez kontakty z dziennikarzami skazana na ścięcie, choć oczywiście przeżywał chwile zwątpienia. W Rakce brakuje żywności, podczas nalotów mających spowodować wycofanie się Państwa Islamskiego z miasta giną nie tylko bojownicy Daisz, ale również cywile, w tym dzieci. Samir opowiada również o tym, jak nowe władze zaczęły stosować prawo szariatu. Karzą za nieodpowiedni ubiór, używanie wulgaryzmów, podejrzenie cudzołóstwa oraz naturalnie za opór stawiany nowemu porządkowi. 

Nie wiem czy to świadomy zabieg wydawcy, ale bardzo podoba mi się szata graficzna książki. Piękne, kolorowe ilustracje rozładowują nieco przerażenie, jakie wzbudza w czytelniku skala opisywanych okrucieństw. Myślę, że gdybyśmy dostali jedynie suchą relację, czarno na białym, nie mielibyśmy chwili na refleksje, zatrzymanie się, złapanie dystansu. Barwne szkice odwracają uwagę, uzupełniają całość, pozwalają na chwilę przenieść wzrok. To potęguje przekaz Samira. 

Kiedy dostałam od wydawnictwa Insignis propozycję recenzji „Zapisków z Rakki” pomyślałam, oto kolejna ckliwa opowieść o okrucieństwach Państwa Islamskiego. Ileż można czytać i wydawać to samo? Nie byłam zainteresowana tą książką. Później zaczęły pojawiać się entuzjastyczne recenzje na czytywanych przeze mnie blogach książkowych. Z ciekawości zakupiłam egzemplarz i teraz muszę wszystkie swoje negatywne skojarzenia odwołać. To wartościowa książka, relacja napisana prostym językiem, docierająca bezpośrednio do serca. Lektura, która sprawia, że to, co dzieje się w Syrii przestaje być tak odległe i niezrozumiałe dla nas, bezpiecznych Europejczyków. Polecam. 

foto: archiwum własne


„Zapiski z Rakki. Ucieczka z Państwa Islamskiego” Samir 
tłumaczenie z języka angielskiego: Michał Romanek 
tytuł angielskiego przekładu: The Raqqa Diaries: Escape from Islamic State 
data wydania: 13 września 2017 
ISBN: 9788365743350 
liczba stron: 108

piątek, 29 września 2017

„Nocne czuwanie” Sarah Moss

„Najsłodsza mama - jedyna osoba na świecie, która kocha tak, jak nikt nigdy nie pokocha.” 
„Smażone zielone pomidory” Fannie Flagg 


foto: Czwarta Strona


Sarah Moss jest pisarką, podróżniczką i nauczycielką akademicką. Opublikowała pięć powieści The Tidal Zone, Signs for Lost Children, Bodies of Light, Night Waking (omawiane „Nocne czuwanie”) and Cold Earth oraz reportaż Names for the Sea: Strangers in Iceland, w którym opowiada o swoim pobycie w Reykjaviku w latach 2009-2010. Moss jest ponadto autorką książek dotyczących brytyjskiej literatury epoki romantyzmu. 

„Nocne czuwanie” mocno koresponduje z moją poprzednią lekturą, czyli „Żałując macierzyństwa”. Jednak z pewnością sposób przedstawiania problemów około macierzyńskich przez Sarę Moss zdecydowanie bardziej przypadnie czytelnikom do gustu niż naukowe podejście do tematu, prezentowane przez Ornę Donath. 

Bohaterką powieści jest historyczka Anna, która na czas opiekowania się dziećmi zawiesiła naukową karierę na uczelni (nie zrezygnowała jednak całkowicie z pracy i stara się napisać książkę) i wraz z mężem przeprowadziła się na odludną wysepkę Colsay, odziedziczoną przez mężczyznę w spadku. Anna obarczona obowiązkami domowymi i opieką nad dziećmi przestaje sobie radzić z poskramianiem codziennej rzeczywistości, a kumulowana miesiącami złość zaczyna znajdować upust w najmniej odpowiednich momentach. Niefrasobliwy Giles, mąż kobiety, zdaje się nie zauważać problemów żony. Jest całkowicie pochłonięty swoimi zawodowymi obowiązkami – obserwacją zagrożonego wyginięciem gatunku ptaków, maskonurów, zamieszkujących skaliste wybrzeża wysepki. Małżonkowie w międzyczasie przygotowują na wyspie domek, w którym zamierzają przyjmować letników. 

Anna chwyta się całkiem słusznego sposobu walki z ponurą rzeczywistością, każdej opisywanej przez nią sytuacji towarzyszy nieco wisielcze poczucie humoru. Jest to niewątpliwie jeden z atutów książki, ironiczne, inteligentne żarty rozładowują atmosferę i na chwilę pozwalają bohaterce zapomnieć o sytuacji, w której się znalazła. Daleko od domu, od przyjaciół, w starym domostwie, gdzie często brakuje ogrzewania i oświetlenia, a o zmywarce można tylko pomarzyć, pozostawiona sam na sam z dziećmi Anna, usiłuje wyszarpać chwilę z napiętego planu dnia na pisanie książki (deadline już prawie minął). 

Sytuacja komplikuje się, gdy podczas sadzenia drzew, odkryte zostają kości małego dziecka. Instynkt historyka podpowiada Annie, że za tym znaleziskiem kryje się mroczna opowieść, w której rodzina Gilesa odegrała znaczącą rolę. Nie będę opowiadać czytelnikowi, do czego doprowadzi kobietę prywatne śledztwo, nie napiszę również jak potoczą się dalsze losy małżeństwa, nie powiem także jak będą zachowywać się pierwsi letnicy, którzy dotrą na Colsay. Zachęcam do sięgnięcia po książkę, tam wnikliwy czytelnik znajdzie wszystkie odpowiedzi. 

Codzienne zmagania Anny z rzeczywistością przeplatane są listami („Nocne czuwanie” to także częściowo powieść epistolarna) May, pielęgniarki wysłanej na Colsay przez właścicieli wyspy, w XIX wieku, celem odkrycia, co lub kto kryje się za nieprawdopodobnie wysoką śmiertelnością tamtejszych noworodków. Jest to niewątpliwie jeden z najciekawszych wątków w książce. 

„Nocne czuwanie” to powieść przede wszystkim o swoistej kobiecej dychotomii. Jak pogodzić bycie matką z jednoczesnym rozwojem kariery i dążeniem do spełnienia zawodowego? Nie sądzę, by udało się tego dokonać bez pomocy, zaangażowania, ze strony partnera i rodziny. Książka Sary Moss to również smutna opowieść o małżeństwie, które zboczyło ze wspólnej drogi, czy bohaterom uda się wkroczyć na ścieżkę kompromisu, zbudować dla siebie nową wspólną przestrzeń? Polecam tę lekturę. 

Nie byłabym sobą, gdybym nie wytknęła jednego „ale”. Mam nadzieję, że zarówno tłumaczka - Paulina, jak i Monika - redaktorka mi wybaczą, bo sprawa nie dotyczy ich wyśmienitej pracy, tylko korekty. Lata temu, żeby nie marnować zbytnio czasu, którego i tak mam niewiele, ustanowiłam taką niepisaną zasadę, że jeśli zauważę w książce więcej niż pięć błędów nie czytam dalej. W tym wypadku musiałabym skończyć lekturę już w połowie. Pod koniec czytania naliczyłam już szesnaście błędów, a czytałam „Nocne czuwanie” późną porą, na wakacjach, po kieliszku bądź dwóch wina, więc moja percepcja była ograniczona. Ja rozumiem, że błędy w wydanych książkach zdarzają się wszędzie (za wyjątkiem jednego wydawnictwa), ale taka ich ilość trochę zaburza odbiór, skądinąd ciekawej lektury. 

„Nocne czuwanie” Sarah Moss 
tłumaczenie: Paulina Surniak 
tytuł oryginału: Night Waking 
data wydania: 14 czerwca 2017 
ISBN: 9788379766765 
liczba stron: 488

piątek, 22 września 2017

„Żałując macierzyństwa” Orna Donath

„Kiedy mówimy o równości i równouprawnieniu często pada argument o możliwości realizacji kobiet w sferze zawodowej czy naukowej. W opozycji do równouprawnienia przedstawiane są kobiety, które wybrały tzw. tradycyjny model i poświęciły się pracy opiekuńczej. Nic nie irytuje mnie bardziej niż określanie wykonywanej przez nie pracy jako ‘siedzenia w domu’.” 
Małgorzata Maciaszek, Codziennik Feministyczny 

foto: Wydawnictwo Kobiece

Orna Donath jest socjolożką i antropolożką, pracuje w Beer Szewie, na prestiżowym Uniwersytecie Ben-Guriona. Jej zainteresowania dotyczą głównie macierzyństwa, społecznych oczekiwań kobiet. Sama świadomie zrezygnowała z posiadania dzieci, a w 2011 roku wywołała medialną burzę publikując artykuł naukowy opowiadający o izraelskich kobietach rezygnujących z macierzyństwa. Tekst ten zapoczątkował dyskusję w mediach, niezwykle potrzebną, jak się okazało. Dziś, kiedy i w naszym kraju prowadzi się debaty na temat praw reprodukcyjnych kobiet (a robią to głównie mężczyźni), warto przyjrzeć się bliżej tej prowokującej publikacji. 

W krajach, gdzie kwitnie patriarchat, popierany zarówno przez władze, jak i główne ośrodki kultu religijnego o wartości kobiety decyduje posiadanie potomstwa. Brak dzieci w określonym wieku naraża kobietę w najlepszym wypadku na współczucie, uśmiech politowania, ewentualnie ostracyzm, nikogo nie zastanawia zaś, co kryje się za ową decyzją o pozostaniu „niczyją mamą”. Nie zawsze są to bowiem względy zdrowotne, kobiety próbują coraz odważniej mówić, że po prostu nie czują się gotowe na posiadanie dzieci i mają inne plany. Co więcej, jest to decyzja, do której mają święte, niezbywalne prawo. Podobnie jak do odczuwania żalu, już po urodzeniu potomstwa. 

Niezależnie od motywacji, która towarzyszy urodzeniu dziecka wszystkie rozmówczynie Orny Donath odczuwają żal i silne poczucie winy odnośnie do swojej decyzji o zostaniu matką. Część z nich upatrywała w macierzyństwie sposobu na ratowanie małżeństwa, inne po prostu nie chciały odbiegać od „normy”. Wszechobecny kult matki i przedstawianie wychowywania dzieci jako bezstresowej przygody, nienastręczającej żadnych trudności, także mogą stanowić przyczynę decyzji o posiadaniu potomstwa, podobnie jak nieustające pytania o dzieci ze strony rodziny. Potem zaś następuje zderzenie z rzeczywistością. I nie kwestionuję tego, że wiele kobiet jest stworzonych do tego, by zostać matkami. Potrafią odnaleźć się znakomicie w nowej roli, już po porodzie. Są jednak takie, które począwszy od porodu, a potem już po powrocie do domu odczuwają mieszaninę bólu, lęku, rozpaczy i żalu oraz tęsknoty za dawnym życiem. Tyle, że nie mogą o tym mówić głośno, bo to temat tabu, nie wypada nie cieszyć się z zostania matką. 

Z tym tematem tabu rozprawia się autorka i grupa odważnych kobiet, które zdecydowały się mówić otwarcie o swoich odczuciach. Orna Donath w swojej książce opisuje macierzyństwo z perspektywy społecznych oczekiwań względem kobiet, mówi o wymaganiach, które są im stawiane, nagonce na matki, o tym, że często pozostają one same ze swoimi obowiązkami i uczuciami, a rola mężczyzny kończy się na spłodzeniu potomka i utrzymywaniu rodziny. Nie pomaga także fakt, że kobiety, które decydują się na pozostanie z dziećmi w domu uważane są z jakichś, niezrozumiałych dla mnie powodów, za gorsze. Pomijając sformułowania o „siedzeniu w domu” czy „nieustających wakacjach” dochodzą jeszcze głosy samych kobiet – „ja to pracowałam i wychowywałam n (wstaw odpowiednią liczbę) dzieci i dom ogarniałam, a teraz to te młode matki leniwe takie etc.”. Otóż nie, jeśli kobieta pracuje zawodowo na pełen etat to wychowywaniem jej dzieci zajmuje się niania, bądź instytucja do tego powołana – żłobek lub przedszkole albo inny członek rodziny – babcia, ciocia  (zauważcie, że prawie zawsze nie jest to mężczyzna). Ja z kolei uważam, że jeśli tylko istnieje taka możliwość matka powinna być obecna przy dziecku w pierwszych, kluczowych dla jego rozwoju, latach życia. Oczywiście jest to mój świadomy wybór i nie krytykuję tych kobiet, które miesiąc po porodzie wracają do pracy. To jest wyłącznie ich decyzja. Podobnie daleka jestem od osądzania matek, które otwarcie przyznają, że mają dość i że chociaż bardzo kochają swoje dzieci, potrzebują chwili wytchnienia, czasu tylko dla siebie, a przed oczami często majaczą im wizje szczęśliwych czasów sprzed macierzyństwa. Rozmówczynie Donath idą jeszcze dalej, otwarcie przyznają, że lepiej by im się żyło bez dzieci, a jednocześnie kochają je i biorą odpowiedzialność za ich wychowanie i kształcenie. 

Książka Orny Donath ma postać rozprawy naukowej poprzetykanej wypowiedziami poszczególnych rozmówczyń autorki. I chociaż celem socjolożki jest pokazanie, że żal, który towarzyszy często macierzyństwu jest zrozumiały, trzeba o nim mówić, oswoić go, to przekaz ten rozmywa się poprzez liczne powtórzenia, osobiste dygresje autorki i pseudonaukowy język. Niemniej jednak to ważny głos w dyskusji na temat macierzyństwa i warto zapoznać się z tą lekturą. 

PS Diana z bloga Bardziej lubię książki niż ludzi wyjęła mi z ust pewne sformułowanie. Kiedy stajesz się matką, przestajesz być kobietą i zaczynasz być postrzegana przez pryzmat macierzyństwa, a tak nie powinno być. „Matka jest przedstawiana jako naturalnie poświęcająca samą siebie, nieprzerwanie spełniająca potrzeby, bezgranicznie cierpliwa i oddana trosce o innych w sposób, który niemalże żąda od niej, by zapomniała, że ma swoją własną osobowość i potrzeby.”


„Żałując macierzyństwa” Orna Donath
tłumaczenie: Elżbieta Filipow
tytuł oryginału: Regretting Motherhood
data wydania: 20 lipca 2017
ISBN: 9788365506825
liczba stron: 312

czwartek, 31 sierpnia 2017

„Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy” Paweł Reszka

„Praca nasza to jest walka ze śmiercią. Co może się porównać z pracą lekarza? Czy praca na roli, czy w fabryce, czy "zajęcie" urzędnika, kupca, rzemieślnika nawet żołnierza? Każda myśl tutaj, każdy krok, każdy czyn, musi być zwyciężaniem ślepych i strasznych sił natury.” 
„Ludzie bezdomni” Stefan Żeromski 

foto: Wydawnictwo Czerwone i Czarne


Paweł Reszka, wielokrotnie nagradzany dziennikarz, obecnie związany z redakcją Newsweeka postanowił zastosować metodę znaną z reportaży Güntera Wallraffa, wcielił się w sanitariusza i zatrudnił w szpitalu, aby obserwować od wewnątrz działanie systemu, który od wielu lat uważany jest niewydolny, bezduszny wręcz, stojący na straży publicznych pieniędzy a za nic mający zdrowie i życie pacjenta. 

„Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy” to wstrząsający reportaż dotyczący patologii systemu ochrony zdrowia w Polsce. Winne tej dramatycznej sytuacji są przede wszystkim kolejne ekipy rządzące, dla których problem służby zdrowia jest czysto teoretyczny, werbalny, dobrze się sprzedaje w postaci obietnic wyborczych. Rzeczywistość jest tymczasem przerażająca, brakuje miejsc w szpitalach, sprzętu, lekarzy, pielęgniarek, sanitariuszy, w systemie brak przede wszystkim pieniędzy, w tym funduszy na godziwe wynagrodzenia dla personelu medycznego. Lekarze pracują w kilku miejscach naraz, często po kilkadziesiąt godzin bez przerwy, zdarza się, że liczba przepracowanych w miesiącu godzin często przekracza trzysta. Gdzie w tym miejsce na odpoczynek, na rodzinę, na życie? 

Zmienił się również stosunek pacjentów do lekarzy. Cały czas pokutuje przekonanie, że zawód ten wiąże się z ogromnymi zarobkami, że wędrówka młodych medyków od jednego do drugiego miejsca pracy powodowana jest chciwością, chęcią szybkiego dorobienia się. To bzdura. Pacjenci są coraz bardziej roszczeniowi, wymagają wiele, gdyż są przekonani, że w publicznej służbie zdrowia wszystko im się należy, od ręki, bez oczekiwania (to echa systemu Siemaszki). Ponadto często źródłem informacji chorego bywa internet, teksty tam zamieszczone traktują jak prawdy objawione dopatrując się w lekarskiej diagnozie złej woli, czy wręcz oszustwa. Sami lekarze są przemęczeni, sfrustrowani, gburowaci, nie mają czasu tłumaczyć dokładnie pacjentom procedur i podjętego leczenia. Ma to miejsce zwłaszcza na szpitalnych oddziałach ratunkowych, gdzie liczy się czas. Często pacjenci nie rozumieją, że SORy to miejsca ratowania życia, że stan pacjenta determinuje kolejność udzielania pomocy. Tak więc chory, który przychodzi na zdjęcie szwów, gipsu lub wykonać podstawowe badania (w przychodni czas oczekiwania może być bardzo długi albo może natrafić na wyczerpane limity) musi liczyć się z wielogodzinnym oczekiwaniem. 

Kolejnym problemem są procedury i konieczność wykonywania działań administracyjnych przez lekarzy, tony dokumentacji, każda decyzja musi być potwierdzona zleceniem, wszystko musi się znaleźć w historii choroby pacjenta oraz w systemie elektronicznym. Z tego powodu i tak już ograniczony czas przeznaczony na badanie i diagnozowanie pacjenta staje się jeszcze szczuplejszy. Mało tego, w szpitalach często oddelegowuje się do tych czynności młodych, niedoświadczonych lekarzy, który przecież nie po to pojawili się na oddziale. Mieli się uczyć, a tymczasem toną w dokumentacji. Paweł Reszka pisze też o zatrważających brakach kadrowych, które doprowadziły do tego, że zdarzają się sytuacje, w których zaledwie jeden lekarz podczas dyżuru odpowiada za cały szpital. Procedury zlecane przez lekarzy pacjentom nie zawsze są wykonywane, również z powodu braków personelu. 

W sytuacji, gdy lekarz obarczony jest tyloma obowiązkami trudno się dziwić, że nie uśmiecha się od ucha do ucha i nie przemawia czułym głosem do pacjenta. Sytuacja jest patowa, bo chorzy też mają prawo do zmęczenia, frustracji, a przede wszystkim do świadczeń zdrowotnych na najwyższym poziomie wykonywanych przez przytomnego, wypoczętego lekarza, który nie martwi się, że wygeneruje zbyt wysokie koszty dla szpitala, tylko dba o leczenie zgodnie z najnowszą wiedzą i sztuką lekarską. Być może trzeba by było wprowadzić dodatkowe opłaty za podstawowe badania czy usługi lekarskie, niewielkie, ale na tyle odstraszające, że wszystkim tym, którzy przychodzą do przychodni w celach towarzyskich i na pogaduszki odechciałoby się takich wizyt. 

Powołanie powołaniem, służba służbą, ale lekarz jest takim samym człowiekiem jak my. Ma prawo do odpoczynku, do życia osobistego, może mieć gorszy dzień czy zły humor. W naszym interesie leży zapewnienie lekarzom takich warunków pracy, żeby nie musieli zasuwać po trzysta godzin w miesiącu. Moje doświadczenia ze służbą zdrowia są na szczęście w większości pozytywne, i to i jako pacjenta, i jako uczestnika systemu, także pełniącego zawód zaufania publicznego. Może oprócz pieniędzy przydałoby się trochę więcej empatii tak ze strony lekarzy, jak i ze strony pacjentów? Zachęcam do lektury reportażu „Mali bogowie”. Po tej książce z pewnością spojrzycie inaczej na nasz system opieki zdrowotnej. 

„Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy” Paweł Reszka 
data wydania: 11 kwietnia 2017 
ISBN: 9788377002827 
liczba stron: 294

środa, 23 sierpnia 2017

„Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie” Katarzyna Tubylewicz

"Jeśli wolność w ogóle coś oznacza, to jest nią prawo do mówienia ludziom tego, czego nie chcą słyszeć." 
George Orwell 


foto: Wielka Litera



Katarzyna Tubylewicz jest pisarką, publicystką, kulturoznawczynią i tłumaczką z języka szwedzkiego oraz nauczycielką jogi. Napisała „Własne miejsca”, „Rówieśniczki” i „Ostatnią powieść Marcela”, była również pomysłodawczynią i współautorką antologii „Szwecja czyta. Polska czyta”. W latach 2006-2012 kierowała Instytutem Polskim w Sztokholmie, prowadziła również zajęcia z zakresu kultury polskiej na Uniwersytecie Sztokholmskim. Jest autorką zachwycających tłumaczeń szwedzkiej prozy, między innymi książek, uwielbianej przeze mnie, Majgull Axelsson. 

Najnowsza książka Katarzyny Tubylewicz to zbiór rozmów autorki ze znanymi Szwedami, pisarką Elisabeth Åsbrink, biskup Evą Brunne czy reporterem Niklasem Orreniusem. Wśród bohaterów wywiadów znajdziemy również zwykłych ludzi, policjanta o afgańskich korzeniach, kuratorkę wystaw, która postanowiła zmienić zawód i zająć się organizacją pogrzebów, Polaków mieszkających na stałe w Szwecji. Choć tematyka rozmów autorki jest różnorodna na pierwszy plan wysuwają się problemy związane z wielokulturowością, globalizacją, upadkiem moralności będącym skutkiem zarówno postępującego islamskiego terroryzmu, jak i narastającego nacjonalizmu i obecnego w życiu politycznym populizmu. Szwecja, uznawana dotąd za państwo wzorcowe pod względem tolerancji dla odmienności, innych kultur, koloru skóry, obyczajów, związków jednopłciowych zaczęła dostrzegać problemy, które wiążą się ze sporym napływem imigrantów, niewyrażających woli asymilacji. Zamiast straszyć widmem przelewanej przez terrorystów islamskich krwi, gwałtów na autochtonach, łamania prawa przez przybyszów, Szwedzi coraz śmielej otwierają usta i próbują dialogu. To ważny przełom. 

Ludzkie opowieści, niezmiernie zresztą ciekawe, są tu najważniejsze. Rozmówcy Katarzyny Tubylewicz trafnie identyfikują zagrożenia mówiąc nie tylko o islamizmie, ale wskazując także na nacjonalistyczny ekstremizm prawicowy, jako zagrożenie dla demokracji liberalnej. Te dwie skrajne ideologie są zresztą, moim zdaniem, wzajemnie napędzającą się machiną. To właśnie promowany przez populistów, nie tylko w Polsce, strach przed uchodźcami utożsamianymi niesłusznie z terrorystami otworzył Puszkę Pandory, z której wylały się wszelkie negatywne emocje, w tym nienawiść. Przeraża fala hejtu rozlewająca się na internetowych forach, ale również przekuwanie w czyn gróźb pod adresem obcokrajowców. Spoglądam czasem na stronę Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, naprawdę jestem przerażona, że w ciągu zaledwie dwóch lat tak mocno wzrósł u moich współobywateli poziom agresji. Nie ma nic złego w promowaniu umiłowania Ojczyzny, w pokazywaniu historycznych osiągnięć, w byciu dumnym ze swojego państwa, jest natomiast haniebnym nawoływanie do nienawiści, atakowanie innych ludzi ze względu na kolor skóry, wyznawaną religię czy prywatne poglądy albo życie intymne. 

Bohaterowie rozmów Katarzyny Tubylewicz śmiało wskazują na błędy popełniane podczas integracji imigrantów, takie jak chociażby niestawianie wyraźnych wymagań względem nauki języka, dostosowywania się do obyczajów kraju, do którego się przybywa, zbyt długie przetrzymywanie przybyszy w ośrodkach dla uchodźców, gdzie ci siedzą bezczynnie, zamknięci w swoich pokojach. Duże znaczenie odgrywa tu też brak rozmów dotyczących różnic kulturowych i pewien rodzaj pobłażliwości dla imigrantów, wynikający prawdopodobnie z chęci niesienia pomocy, ale też z przeświadczenia, że mamy przed sobą ofiary konfliktu zbrojnego i musimy im dać więcej czasu na zrozumienie, na asymilację. To właśnie unikanie rozmów, publicznej debaty, zamiatanie problemów pod dywan, takich jak molestowanie kobiet w miejscach publicznych między innymi na basenach czy koncertach, spowodowały znużenie ludzi i zwrot w kierunku tych partii, które zaczęły prowadzić dialog na ten temat z wyborcami (niestety w dużej mierze siejąc strach i rozpowszechniając tylko część prawdy, a momentami wręcz zręcznie żonglując faktami przedstawiającymi uchodźców w jak najgorszym świetle). 

Zderzenie kultur zawsze powoduje problemy. Nie da się ich rozwiązać milcząc na ten temat, udając, że nic się nie dzieje, zasłaniając usta kulturowym relatywizmem. Kwestia przyznania azylu powinna być uzależniona od gotowości przyjęcia przez przybysza obyczajów i kultury kraju, w którym przebywa (w tym respektowania obowiązującego prawa). Podobnie chęci wejścia na rynek pracy danego państwa (zasiłek jest planem B, a nie opcją na ułożenie sobie wygodnego życia, kosztem innych). Części imigrantów to się znakomicie udaje, przykładem niech będzie jeden z rozmówców autorki „Moralistów”, Mustafa Panshiri. 

Katarzyna Tubylewicz pisze nie tylko o problemach związanych z polityką migracyjną, podejmuje również temat feminizmu i praw kobiet, tolerancji względem związków jednopłciowych, a także potrzeby oswajania się ze śmiercią. Długo czekałam na książkę, w której pojawią się te wszystkie wątki, opisane w sposób niezwykle wyważony i mądry, z przykładami rozwiązań, z zagrożeniami nazwanymi po imieniu, z wyzwaniami w obliczu których stoi obecnie Europa, bez histeryzowania i straszenia konsekwencjami udzielania pomocy potrzebującym. „Moraliści” to pozycja obowiązkowa dla każdego człowieka, któremu leży na sercu dobro wspólnej, zintegrowanej Europy i chęć ocalenia Wspólnoty, nad którą pracowaliśmy latami. 

„Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie” Katarzyna Tubylewicz 
data wydania: 10 maja 2017 
ISBN: 9788380321731 
liczba stron: 408

piątek, 11 sierpnia 2017

„Krwawa Luna” Patrycja Bukalska

„Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciwko władzy ludowej, niechaj będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie, w interesie klasy robotniczej, w interesie chłopstwa pracującego i inteligencji, w interesie walki o podnoszenie stopy życiowej ludności, w interesie dalszej demokratyzacji naszego życia, w interesie naszej Ojczyzny.” 
Józef Cyrankiewicz, w przemówieniu radiowym po wydarzeniach w Poznaniu w 1956 r. 


foto: Wielka Litera

Patrycja Bukalska jest dziennikarką Tygodnika Powszechnego i autorką książek historycznych „Rysiek z Kedywu. Niezwykłe losy Stanisława Aronsona” oraz „Sierpniowe dziewczęta ‘44”. Dziennikarka tym razem wzięła na siebie trud odtworzenia losów komunistycznej zbrodniarki, Julii Prajs-Brystygier (1902-1975), chciała bowiem sprawdzić ile prawdy kryje się w mrocznych epitetach określających szefową bezpieki oraz zweryfikować jej rzekome nawrócenie się na chrześcijaństwo.

Autorka zbierając materiały do książki korzystała z akt personalnych Brystygierowej znajdujących się w Instytucie Pamięci Narodowej, dotarła także do prowadzonych przez nią spraw, przeglądała również notatki przygotowane przez Teresę Torańską, która przymierzała się do napisania biografii Luny, wykorzystała fragmenty wypowiedzi świadków poczynań „Pani na Koszykowej”. Dlaczego kobieta tak niezwykle inteligentna, posiadająca doktorat z filozofii, literackie zdolności, władająca kilkoma językami, zaangażowana społecznie stała się jedną z najbardziej znienawidzonych komunistycznych zbrodniarek, o wymownym przezwisku „Krwawa Luna”? Czy rzeczywiście uznawała, że cel uświęca środki, zezwalała zatem na tortury oraz sama brutalnie obchodziła się z więźniami? Na te pytania próbuje odpowiedzieć Patrycja Bukalska. Trzeba przyznać, że dziennikarka nie miała łatwego zadania. Materiałów dotyczących życia prywatnego Julii Brystygier jest niewiele, część odpowiedzi dotyczących jej poglądów i egzystencji można znaleźć w utworach literackich jej autorstwa, m.in. w powieści „Krzywe litery” oraz zbiorze opowiadań „Przez ucho igielne”. Pewne informacje na temat szefowej bezpieki znajdowały się również w wywiadzie, który Teresa Torańska przeprowadziła z jej synem, Michałem Brystygierem, znanym profesorem muzykologii. Akta IPN i zeznania współpracowników Luny, a także więźniów politycznych przetrzymywanych na Koszykowej były uzupełnieniem materiału zebranego przez autorkę. Mimo to w książce czytelnik znajdzie wiele niewiadomych, Patrycja Bukalska pewnych rzeczy się domyśla, miejscami spekuluje, a często mówi wprost, że „nie wiadomo”, „nie udało mi się znaleźć odpowiedzi”.

Książka ma bardzo uporządkowany układ, składa się z dwunastu rozdziałów, które po kolei opowiadają o losach Julii Prajs-Brystygier. Luna urodziła się w Stryju, a wychowywała w Jagielnicy, w otoczeniu przyrody, gdzie podziwiała piękne rośliny i pisała sentymentalne wiersze. Jej ojciec był aptekarzem, matka zajmowała się domem i rodzeństwem. Poglądy Luny wykrystalizowały się dosyć wcześnie, szybko wstąpiła do partii i nieustannie pięła się w jej strukturach, swoje zobowiązanie pracownika bezpieki podpisała w Lublinie, 20 grudnia 1944 roku, wkrótce została dyrektorką Departamentu V, pozostała wierna idei komunistycznej do końca swych dni. W 1960 roku opublikowała swoją pierwszą i jedyną powieść „Krzywe litery”, był to, uznany przez krytykę za obiecujący, debiut.

Nie ma zeznań naocznych świadków ani współpracowników stwierdzających jakoby Julia Brystygier osobiście torturowała więźniów, na pewno uczestniczyła w przesłuchaniach i zezwalała na liczne nadużycia, sama wolała stosować przemoc psychiczną, niż fizyczną. Do takich wniosków doszła autorka, analizując losy Luny, skąd zatem przydomek „krwawa”, który nawet dziś ktoś odmalowuje na grobie Brystygierowej? Co więcej, zdarzało się, że niektórych wypuszczała na wolność, a innych, takich jak Pawła Jasienicę darzyła nawet pewnym sentymentem.

Nie znajdziemy w książce Bukalskiej potwierdzenia plotek o rzekomym nawróceniu Luny. Rzeczywiście, za sprawą przyjaźni z siostrą Bonifacją często odwiedzała Zakład dla Niewidomych w Laskach i prowadziła długie rozmowy z tamtejszym duchowieństwem, ale po zorientowaniu się, że jest śledzona przez SB zaprzestała dalszych wizyt. Nie ma również żadnych dokumentów potwierdzających jej domniemany chrzest.

Sięgnęłam po książkę Patrycji Bukalskiej zaintrygowana postacią Julii Brystygier, po obejrzeniu filmu „Zaćma” w reżyserii Ryszarda Bugajskiego, gdzie w rolę Luny znakomicie wcieliła się Maria Mamona. Liczyłam, że ten reportaż poszerzy moją wiedzę na temat „królowej bezpieki”. Niestety, niewiele tu nowych informacji, zaś sporo niedopowiedzeń i domysłów. Autorka świetnie opisała tło historyczne, działania bezpieki, materiał wzbogaciła licznymi zdjęciami, ale z racji skąpej ilości danych na temat kontrowersyjnej Luny, nie udało jej się odpowiedzieć na zasadnicze pytanie, dlaczego piękna kobieta o rozmarzonym, sarnim wzroku, która spogląda na nas z fotografii umieszczonej wewnątrz książki stała się w opinii wielu potworem, niezasługującym na wybaczenie, tytułową „Krwawą Luną”?

„Krwawa Luna” Patrycja Bukalska
data wydania: 12 października 2016
ISBN: 9788380321229
liczba stron: 238

piątek, 28 lipca 2017

„Terremoto” Jarosław Mikołajewski

„Ziemia to fundament. Matka. Wszystko pęknie, wszystko rozsypie się w pył, ale nie ona. Chyba że się trzęsie o dziecko. Także dla Włochów ziemia jest fundamentem i matką, tylko kryje w sobie tajemnicę, jakiej my nie znamy, a raczej znamy jedynie z przenośni: że nagle usuwa się spod nóg. Dosłownie.” 
„Terremoto” Jarosław Mikołajewski 

foto: Dowody na Istnienie


Jarosław Mikołajewski to poeta, eseista, tłumacz z języka włoskiego, autor książek dla dzieci i ostatnio także pięknych, poetyckich reportaży. Miłość do Italii, jaką żywi pisarz, zaowocowała utworzeniem w 2015 roku Nagrody Literackiej im. Leopolda Staffa. Z inicjatywy Jarosława Mikołajewskiego corocznie nagradzani są tłumacze z języka włoskiego, autorzy książek o Włoszech oraz wydawnictwa, które publikują teksty o Italii. 

Terremoto – wyraz ten w języku włoskim oznacza trzęsienie ziemi, w sensie metaforycznym zaś zamieszanie, chaos, co nierozerwalnie wiąże się z ową katastrofą naturalną. W swoim kolejnym poetyckim reportażu Jarosław Mikołajewski zabiera czytelników do Włoch, gdzie na przełomie 2016 i 2017 roku krajem wstrząsnęła seria trzęsień ziemi. Podobnie jak w reportażu „Wielki przypływ”, tak w „Terremoto” autor swoją opowieść przedstawia w sposób nietypowy dla literatury faktu, nie ma tu liczb, suchych danych, są przede wszystkim emocje, poezja, myśli i wspomnienia Mikołajewskiego, stworzona przez niego baśń, przepis kulinarny na amatricianę oraz nietuzinkowi, odważni ludzie. 

W „Wielkim przypływie” reporter skupiał się na dramacie uchodźców, którzy przybywali na Lampedusę w poszukiwaniu lepszego życia. Pierwszą pomoc medyczną uzyskiwali z rąk doktora Pietra Bartolo. Jarosław Mikołajewski bardzo mocno podkreśla jego zasługi w ratowaniu imigrantów, ale również pomoc, którą okazuje mieszkańcom wyspy. W „Terremoto” na pierwszy plan wysuwa się postać Luki Cariego, który jest rzecznikiem straży pożarnej i obrony cywilnej do spraw nadzwyczajnych. Cari zajmuje się ponadto dziennikarstwem oraz sam aktywnie działa jako strażak na miejscu kataklizmów. Tak było również podczas trzęsień ziemi w Amatrice, Nursji i Castelluccio. 

Jarosław Mikołajewski wraz z Luką Carim odwiedzają miejscowości dotknięte wstrząsami, strażak opowiada reporterowi o zniszczeniach, o ratowaniu ludzi z gruzów, rodzajach trzęsień ziemi. Autor podejmuje też rozmowy z mieszkańcami, między innymi z konstruktorem domów, który wskazuje, w jaki sposób powinno się stawiać budynki na terenach zagrożonych trzęsieniami ziemi. 

„Terremoto” przesycone jest emocjami, tak jak poprzedni reportaż poety. Autor nie stroni od metafor, ciekawych porównań, nietypowych rozwiązań stylistycznych. W zasadzie trudno tę książkę zaszufladkować jako literaturę faktu, gdyż czerpie ona zarówno z prozy, jak i poezji, znajdują się tu liczne nawiązania, między innymi do „Burzy” Szekspira oraz „Boskiej Komedii” Dantego, a także wspomniana przeze mnie wcześniej baśń – legenda. Podobnie jak w „Wielkim przypływie” tu także niewielka objętość może być zwodnicza. Mikołajewski zmusza bowiem do zatrzymania się, refleksji, zadawania pytań, a przede wszystkim pięknie ukazuje bezradność człowieka wobec potęgi żywiołu. Polecam. 

„Terremoto” Jarosław Mikołajewski 
data wydania: 14 maja 2017 
ISBN: 9788394725457 
liczba stron: 135

piątek, 7 lipca 2017

„Tydzień w Korei Północnej” Christian Eisert

„Człowiek jest nieskończenie podatny na formowanie.” 
„Rok 1984” George Orwell 

foto: Prószyński i S-ka


Christian Eisert urodził się w 1976 roku w Berlinie Wschodnim. Korea Północna fascynowała go od wczesnego dzieciństwa. W 1988 roku do jego szkoły zawitała delegacja z Pjongjangu, uczniowie na cześć zagranicznych gości dumnie wyśpiewywali robotnicze pieśni bojowe. Wśród pamiątek zgromadzonych tamtego dnia znalazło się zdjęcie zjeżdżalni o pięknych tęczowych barwach, napis w tle fotografii głosił „Światu nie mamy czego zazdrościć”. Autor wraz z przyjaciółką Sandrą Schäfer udali się w podróż po Korei Północnej, aby odnaleźć tamtejszy park rozrywki i ową kolorową zjeżdżalnię. 

Książka „Tydzień w Korei Północnej” nie jest reportażem, jak głoszą okładkowe opisy. To raczej luźne zapiski wspomnień z podróży, gdzieniegdzie upchnięto powszechnie znane fakty na temat Chosŏn, w wielu miejscach autor i jego towarzyszka podśmiewają się ze zwyczajów panujących w kraju i zastanej tam rzeczywistości (tak jakby w losach ludzi uwięzionych w totalitarnym reżimie było coś zabawnego). Sandra i Christian wybrali opcję zwiedzania indywidualnego Korei, rzecz jasna w towarzystwie wszystkowidzących i wszystkosłyszących przewodników. 

Podróżnicy, na początku wycieczki, od swoich przewodników otrzymują przyśpieszony kurs jedynie słusznej historii powstania państwa koreańskiego. Dowiadują się między innymi, jak Kim Ir Sen własnoręcznie wypędził z kraju wszystkich Japończyków oraz jak pchał naprzód industrializację Korei Północnej z niewielkim wsparciem państw bloku wschodniego, a do 1975 roku państwo rządzone przez Kim Ir Sena gospodarczo górowało nad sąsiadami z Południa. 

Christian i Sandra oglądają ćwierć miliona prezentów zgromadzone dla Kim Ir Sena w górach Myohyang, zwiedzają świątynię Pohyon i Kwangbop, wspinają się na górę Taesŏng, odwiedzają wiedeńską kawiarnię w Pjongjangu, Wieżę Idei Dżucze i typową rolniczą rodzinę z Chonsan, zwiedzają także historyczne miasto Kaesong, oczywiście na trasie wycieczki nie mogło zabraknąć strefy zdemilitaryzowanej. Podróżnicy udają się ponadto do metra oraz mają okazję ujrzeć wystawę kwiatów Kimilsungii i Kimdzongilii. Wszystko to okraszone specyficznym, niezbyt górnolotnym poczuciem humoru autora i grymasami jego rozkapryszonej towarzyszki. 

Ta na wskroś osobista relacja zaciekawi przede wszystkim tych czytelników, którzy jak dotąd nie interesowali się losem mieszkańców Korei Północnej, nie śledzą informacji pojawiających się chociażby na stronie internetowej Centrum Studiów Polska- Azja, nie czytali innych książek na ten temat. Na tych, którzy mają już za sobą lektury takie jak „Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej” Barbary Demick, „Korea Północna. Tajna misja w kraju wielkiego blefu” Johna Sweeney czy chociażby „Łzy mojej duszy” Kim Hyon Hui albo „Oskarżenie” Bandiego lektura ta nie zrobi specjalnego wrażenia. Nie dowiedziałam się z tej książki niczego, czego wcześniej bym już nie wiedziała, żarty autora nie wywoływały u mnie uśmiechu, a raczej zażenowanie (szczególnie ten o ryżu). Czytajcie na własną odpowiedzialność. 

Dziękuję  Natalii z Kroniki Kota Nakręcacza za możliwość zapoznania się z tą lekturą.

„Tydzień w Korei Północnej. 1500 kilometrów po najdziwniejszym kraju świata” Christian Eisert 
tłumaczenie: Bartosz Nowacki 
tytuł oryginału: Kim & Struppi. Ferien in Nordkorea 
data wydania: 26 maja 2015 
ISBN: 9788380690066 
liczba stron: 372

piątek, 30 czerwca 2017

„Koniec samotności” Benedict Wells

„Tak oto dążymy naprzód, kierując łodzie pod prąd, który nieustannie znosi nas w przeszłość.” 
„Wielki Gatsby” Francis Scott Fitzgerald 

foto: MUZA SA


Benedict Wells urodził się w 1984 roku, w Monachium. Jego debiutancka powieść Becks letzter Sommer ukazała się w 2008 roku, a kilka lat później została sfilmowana. Prawdziwe nazwisko Benedicta Wellsa brzmi von Schirach, jest on wnukiem nazistowskiego zbrodniarza Baldura von Schiracha, kuzynem innego znakomitego niemieckiego pisarza – Ferdinanda von Schiracha oraz bratem Ariadny von Schirach, która również publikuje książki. 

O młodym autorze niemieccy krytycy (i nie tylko) wypowiadają się w samych superlatywach, z mieszaniną niedowierzania i zachwytu. Przede wszystkim potrafi on niesamowicie plastycznie opowiadać o cierpieniu, tworzy znakomite postaci, których losy zyskują empatię czytelnika, doskonale operuje emocjami, nie używa przy tym skomplikowanego języka. Jest autentyczny. Nie inaczej rzecz ma się z powieścią „Koniec samotności”. 

Większość czytelników szukających lektur głębokich, takich, które wywołają emocjonalne katharsis, prawdopodobnie nie sięgnie po tę książkę. To wielki błąd. Choć okładka sugeruje romansidło i rzeczywiście wątek miłosny jest obecny w powieści, to absolutnie daleko jej do "harlequinowskiej" rzeczywistości. Główni bohaterowie – rodzeństwo Jules, Marty i Liz dosyć wcześnie tracą rodziców, w nieszczęśliwym wypadku. Cała trójka trafia w następstwie tego tragicznego wydarzenia do szkoły z internatem i w zasadzie ich drogi się rozchodzą. Każde na swój sposób przeżywa utratę rodziców, można powiedzieć, że aż do końca opowieści bohaterowie są naznaczeni traumą z dzieciństwa. Jules, dotąd otwarty i bez trudu nawiązujący przyjaźnie staje się ponurym samotnikiem. Liz w otchłani rozpaczy sięga po narkotyki, utarta rodziców wywołuje u niej szereg zachowań autodestrukcyjnych, nie potrafi również odnaleźć się w żadnym z licznych związków. U Marty’ego nasila się zaś nerwica natręctw. Losy Julesa odmieni jego rówieśniczka, pojawiająca się nagle, tajemnicza Alva. Kto kiedykolwiek miał przyjaciela, na którego zawsze mógł liczyć, z którym czas płynął inaczej, a trudy codziennego życia wydawały się łatwiejsze do zniesienia, może sobie teraz wyobrazić jak wyglądała relacja Julesa i Alvy. Niestety pewnego dnia nić przyjaźni i wspólnych przeżyć dwojga młodych ludzi zostaje przerwana. Jules i Alva odnajdą się po latach, nie mogę oczywiście zdradzić, co z tego wyniknie. 

Tragedia rodzeństwa powraca wielokrotnie w powieści, kształtuje bohaterów. Zwłaszcza Julesa, który był pupilkiem matki. Chłopak staje się nieufny, nie potrafi okazywać uczuć, jego relacje z Alvą cechuje lęk przed jej utratą, może dlatego tak wiele czasu zajmuje mu zorientowanie się, ile tak naprawdę dziewczyna dla niego znaczy. Nie bez powodu w książce możemy odnaleźć zdanie: "Każde trudne dzieciństwo jest jak niewidzialny wróg: nigdy nie wiadomo kiedy uderzy". Jules stara się, próbuje pokonać traumę i kiedy wreszcie jego życie zaczyna przypominać egzystencję normalnego, zwyczajnego człowieka, na bohatera spada kolejne nieszczęście (oczywiście nie zdradzę jakie, odsyłam zainteresowanych czytelników do powieści). 

Nie bez powodu umieściłam słowa Francisa Scotta Fitzgeralda jako cytat wstępny tej wypowiedzi (Benedict Wells również wybrał cytat tego autora, jako wstęp do swojej książki). Jules jest narratorem „Końca samotności”, a jego opowieść zaczyna się od wypadku motocyklowego, któremu uległ. Bohater budzi się w szpitalu i stara się przypomnieć sobie dokładnie wydarzenia z przeszłości, a czytelnik towarzyszy mu w tej dojmująco smutnej podróży w czasie. 

Benedict Wells napisał dobrze skonstruowaną powieść, z solidną dawką emocji, bez zbędnego patosu, nieokraszoną strumieniem wyszukanych metafor. Polecam. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu MUZA SA. 

„Koniec samotności” Benedict Wells 
tłumaczenie: Viktor Grotowicz 
tytuł oryginału: Vom Ende der Einsamkeit 
data wydania: 19 kwietnia 2017 
ISBN: 9788328706118 
liczba stron: 384

czwartek, 29 czerwca 2017

„Turcja. Obłęd i melancholia” Ece Temelkuran

„A szczyt niesprawiedliwości to: uchodzić za sprawiedliwego nie będąc nim.” 
„Państwo”, księga II, Platon 

foto: Książkowe Klimaty


Ece Temelkuran jest autorką powieści i komentatorką polityczną, a z wykształcenia prawniczką. Jej teksty ukazywały się zarówno w prasie rodzimej, jak i międzynarodowej (m.in. w The Guardian, Newstatesmen czy Le Monde Diplomatique). Mieszkała w Turcji, Libanie i Tunezji. Temelkuran często podejmuje tematy uznawane przez rząd turecki za kontrowersyjne, takie jak prześladowania Kurdów, problematyka ormiańska, prawa kobiet oraz wolność słowa. W tym roku odwiedziła Polskę, w ramach festiwalu Big Book Festival 2017. W naszym kraju wydano trzy książki autorki: „Taniec w rytmie rewolucji” (PWN 2013), „Odgłosy rosnących bananów” (Książkowe Klimaty 2016) oraz „Turcja. Obłęd i melancholia” (Książkowe Klimaty 2017). 

Przez długie lata Turcja stawiana była za wzór innym bliskowschodnim krajom. Amerykańscy i europejscy dyplomaci oraz dziennikarze prześcigali się wzajemnie w peanach na cześć Recepa Tayyipa Erdoğana i jego muzułmańskiej wersji demokracji. Drobne pęknięcia na tym idealnie gładkim wizerunku, takie jak prześladowania polityczne, aresztowania dziennikarzy, ograniczanie wolności obywateli, uważane były za sprawy marginalne, zwłaszcza, że w grę wchodziło udowodnienie całemu światu, że ustrój demokratyczny w państwach arabskich ma rację bytu i sprawuje się wręcz doskonale. Kolejnym argumentem, aby nie wspominać zbyt głośno potknięć tureckiego rządu była kwestia uchodźców. I tu Erdoğan jawił się Zachodowi jako istny wybawiciel, człowiek zatrzymujący falę zagrażających nam obcych, którzy (nie jest istotne w tym momencie, że uciekają przed śmiercią i prześladowaniami z obszarów objętych wojną) zdemontowaliby zaraz po wylądowaniu na naszej ziemi ukochaną demokrację, zabrali nam wolność. Oczywiście nie była to przysługa darmowa, nie chodziło też o euro, które popłynęły w stronę Turcji wartkim strumieniem, aby rozwiązać, rzecz jasna tymczasowo, ten palący problem. Chodziło o to, że prezydent Erdoğan zyskał cenną kartę przetargową i jednocześnie obietnicę, że nikt nie będzie mu właził z butami w tureckie zawirowania polityczne. I oto stało się: 16 kwietnia 2017 Turcja zmieniła ustrój z parlamentarnego na prezydencki, a dziś na czele kraju stoi jeden człowiek (od prawie 20 lat ten sam nawiasem mówiąc), który dzierży w swoich rękach pełnię władzy. 

Książka „Turcja. Obłęd i melancholia” opowiada pięknie o tym, jak doszło do tego, że Recep Tayyip Erdoğan zaistniał jako polityk. Co sprawiło, że dotarł na sam szczyt i pokochały go całe rzesze wyborców? Otóż wódz ma misję, do 2023 roku Turcja ma się odrodzić jako wielkie Imperium Osmańskie, czerpiąc z tradycji, ale jednocześnie jedną nogą będąc w nowoczesności (czy nie przypomina to przypadkiem naszych odwołań do wielkiego Imperium Lechitów? oczywiście osmańska potęga to historia prawdziwa, Imperium Lechitów niekoniecznie). Temelkuran barwnie opisuje wszelkie działania rządu powodujące ograniczenie swobód obywatelskich, protesty, które kończą się użyciem gazu łzawiącego i pałek, a także demagogiczne wiece wyborcze. Kluczowa jest tu retoryka dzieląca naród na dwa obozy – my i wy. „My” to oczywiście rząd i jego wyborcy, prawdziwi patrioci, a „wy” to element o nowoczesnych, skrajnie liberalnych poglądach, artyści i dziennikarze niesprzyjający AKP (Partia Sprawiedliwości i Rozwoju), krótko mówiąc wrogowie ojczyzny (czy to również nie brzmi znajomo?). 

Ece Temelkuran jest naturalnie jedną z tych zbuntowanych, patrzących rządowi na ręce i krytykujących. Nie boi się głośno i dosadnie wypowiadać o zdarzeniach nękających jej kraj. Pierwsza część książki obfituje w opisy wydarzeń historycznych, buntów, zmian w prawie i ustroju, od zdobycia Stambułu 29 maja 1453 roku, poprzez czasy Wielkiej Porty, aż po pojawienie się Mustafy Kemala Atatürka. Oczywiście wydarzenia nakreślone są schematycznie, a autorka podobnie jak w swoich poprzednich książkach raczej stroni od chronologii. Pozwala jej na to zabieg, polegający na przedstawianiu poszczególnych scen w formie fotografii, zamiast czytać nudny historyczny tekst, czytelnik otrzymuje wyimki z różnych ważniejszych wydarzeń, tak jakby Temelkuran w naszej obecności przeglądała stary, rodzinny album. Narracja zaś wartko płynie dalej. 

Po fotografiach pora na część współczesną. Ece Temelkuran opisuje tu między innymi referendum konstytucyjne z 2010, które przeprowadzono z zamiarem „poprawienia” ustawy zasadniczej celem udoskonalenia jej i wprowadzenia w kraju pełni demokracji, w rzeczywistości chodziło o zmianę składu Sądu Konstytucyjnego na taki, który popierałby rząd. To właśnie w tej części książki znaleźć możemy dość frapujące zdanie: Partia rządząca, której ordynacja wyborcza zapewniła już pełną kontrolę nad legislatywą i egzekutywą, teraz zyskała wpływ na sądownictwo- ostatnią niezależną władzę w państwie. Warto również pochylić się nad mechanizmem, według którego rządząca obecnie partia AKP zdobywa władzę i ją utrzymuje. Autorka cytuje za politologiem Fethim Açıkelem: Ideologiczne zwycięstwo polega na zdolności do przenoszenia negatywnej energii tłumów na wyższy poziom polityki i upowszechnieniu optymistycznej wiary, że negatywizm społeczny rozładuje się w dążeniu do wyższego celu. Nagromadzenie energii opozycyjnej, wynikające z niezadowolenia społecznego, zostaje opóźnione dzięki obietnicy przyszłego zwycięstwa […].[Uświęcona ofiara] skupia rzesze ubogich wokół jakiegoś na wpół wiarygodnego, na wpół agresywnego telos [celu], które przyswajane jest na poziomie duchowym, i zarządza negatywną energią społeczeństwa

Dlaczego zatem Turcy pozostają bierni, nie buntują się, a ostatni pucz zgodnie z opinią światowych ekspertów został wyreżyserowany przez Erdoğana i dzięki temu przedstawieniu mógł on niezwłocznie pozbyć się niewygodnych dla niego dowódców (osłabiając przy tym armię)? Odpowiedź tkwi w wyborczych obietnicach, w „wyciąganiu pomocnej dłoni do potrzebujących”. Społeczeństwo uzależnione od rządowej pomocy nie buntuje się, a wszelkie perspektywy jej utraty napawają je przerażeniem. Warto także zwrócić uwagę na częste zmiany systemu edukacyjnego w Turcji. Wywołują one nie tylko przepaść międzypokoleniową, ale różnice w wykształceniu można zaobserwować u ludzi, u których różnica wieku nie przekracza pięciu lat. Jakie są tego konsekwencje? Według autorki przede wszystkim atrofia wspólnych zasad społecznych, a także spadek jakości nauczania, który zdefiniuje przyszłość. 

Opowieść Ece Temelkuran o Turcji kończą wybory z 7 lipca 2015 roku, w których AKP pierwszy raz nie uzyskała większości w Wielkim Zgromadzeniu Narodowym. Niestety mimo wielkich nadziei pokładanych przez autorkę w demokratyzacji parlamentu, gdzie po raz pierwszy udało się wprowadzić aż 81 członków HDP (Ludowa Partia Demokratyczna), rząd szybko uporał się z brakiem możliwość uformowania koalicji. Pod koniec sierpnia prezydent Erdoğan zarządził wcześniejsze wybory, odbyły się one 1 listopada 2015 roku. Odtąd jedynie słuszna AKP ponownie rządzi niepodzielnie w Turcji. 

Książka „Turcja. Obłęd i melancholia” jest jak uderzenie obuchem w głowę. Zatrważa podobieństwo pewnych procesów, które miały i mają miejsce w Turcji do wydarzeń, z którymi mamy do czynienia w Polsce. Coraz częściej kołacze mi w głowie myśl, że zgubiliśmy coś po drodze. Nie ma w tym kraju żadnej kultury politycznej, ani opozycji z prawdziwego zdarzenia. A co do protestów odnoszę wrażenie, że rządzący wzięli sobie do serca powiedzenie „psy szczekają, a karawana jedzie dalej”. Serdecznie polecam lekturę najnowszej książki Ece Temelkuran, ku przestrodze. 

„Turcja. Obłęd i melancholia” Ece Temelkuran 
tłumaczenie: Łukasz Buchalski 
tytuł oryginału: Turkey: The Insane and the Melancholy 
data wydania: kwiecień 2017 
ISBN: 9788365595430 
ilość stron: 270

wtorek, 27 czerwca 2017

„Plaża za szafą” Marcin Kącki

„Życie to taki dziwny teatr, gdzie tragedia miesza się z farsą, scenariusz piszą sami aktorzy, suflerem jest sumienie i nigdy nie wiadomo, kiedy otworzy się zapadnia.” 
Andrzej Majewski 

foto: Wydawnictwo Agora


Marcin Kącki jest dziennikarzem Gazety Wyborczej, redaktorem „Dużego Formatu”. Domeną autora są reportaże śledcze, społeczne i historyczne. Nie boi się zadawać trudnych pytań i walczy zawzięcie o szczere odpowiedzi. Podejrzewam, że jest typem człowieka, który wyrzucony drzwiami, wejdzie przez okno, wszystko po to, by dociec prawdy, która jest najważniejsza w jego tekstach. Kącki jest autorem reportaży „Lepperiada”, „Maestro. Historia milczenia”, „Białystok. Biała siła, czarna pamięć” oraz powieści „Fak Maj Lajf”. 

„Plaża za szafą” to owoc wieloletniej pracy reporterskiej Marcina Kąckiego, książka stanowi zbiór tekstów, które ukazywały się na przestrzeni dziesięciu lat w Gazecie Wyborczej. Autor prezentuje szeroki wachlarz tematów, jego teksty wywołują czasem oburzenie, innym razem konsternację, niektóre rozbawienie, przede wszystkim zaś zdziwienie, że oto obok nas, dzieją się rzeczy, których nie wymyśliłby nawet najzdolniejszy scenarzysta filmowy. 

W pierwszej części książki zatytułowanej „Medical thriller” odnajdujemy teksty dotyczące ratownika medycznego, usłużnego, pracowitego, cenionego przez współpracowników, ale mającego ogromną słabość do kobiet, które rozkochuje w sobie bez pamięci. Na przeszkodzie jego miłosnym podbojom stoi jednak żona…Kolejny reportaż dotyczy adopcji, znajdziemy też w tej części tekst o kumoterstwie wśród lekarzy oraz o ratowaniu małego chłopca cierpiącego na rzadką chorobę nerek. Jednak z mojego punktu widzenia najciekawszy jest reportaż dotyczący leku na Parkinsona o nazwie Requip, produkowanego przez znany koncern farmaceutyczny. Ropinirol, który jest substancją czynną tego produktu leczniczego może powodować uzależnienie od hazardu, nadpobudliwość seksualną oraz autoagresję. Sęk w tym, że nie w każdym kraju ulotka leku wyglądała jednakowo. W Stanach Zjednoczonych wpisano do niej możliwe działania powodujące chęć targnięcia się na życie, natomiast w europejskiej wersji ulotki takiej informacji brakowało. Koncern wykorzystał w tym wypadku luki prawne umożliwiające mu pominięcie pewnych danych odnośnie do działań niepożądanych leku w ulotce leku wprowadzanego na rynek europejski. Taka haniebna praktyka podważa zaufanie do sektora farmaceutycznego, nie powinno zatem budzić zdziwienia rosnące lobby antyszczepionkowców, czy specjalistów leczących raka wlewkami z witaminy C i innymi cudownymi sposobami. Szkoda, że firmy farmaceutyczne, ale też wszelkiej maści szarlatani dbają przede wszystkim o swoje interesy, a dobro pacjenta jest regularnie pomijane w ich wzajemnych rozgrywkach. 

Kolejna część książki to teksty o oszustce-naciągaczce z Konstancina, o gangu z Sanoka, na czele którego stała kobieta, o „Włoszce” trudniącej się najstarszym zawodem świata, która spotkała na swojej drodze życia prawdziwą miłość, o nauczycielu broniącym zawzięcie szkoły, w której uczy oraz najciekawszy reportaż - o awanturze o krzyż w Zespole Szkół Sportowych w Krapkowicach. To była bardzo głośna sprawa, pewna skromna i cicha matematyczka, tyle, że niewierząca postanowiła zdjąć krzyż wiszący w pokoju nauczycielskim. Tak zaczęły się jej problemy, z dyrektorką, z całym środowiskiem nauczycielskim, mieszkańcami Krapkowic. Przy okazji wyszły też na jaw dużo ważniejsze, lecz pozostawione przez dyrekcję szkoły bez rozwiązania, problemy. 

Trzecią część „Plaży za szafą” rozpoczyna niezwykła opowieść o brawurowej kradzieży obrazu „Plaża w Pourville” Moneta, której dokonał prosty pracownik sezonowy, ukrywający się pod fałszywym nazwiskiem - Jacek Walewski. Wcale mnie nie dziwi to, że właśnie ten reportaż autor umieścił w tytule swojej książki. Kto sięgnie po tę lekturę przekona się, dlaczego ten tekst jest niezwykły. Dalej czytelnik może przeczytać o zamachach bombowych w sklepach IKEA, o napadzie na bank dokonanym przez księdza oraz o gangu oszustów podających się za komorników bądź radców prawnych. 

Przedostatnia część książki zawiera reportaże o braciach K., gangsterach z Głubczyc, koło Opola, o problemach zamkniętego osiedla mieszkaniowego, o kradzieży w Kościele, o wypadku w małym jeziorku pod Murowaną Gośliną k. Poznania, o Cyganach kierujących się kodeksem romanipen, o tajemniczym morderstwie i ukrywaniu zwłok przez prawie rok w chłodni zakładu medycyny sądowej. Najciekawsze teksty w tej części książki dotyczą załamania nerwowego szyfranta Stefana Zielonki oraz znikających funduszy operacyjnych Urzędu Ochrony Państwa. Szczególnie ostatni reportaż może budzić zaniepokojenie, gdyż wyraźnie wskazuje, że nie ma absolutnie żadnej kontroli nad pieniędzmi w kasie operacyjnej tajnych służb. Nie można i chyba nie powinno się tłumaczyć defraudacji funduszy na taką skalę wyłącznie „zagubioną agenturą”. 

Ostatnia część „Plaży za szafą” to reportaże na temat „złego” dotyku. Pierwszy dotyczy molestowania i psychicznego znęcania się nad czternastoletnimi zawodniczkami drużyny siatkarskiej przez ich trenera. Drugi tekst opowiada zaś o nietypowych zamiłowaniach abp. Juliusza Paetza. 

Życie pisze czasem zupełnie nieprawdopodobne scenariusze. Obok nas, często za ścianą albo w sąsiednim bloku dzieją się rzeczy, o których nie mamy pojęcia. Czasem Ci, którzy jakąś wiedzę posiadają nie chcą się nią dzielić w obawie o życie własne i najbliższych, czasem nie wiedzą, do kogo się zwrócić z prośbą o pomoc lub liczą na to, że ktoś inny w porę zareaguje. Na szczęście są reporterzy, tacy jak Marcin Kącki. Dociekliwi, oddani pracy, nieodpuszczający, „natrętni jak muchy”, ale działający w dobrej wierze, zawsze dążący do odkrycia prawdy. Ich teksty zmieniają rzeczywistość, w tym także tę polityczną (tekst autora o „Pracy za seks” doprowadził do rozpadu koalicji PiS i Samoobrony). Doprowadzają do nagłośnienia bulwersujących opinię publiczną spraw, takich jak działalność Wojciecha Kroloppa, dyrektora chłopięcego chóru Polskie Słowiki, skazanego za pedofilię. 

Zbiór reportaży „Plaża za szafą” to niezwykła podróż po kryminalnej Polsce. Sprawy opisywane przez Marcina Kąckiego głównie oburzają, po pierwszym, mocnym zdaniu, autor wyrzuca z siebie kolejne, stale zwiększając tempo. Mistrzowskie historie, odwaga reportera, podejmowane trudne tematy, wszystko to sprawia, że od lektury ciężko się oderwać, a na koniec pozostaje uczucie niedosytu. Serdecznie polecam. 

„Plaża za szafą. Polska kryminalna” Marcin Kącki 
data wydania: 2 lutego 2017 
ISBN: 9788326824708 
liczba stron: 311

piątek, 16 czerwca 2017

„Sznurówki” Domenico Starnone

„Miłość łatwiej znosi nieobecność lub śmierć niż zwątpienie lub zdradę.” 
André Maurois 

foto: W.A.B.


Domenico Starnone to włoski pisarz, dziennikarz i scenarzysta. Obecnie kojarzony jest przede wszystkim za sprawą swej żony Anity Rai, która opublikowała, pod pseudonimem Elena Ferrante, tetralogię neapolitańską. Choć Starnone cieszy się we Włoszech sporą popularnością, w 2001 roku otrzymał najbardziej prestiżową nagrodę literacką Premio Strega za powieść Via Gemito, a jego książki często są filmowane, polscy wydawcy dopiero teraz, po sukcesie książek Anity Rai, sięgają po twórczość autora, a ta zdecydowanie jest warta uwagi. 

„Sznurówki” to literackie studium zdrady, rozpadu związku, cierpienia. Bohaterowie – Vanda i Aldo pobrali się młodo, szybko na świat przyszły ich dzieci, syn Sandro i córka Anna. Vanda zrezygnowała z pracy, kariery, aby opiekować się dziećmi i domem oraz pielęgnować małżeństwo. Aldo pracował, utrzymywał rodzinę i nieustannie tęsknił za wolnością. Gdy tylko nadarzyła się okazja postanowił odejść, oczywiście do młodszej, atrakcyjniejszej i samotnej kobiety. Bez mrugnięcia okiem przekreślił dwanaście lat wspólnego życia, potrzeby dzieci i małżonki, dla własnego kaprysu postanowił zrujnować całej trójce przyszłość, bo się zakochał. Dramat, ale i historia stara jak świat. 

Gdyby tylko Aldo zadowolił się definitywnym porzuceniem dotychczasowego spokojnego, z pozoru udanego życia u boku wiernej i oddanej kobiety. Mężczyzna jednak nie może się zdecydować na całkowite zaprzestanie kontaktów z żoną i dziećmi, tak więc przychodzi i odchodzi kiedy mu wygodnie, stale otwiera rany, nie daje im szansy na zagojenie się. Torturuje i jątrzy, wpędza Vandę w coraz większy obłęd, a w końcu doprowadza do tragedii. Jego ego, wolność są najważniejsze. Uczucia innych się nie liczą. Co z tego, że ktoś poświęcił najlepsze lata życia, zaprzepaścił karierę, aby Aldo mógł wygodnie żyć, z dala od problemów, zajmując się jedynie pracą i od czasu do czasu przypominając sobie, że ma córkę i syna, najczęściej w krótkich chwilach rozmów przy okazji wspólnych posiłków? On się przebudził, nie jest szczęśliwy, nic już nie będzie takie samo, jeśli nie zrealizuje swojej wizji wspólnego życia z nową, młodą kochanką. 

I kiedy wydaje się, że to historia taka jak wszystkie, mężczyzna był i zniknął realizować się gdzie indziej, Aldo trzeźwieje, wraca na łono rodziny. Jednak nic nie jest w stanie naprawić krzywd, jakie wyrządził, nie tylko Vandzie, ale przede wszystkim dzieciom. Aldo wraca, ale wraz z nim myśli o kochance, jej imię nigdy niewypowiadane, ale będące zarazem jak brzęczenie natrętnego komara krąży stale wokół małżonków. Starają się ułożyć na nowo wspólne życie, ale nie da się cofnąć czasu, oschłość Vandy, poczucie winy Aldo będą im towarzyszyć już zawsze, podobnie jak ironia i drobne złośliwości w rozmowach. Dzieci zaś wyrosną w poczuciu, że rodzina to pojęcie przereklamowane, że los płata figle i coś, co powinno być filarem, ostoją, może stać się źródłem bólu i udręki. Sandro będzie powielał zachowanie ojca, płodząc dzieci z kim popadnie, Anna z kolei nie będzie potrafiła nikomu zaufać i stworzyć żadnej trwałej relacji. Oto właśnie konsekwencje nieodpowiedzialnego postępowania, zbytniej koncentracji na własnej osobie. 

Małżeństwo to nie spotkanie dwojga indywidualności, z których każda samorealizuje się, często kosztem drugiej. Związek wymaga kompromisów, ustępstw. Źle się jednak dzieje, gdy ułatwienia, pomoc pochodzą tylko z jednej strony, a jedno z małżonków obarczone jest odpowiedzialnością za dzieci, dom, drugie zaś sądzi, że wypowiadanie niczym mantry kwestii „ja zarabiam, chcesz się zamienić?” załatwia wszystko. „Sznurówki” należy potraktować jak lekcję. Nigdy nie można niczego być pewnym. Nie wiem też czy stawianie wszystkiego na jedną kartę, poświęcanie swojego czasu, najlepszych lat, umiejętności i pozostawanie w domowym zaciszu, po to, aby druga osoba mogła spełniać się zawodowo jest idealnym rozwiązaniem. W sytuacji, jakiej doświadczyła Vanda na pewno nie. Bohaterka kochała, ufała, a została z niczym, dotkliwie zraniona, całkowicie upokorzona. 

Dzieci, o nich należy myśleć w pierwszej kolejności. Takie sytuacje jak zdrada, odejście jednego z rodziców, wieczne awantury i szarpaniny wpływają na ich psychikę, prowadzą do utraty stabilizacji, wiary w instytucję małżeństwa. Mogą powodować daleko idące konsekwencje w ich przyszłym, rodzinnym życiu. 

„Sznurówki” to powieść ciekawie skonstruowana. Autor przedstawia opisywaną historię z trzech punktów widzenia, zdradzanej żony, niewiernego męża i cierpiących dzieci. Najdobitniej całą tę sytuację po latach podsumowuje Anna, mówiąc: „Rodzice podsunęli nam cztery kolejne scenariusze, bardzo pouczające. Pierwszy: mama i tato młodzi i szczęśliwi, dzieci rozkoszują się rajskim ogrodem; drugi: tato znajduje sobie inną kobietę, mama odchodzi od zmysłów, dzieci tracą rajski ogród; trzeci: ojciec opamiętuje się i wraca do domu, dzieci próbują dostać się do ogrodu ziemskiego, mama i tata codziennie im dowodzą, że to daremny wysiłek; czwarty: dzieci odkrywają, że żaden ogród nigdy nie istniał i w życiu trzeba zadowolić się piekłem”. Bardzo pouczająca, a zarazem przygnębiająca powieść. Polecam. 

„Sznurówki” Domenico Starnone 
tłumaczenie: Stanisław Kasprzysiak 
tytuł oryginału: Lacci 
data wydania: 10 maja 2017 
ISBN: 9788328044357 
liczba stron: 221

sobota, 10 czerwca 2017

„Całe życie” Robert Seethaler

„Gdy człowiek jest szczęśliwy, żyje w harmonii z samym sobą i swoim otoczeniem.” 
Oscar Wilde 

foto: Wydawnictwo Otwarte


Robert Seethaler jest austriackim pisarzem, scenarzystą i aktorem. W dzieciństwie cierpiał na bardzo silną wadę wzroku (- 19 dioptrii), z tego powodu uczęszczał do szkoły podstawowej dla dzieci niedowidzących. Szkołę aktorską ukończył w Wiedniu, grywał w tamtejszych produkcjach telewizyjnych oraz sztukach teatralnych. W 2015 roku zagrał epizodyczną rolę w filmie „Młodość” Paolo Sorrentino, u boku Rachel Weisz. Powieść „Całe życie”, w ubiegłym roku, znalazła się na krótkiej liście do Międzynarodowej Nagrody Bookera (Seethalera pokonała wówczas Han Kang i jej rewelacyjna powieść „Wegetarianka”). 

Andreas Egger niemal całe życie spędził w wiosce u podnóża austriackich Alp. Opuścił rodzinne strony tylko na czas wojny i niewoli w łagrze, w Woroszyłowgradzie (obecnie Ługańsk). Dorastał pod czujnym okiem brutalnego i niestroniącego od kar cielesnych wuja. Właśnie za sprawą niegodziwości krewnego stał się kaleką. Uczył się dość przeciętnie. Należy przyznać, że ani czytanie ani komponowanie dłuższych wypowiedzi nie należało do jego ulubionych zajęć. Od początku był cichy, zamknięty w sobie, milczący. Niemniej jednak bywał błyskotliwy, jak wtedy, gdy starał się o rękę Marie i namówił kolegów z pracy do ułożenia płonącego napisu na zboczu stoku, który podbił serce narzeczonej. 

Andreas obserwował jak w życie spokojnej wioski wkrada się nowoczesność, postęp. Był jednym z najbardziej solidnych i wytrzymałych pracowników kompanii zajmującej się budową kolejek linowych i infrastruktury dla narciarzy. Po powrocie z Rosji zaczął najmować się odwiedzającym wioskę turystom jako górski przewodnik. 

Choć Eggera nie omijały nieszczęścia i trudy, począwszy od dzieciństwa u surowego wujostwa, a skończywszy na lawinie, która odebrała mu to, co najcenniejsze, bohater potrafił iść przez życie z uniesioną głową, pogodzony z losem, cokolwiek ten przyniesie. Zupełnie jakby realizował wizję zawartą w wierszu „Odys” Leopolda Staffa, którego fragment brzmi: 

Niech cię nie niepokoją 
Cierpienia twe i błędy. 
Wszędy są drogi proste 
Lecz i manowce wszędy. 

O to chodzi jedynie, 
By naprzód wciąż iść śmiało, 
Bo zawsze się dochodzi 
Gdzie indziej, niż się chciało. 


Andreas Egger przeżył wojnę, niewolę, doświadczył miłości, ale i utracił najbliższych, ciężko pracował i nigdy nie narzekał na swój los. Przede wszystkim żył tak, jak chciał i jak potrafił, to spowodowało, że w chwili śmierci umierał spełniony, szczęśliwy. „Całe życie” to nie tyle piękna opowieść o zwykłym, prostym człowieku, to historia prostolinijnego bohatera, który w monotonii życia, samotności, oddany ciężkiej pracy fizycznej wiedzie spokojne, szczęśliwe życie. Ilu z nas może poszczycić się tym samym? 

„Całe życie” Roberta Seethalera to nie jest książka rewelacyjna, z której bucha geniusz autora. Niemniej jednak warto docenić tę oszczędną w słowach krótką opowieść o afirmacji życia, prostotę języka, mnogość wzruszających scen oraz zwykłego - niezwykłego bohatera. 

„Całe życie” Robert Seethaler 
tłumaczenie: Ewa Kochanowska 
tytuł oryginału: Ein ganzes Leben 
data wydania: 22 maja 2017 
ISBN: 9788375154412 
liczba stron: 184

piątek, 2 czerwca 2017

„Ludzie z Placu Słońca” Aleksandra Lipczak

„Wróg nie nosi już munduru: dziś jest to inflacja, bezrobocie, brak poczucia bezpieczeństwa, niezadowolenie.” 
„Mauricio, czyli wybory” Eduardo Mendoza 

foto: Dowody na Istnienie


„Ludzie z Placu Słońca” to debiut reporterski Aleksandry Lipczak, a zarazem kolejna książka wydawnictwa Dowody na Istnienie, na którą należy zwrócić w tym roku uwagę, po znakomitych „Wszystkich dzieciach Louisa” Kamila Bałuka. 

Kiedy wyobrażamy sobie Hiszpanię, z reguły przed oczami mamy obraz pięknych, zadbanych miast, słonecznych plaż, kolorowej i smacznej paelli na talerzu, a w kieliszku nasz wzrok cieszy widok orzeźwiającej sangrii. W uszach zaś brzmi flamenco bądź sardana, tańczona przez mieszkańców na palcu przed katedrą w Barcelonie. Ci, którzy podróżowali po Hiszpanii często wracają myślami do Kordoby i meczetu z wybudowaną w środku katedrą, Rondy i Hemingwaya, osiołkowego taxi z Mijas, kościoła Sagrada Familia, Parku Güel, muzeum Picassa w Maladze, madryckiego Prado, czy zespołu pałacowego w Grenadzie, żeby wymienić kilka najważniejszych atrakcji turystycznych i zabytków. Jednak Hiszpania to nie tylko kraj wiecznej szczęśliwości i słońca, a ten mit, powielany często w folderach biur podróży, stara się obalić Aleksandra Lipczak w swoim reportażu. 

Zbiór tekstów z książki „Ludzie z Placu Słońca” przypomina andaluzyjską mozaikę, mnóstwo drobnych elementów tworzy tu doskonałą całość. Zaczynamy lekturę mocnym, iście Springerowskim tekstem o miastach- widmach i postaci najsłynniejszego kanalarza, a następnie potentata rynku budowlanego, Francisco Hernando. Okazuje się, że podobnie jak w Polsce, również w Hiszpanii swego czasu rynek mieszkaniowy działał bez składu i ładu ani jakiegokolwiek planu zagospodarowania przestrzennego. Normą było budowanie wielkich osiedli bez dróg dojazdowych czy dostępu do podstawowych użyteczności, chociażby wody, na środku pustyni (przykładem może być tu opisywana przez autorkę Seseña). Kolejne przedstawiane problemy, takie jak życie na kredyt, eksmisje, w momencie niemożności spłaty zadłużenia, również przypominają nam sytuacje znane z naszego, polskiego podwórka. 

Bardzo ciekawe są teksty dotyczące hiszpańskiej wojny domowej, okresu rządów generała Franco, machismo, a także powstania i rozwoju hiszpańskiej Falangi, w 1933 roku. Niektórzy starsi czytelnicy zapewne pamiętają, jak po okresie zamordyzmu i skrajnego katolicyzmu, odbierania dzieci wrogom politycznym i rozwódkom, licznych represji, nastąpiła odwilż i przebudzenie. Totalna liberalizacja poglądów i życia za rządów premiera Zapatero spowodowała, że Hiszpania jako trzeci kraj w Europie zalegalizowała małżeństwa tej samej płci i adopcję dzieci przez pary o orientacji homoseksualnej. O tym opowiada Aleksandra Lipczak w tekście na temat Campillo de Ranas. To znakomita lekcja tolerancji dla całego świata. 

Równie interesujące są wzmianki o panowaniu Arabów w Al- Aldalus, o ogromnej bibliotece kalifa Al- Hakama II, o próbach uzyskania niepodległości i referendach w Katalonii, o przebywającym przeszło trzydzieści lat w ukryciu więźniu politycznym, Manuelu Cortezie (swoją drogą ukrywał się właśnie w malutkim miasteczku Mijas, na Costa del Sol). Wisienką na torcie są opowieści o słynnym hiszpańskim pisarzu Antoniu Mũnoz Molinie (polecam „We mgle czasów”, „Zimę w Lizbonie”, „Wiatr księżyca”) oraz katalońskiej autorce, Mercé Rodoredzie i jej najważniejszej powieści – „Diamentowym placu”. Aleksandra Lipczak wspomina także między innymi początki reżyserskiej kariery Pedro Almodóvara. Znakomitym zabiegiem stylistycznym są fragmenty, w których autorka wymienia autentyczne nagłówki z hiszpańskiego dziennika El País, ma to miejsce dwukrotnie w odniesieniu do bezrobocia w Hiszpanii. 

W tekście „Granica Południe” czytelnik odnajdzie informacje na temat polityki migracyjnej Hiszpanii. Mowa o wielkim ogrodzeniu, siatce składającej się z wielu elementów, zlokalizowanej na granicy hiszpańsko-marokańskiej. Stalowe liny, czujniki ruchu, oślepiające reflektory, które aktywuje alarm z owych czujników oraz chyba najstraszniejsza rzecz- koncertina, czyli drut kolczasty zakończony żyletkami. Zabezpieczenia te oddzielają między innymi ekskluzywne pole golfowe od ośrodków, w których koczują uchodźcy, znajdujących się po drugiej stronie ogrodzenia. Czy Europa rzeczywiście potrzebuje koncertiny? Czy to jedyny sposób by bronić naszych granic? 

Książka „Ludzie z Placu Słońca” Aleksandry Lipczak to interesujące studium tak współczesnej, jak i przeszłej Hiszpanii. Lektura ta jest zdecydowanie warta polecenia. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wytknęła na koniec jakiegoś ale…Autorka wspomina książkę Normana Lewisa, nosi ona tytuł „Głosy starego morza”, a nie „Opowieści starego morza”. 

Bardzo dziękuję wydawnictwu Dowody na Istnienie za egzemplarz recenzyjny. 

„Ludzie z Placu Słońca” Aleksandra Lipczak 
data wydania: 4 maja 2017 
ISBN: 9788379995982 
liczba stron: 256

sobota, 20 maja 2017

Warszawskie Targi Książki 2017

W czwartek, na Stadionie Narodowym w Warszawie, rozpoczęło się święto, które łączy księgarzy, wydawców, pisarzy, blogerów, dziennikarzy, czytelników, słowem wszelkich miłośników literatury. Warszawskie Targi Książki będą trwały cztery dni, od 18 do 21 maja. Gościem honorowym tegorocznej, ósmej już edycji, są Niemcy. 

foto: archiwum własne

Już po raz trzeci udałam się na Targi oficjalnie jako blogerka (trzy lata temu korzystałam z zaproszenia). Pojawiłam się na Stadionie Narodowym w sobotę około 12.00 i praktycznie od razu mogłam wyruszyć na łowy. Nie ma bowiem, podobnie jak w zeszłym roku specjalnej rejestracji, która generowała niepotrzebne kolejki, blogerzy dostają wcześniej bilety za pośrednictwem poczty elektronicznej, co uważam za ogromne udogodnienie. Kolejna pozytywna zmiana, którą zauważyłam od razu to fakt, że w zasadzie na wszystkich odwiedzanych przeze mnie stoiskach dostępna jest opcja płatności kartą. W bufecie można zaś upolować pyszne sałatki, kanapki, owoce i kawę, a kolejki nie są przerażająco długie, więc nie grozi nam śmierć głodowa w pogoni za wielką literaturą. 

foto: archiwum własne

foto: archiwum własne

foto: archiwum własne
foto: archiwum własne

Ja starałam się unikać tłumów, chociaż podczas tradycyjnego Dnia Reportażu jest to praktycznie niewykonalne, przechadzałam się nieśpiesznie pomiędzy stoiskami. Odwiedziłam między innymi Wydawnictwo IV Strona, Dom Wydawniczy Rebis, Wydawnictwo Znak, Wydawnictwo Czarne, Wydawnictwo Muza, stoisko Grupy Wydawniczej Foksal, Dowody na Istnienie, Książkowe Klimaty. Chociaż miałam ze sobą wizytówki specjalnie przygotowane na tę okazję nie mogłam się przemóc, żeby rozdawać je napotkanym wydawcom, czy autorom. Jednak nie jestem tak odważna, jak mi się wydawało. Widziałam wielu pisarzy, do których zwyczajnie nie miałam śmiałości podejść, ale Pani Kasi Bondzie po prostu musiałam powiedzieć chociaż skromne „dzień dobry”. Jak co roku przygotowałam listę książek, które zamierzałam zakupić (tylko 10 pozycji !!!!). Plan nie do końca się powiódł, gdyż zapomniałam swoich notatek z domu. W rezultacie z targów wróciłam z dziewięcioma książkami, w tym z pięcioma z listy. 

zdobycze targowe
foto: archiwum własne

Sobota, jak już wspominałam, jest rokrocznie na targach Dniem Reportażu, w sali LONDYN A odbywały się spotkania autorskie z tegorocznymi finalistami Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego oraz rozmowy z nominowanymi tłumaczami. Natomiast w sali LONDYN C miało miejsce spotkanie wokół książki „Islam. Jedenasta plaga” Hege Storhaug, które miał prowadzić Piotr Ibrahim Kalwas. Tymczasem Pani Storhaug przygotowała prezentację, na podstawie której wygłosiła krótki wykład, mający na celu utwierdzenie słuchaczy w przekonaniu, że islam to totalitaryzm i źródło wszelkiego zła, należy przywrócić granice i kontrole w Europie etc., inaczej czeka nas zagłada. Na samym początku zaś norweska dziennikarka stwierdziła, że w Polsce bardzo się jej podoba, ponieważ jest „czysto” i to dobrze, że nie daliśmy się wciągnąć w problemy, które są udziałem innych europejskich krajów. Lekki dysonans poznawczy odczuwałam patrząc na zdjęcia Marsylii, w roku 2013 (podobnie jak autorka książki) odwiedziłam to piękne, portowe miasto i byłam zachwycona architekturą oraz ludźmi, blokowiska wybudowane przez Le Corbusiera również widziałam z bliska i nie, nie musiałam zakładać hidżabu. Słuchając wypowiedzi Hege Storhaug czułam się tak, jakbyśmy zwiedzały dwie, diametralnie różniące się metropolie. 

spotkanie z Hege Storhaug
foto: archiwum własne


Zaraz po tej prelekcji przeniosłam się do sali LONDYN A, żeby uczestniczyć w spotkaniu z Edem Vulliamym, które prowadziła Milłada Jędrysik. Ideologicznie to był zwrot o 180 stopni. Można było posłuchać ciepłego, otwartego człowieka, który wiele ryzykował w pogoni za poszukiwaniem prawdy i sprawiedliwości. Który bez zażenowania krytykował polski, węgierski, amerykański i brytyjski rząd za mowę nienawiści, stwarzanie sztucznych podziałów, populistyczne hasła. To była naprawdę ciekawa, błyskotliwa i wciągająca rozmowa. 

spotkanie z Edem Vulliamym
foto: archiwum własne


Pamiętajcie, że targi trwają tylko do 21.05!




foto: archiwum własne
Do zobaczenia za rok!