niedziela, 31 grudnia 2017

2017


foto:  Pixabay


Oto nadszedł ostatni dzień roku, czas podsumowań, rozliczeń i postanowień. Niniejszym biję się w piersi, bo choć udało mi się przeczytać więcej niż 52 książki, to ostatecznie nie dociągnęłam nawet do magicznej 70. W porównaniu z zeszłym rokiem przeczytałam o 5 książek więcej, ale nadal nie jest to szczyt moich możliwości. Część książek mam rozgrzebanych, podejrzewam, że co najmniej jedną na wieczne niedoczytanie. 

Napisałam nieco więcej niż w zeszłym roku. Wtedy były to zaledwie 32 posty, teraz 40 (plus 22 posty na drugim blogu – Projekt Winnica). Oby kolejny rok był lepszy. 

10 książek, które najbardziej mnie zachwyciły to (w kolejności przypadkowej): 
1. „Opowieść o miłości i mroku” Amos Oz 
2. „Piłat i Jezus” Giorgio Agamben 
3. „Pochwała cienia” Jun’ichirō Tanizaki 
4. „Wszystkie dzieci Louisa” Kamil Bałuk 
5. „Turcja. Obłęd i melancholia” Ece Temelkuran 
6. „Był sobie chłopczyk” Ewa Winnicka 
7. „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka” Cezary Łazarewicz 
8. „Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie” Katarzyna Tubylewicz 
9. „Zwierzenia jeżozwierza” Alain Mabanckou 
10. „Pape Satàn aleppe” Umberto Eco 

Generalnie ten rok, jeśli chodzi, o jakość przeczytanej literatury był całkiem udany. Niższą niż 3/6 ocenę wystawiłabym następującym książkom: 
1. „Anders Morderca i przyjaciele oraz kilkoro wiernych nieprzyjaciół” Jonas Jonasson 
2. „Trzech panów w łódce nie licząc psa” Jerome K. Jerome 
3. „Jazz” Toni Morrison 
4. „Krwawa Luna” Patrycja Bukalska 
5. „Kolos” Finn Alnæs 
Jest jeszcze jedna książka, z którą mam problem. Teoretycznie powinnam wpisać ją bezwzględnie na drugą listę i to z milionem wykrzykników i ostrzeżeń, że powinniście po nią sięgać tylko na własną odpowiedzialność, ale niestety mimo wielu prób nie udało mi się jeszcze doczytać jej do końca (a robię to od maja). Mowa o książce Hege Storhaug „Islam. Jedenasta plaga”. Mam jednak nadzieję, że w przyszłym roku (na pewno nie na początku) uda mi się napisać o niej parę słów i dlaczego mnie zbulwersowała. 

Liczę na to, że w przyszłym roku uda mi się nie tylko przeczytać więcej ciekawych książek, ale też przedstawić Wam więcej recenzji. Czytam teraz o wiele wolniej i uważniej, a to za sprawą kursu redakcji merytorycznej, który niedawno ukończyłam. Sprawił on, że zwracam uwagę nie tylko na piękno języka (albo błędy, które się pojawiają w tekście), ale również na sposób wydania książki, informacje zawarte na redakcyjnej czwórce, jak skonstruowany jest spis treści, przypisy i pagina. 

Chętnych zapraszam też do śledzenia poczynań moich i mojego męża. Rok temu postanowiliśmy założyć małą winnicę na potrzeby nasze, rodziny i znajomych. Wszelkie informacje na ten temat, co i jak, a także ciekawostki związane z winiarstwem możecie znaleźć na stronie fejsbukowej Projekt Winnica. W tym roku założyłam również bloga, na którym umieszczam nasze zmagania związane z prowadzeniem winnicy, ciekawostki, recenzje win, różne informacje dotyczące wina i uprawy winorośli. Mam za sobą pierwszy międzynarodowy egzamin winiarski WSET 1, a obecnie przygotowuję się do drugiego – WSET 2, także pierwsze dwa miesiące nowego roku będą dla mnie czasem bardzo intensywnej nauki. 

Udało mi się również napisać kilka artykułów naukowych dla Pulsu Farmacji (staram się zachować jakieś związki z farmacją, czyli studiami, które ukończyłam jako pierwsze). Nie wiem, co będzie dalej, gdyż moja gazeta idzie z duchem czasu i zmieniła formę z papierowej na wyłącznie elektroniczną, a ja jestem starym dinozaurem - pierwsze czytanie i korekty zawsze robię na papierze. I nie lubię pośpiechu… 

W Nowym Roku życzę Wam przede wszystkim zdrowia, więcej cierpliwości i tolerancji, a także czasu, spędzonego w gronie najbliższych, dużo miłości i samych sukcesów. 
Pozdrawiam 
Buk nocą 
Anna Kotlińska-Bubała

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Książki polecają się na prezent :D



foto: Pixabay




„Piłat i Jezus” Giorgio Agamben 

foto: Wydawnictwo Znak


Włoski filozof, heideggerysta, Giorgio Agamben, w swoim eseju „Piłat i Jezus” opisuje jedno z najważniejszych spotkań w dziejach chrześcijaństwa, sześciogodzinne przesłuchanie, jakiemu został poddany Jezus przed wydaniem go żądnemu krwi tłumowi. Poncjusz Piłat, prefekt Judei, jest postacią niejednoznaczną, przez co niezwykle fascynującą. Wprawdzie został opisany dosyć szczegółowo przez Ewangelistów, niemniej jednak Agamben analizując jego postać stawia całkiem nowe pytania i podaje w wątpliwość skrajnie negatywny wizerunek Piłata. Włoski filozof przedstawia zarówno „czarną”, jak i „białą” legendę prefekta. 

Dla kogo: Dla miłośników lektur ambitnych i wymagających, zainteresowanych teologią polityczną, filozofią, ale nie tylko. Wszystkich tych, którzy w literaturze wypatrują czegoś więcej niż zaledwie ciągu pięknie ułożonych słów. Wreszcie dla osób dość dobrze orientujących się w Ewangeliach i postaci Piłata oraz krążących wokół niej legend. 

„Piłat i Jezus” Giorgio Agamben 
tłumaczenie: Monika Surma-Gawłowska, Andrzej Zawadzki 
tytuł oryginału: Pilato e Gesu  
data wydania: 27 lutego 2017 
ISBN: 9788324043910 
liczba stron: 112 


„Śmierć w rzece Kura i inne zagadki kryminalne” Włodzimierz Spasowicz 

foto: PIW


Włodzimierz Spasowicz, autor książki „Śmierć w rzece Kura” był wybitnym rosyjskim prawnikiem, działaczem społecznym i krytykiem literackim, przez współczesnych mu nazywanym „królem adwokatury”. Ten przydomek nie został nadany autorowi bezpodstawnie. W swoich sądowych wystąpieniach Spasowicz dawał popis erudycji, dociekliwości, a także poszanowania dla zasad logiki. W połowie dziewiętnastego wieku zdarzało się, że mowy obrończe trwały po kilka godzin, a nawet i dni! Żeby się o tym przekonać, wystarczy przeczytać pierwszą, tytułową zagadkę kryminalną z omawianego zbioru, dotyczącą tajemniczej śmierci w nurtach rzeki Kura. „Śmierć w rzece Kura” to zbiór fascynujących mów prawniczych pochodzących z dziewiętnastego wieku, stanowi znakomite świadectwo epoki, a dla młodych, współczesnych prawników to okazja, aby przyjrzeć się, jakiej gimnastyki słownej, ogromu wiedzy i zaangażowania wymagało od adwokata przygotowanie się do prowadzenia sprawy. 

Dla kogo: Dla prawników, ale również miłośników prawa i historii, a także dla wszystkich z silnym poczuciem sprawiedliwości i niezachwianym kręgosłupem moralnym. 

„Śmierć w rzece Kura i inne zagadki kryminalne” 
tłumaczenie: Małgorzata Migdalska i Jolanta Skrunda 
data wydania: 12 października 2016 
ISBN: 9788364822629 
liczba stron: 211 


„Zadry” Dominik Rutkowski 

foto: Świat Książki


„Zadry” to opowieść o splatających się ze sobą losach trzech rodzin przybywających na Pomorze Zachodnie. Czytelnik ma szansę prześledzić ich dzieje na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Czasy funkcjonowania PGR-ów, ich mikrokosmos i specyficzne relacje między ludźmi oraz późniejszy upadek gospodarstw w latach 90. zostały niezwykle barwnie i szczegółowo odmalowane przez autora. Iście szekspirowski jest wątek miłosny zawarty w powieści. Książka opowiada ponadto o trudnych polsko-ukraińskich relacjach i korzeniach nienawiści, a także, do czego może doprowadzić pielęgnowanie i przekazywanie kolejnym pokoleniom skrajnie negatywnych uczuć względem obcych nacji. 

Dla kogo: Dla tych, których zżera tęsknota za tym, co było i raczej nie wróci. Dla miłośników ciekawych historii, opowiedzianych w fascynujący sposób, z precyzyjnym odmalowaniem opisywanych realiów. Dla tych, którzy szukają odpowiedzi na pytanie jak powstaje i rozprzestrzenia się nienawiść. 

„Zadry” Dominik Rutkowski 
data wydania: 27 września 2017 
ISBN: 9788380316386 
liczba stron: 447 



„Pochwała cienia” Jun’ichirō Tanizaki 

foto: Wydawnictwo Karakter


„Pochwała cienia” to esej z 1933 roku poświęcony japońskiej estetyce. Pierwodruk tekstu Tanizakiego ukazał się w antologii „Estetyka japońska. Estetyka życia i piękno umierania” pod redakcją Krystyny Wilkoszewskiej, w 2005 roku. W 2016 roku Wydawnictwo Karakter wznowiło „Pochwałę cienia” w przekładzie Henryka Lipszyca, ze znakomitym wstępem tłumacza. Esej Tanizakiego nie jest w zasadzie tekstem jednolitym, to zbiór krótkich zapisków, codziennych obserwacji autora nazywanych zuihitsu ("za pociągnięciem pędzla"). Japończyk przygląda się transformacji kraju, a zmiany, zachodzące w szybkim tempie zdają się niepokoić mistrza, czemu daje wyraz w swoich szkicach. Tematyka tekstów Jun’ichirō Tanizakiego jest niezwykle różnorodna. Autor pięknie przedstawia światłocień i pustkę, jako kluczowe elementy japońskiej estetyki. 

Dla kogo: Dla wielbicieli i miłośników Japonii, dla wszystkich zainteresowanych filozofią i estetyką oraz architekturą i historią sztuki. Dla lubiących smakować teksty i szukać w nich dodatkowych znaczeń, metafor. 

„Pochwała cienia” Jun’ichirō Tanizaki 
tłumaczenie: Henryk Lipszyc 
tytuł oryginału: 陰翳礼讃 (In'ei Raisan) 
data wydania: 5 października 2016  
ISBN: 9788365271266 
liczba stron: 80 

W „serii japońskiej” Wydawnictwa Karakter ukazały się ponadto: „Księga herbaty” Kakuzō Okakura oraz „Struktura iki” Shūzō Kuki. Te eseje również polecam uwadze. 



„Pape Satàn aleppe” Umberto Eco 

foto: Dom Wydawniczy Rebis


„Pape Satàn aleppe” to bardzo interesujący, choć niejednorodny zbiór felietonów jednego z największych filozofów naszych czasów. Autor rozpoczyna swoje kroniki płynnego społeczeństwa od nakreślenia bolączek i dążeń współczesnego człowieka. Pisze o upadku moralnym, kryzysie ideologii, o potrzebie medialnej widoczności za wszelką cenę (niestety nawet, jeśli nie mamy nic ciekawego do powiedzenia i zaoferowania innym), o konflikcie pokoleń, mass mediach, różnych formach rasizmu. Porusza także fundamentalne tematy takie jak śmierć, nienawiść, filozofia i religia. Wszystko to okraszone specyficznym poczuciem humoru Eco, dystansem do otaczającego świata.  

Dla kogo: Dla wszystkich tych, którzy dostrzegają upadek autorytetów, kryzys wartości, żeby dodać im otuchy. Dla tych, którzy nawet czytając trudne teksty lubią się pośmiać ze specyficznych żarcików autora. Dla dociekliwych i miłośników erudycyjnych felietonów. 

„Pape Satàn aleppe” Umberto Eco 
tłumaczenie: Alicja Bruś 
tytuł oryginału: Pape Satàn aleppe. Cronache di una società liquida 
data wydania: 26 września 2017 
ISBN: 9788380620513 
liczba stron: 348

wtorek, 12 grudnia 2017

„Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka” Cezary Łazarewicz

„Sędzia Monika Niezabitowska-Nowakowska wskazała wtedy również imiennie drugiego z napastników, który pomagał w biciu, trzymając Przemyka za ręce od tyłu. Gdy chłopiec zemdlał, posadził go, zwijającego się z bólu, na krześle przy stoliku. Tym drugim był właśnie szeregowy Krzysztof Dalmata z Hrubieszowa. Sędzia Niezabitowska-Nowakowska była bliska znalezienia ostatniego z puzzli. W pisemnym uzasadnieniu wyroku napisała, że Kościukowi i Dalmacie towarzyszył w biciu jeszcze jeden funkcjonariusz, ale nie udało się go sądowi zidentyfikować.” 
„Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka” Cezary Łazarewicz 


foto: Wydawnictwo Czarne


Cezary Łazarewicz jest autorem zbioru reportaży „Kafka z Mrożkiem. Reportaże pomorskie”, „Sześć pięter luksusu. Przerwana historia domu braci Jabłkowskich”, „Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza” oraz książki „Elegancki morderca”, gdzie przedstawił sylwetkę seryjnego zabójcy - Władysława Mazurkiewicza. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Przekroju”, „Polityce”. Za reportaż „Żeby nie było śladów” otrzymał Nagrodę Nike 2017, Nagrodę MediaTory, Nagrodę im. Oskara Haleckiego. Tytuł ten zwyciężył również w plebiscycie Radia Kraków, został uznany za najlepszą książkę 2016 roku. 

„Żeby nie było śladów” to próba rekonstrukcji wydarzeń towarzyszących śmierci Grzegorza Przemyka i późniejszym procesom oskarżonych o zamordowanie świeżo upieczonego maturzysty. Autor uzupełnia swoją relację o sylwetki rodziców chłopaka – opozycjonistki i poetki Barbary Sadowskiej i Leopolda Przemyka (o którym głośno zrobiło się dopiero po 1993 roku, kiedy ruszył drugi proces będący próbą odnalezienia i skazania winnych śmierci Grzegorza). Książka Cezarego Łazarewicza ukazuje również uniwersalne mechanizmy tuszowania niewygodnych dla reżimowych władz wydarzeń. Od początku tak w śledztwo, jak i w proces zaangażowane były najważniejsze osoby w państwie, Czesław Kiszczak, Jerzy Urban, a nawet sam Wojciech Jaruzelski. Powołano specjalną grupę operacyjną, której działania miały na celu oczernienie świadków i zdyskredytowanie ich zeznań oraz uprawdopodobnienie wersji wydarzeń forsowanej przez władze, grzebano w życiorysie matki chłopca, aby ukazać ją w jak najgorszym świetle, zastraszano najbliższe osoby z otoczenia Grzegorza Przemyka, a postępowanie celowo przewlekano. Co więcej, już po upadku PRL, organy III Rzeczpospolitej były również bezsilne, nie potrafiły znaleźć i osądzić wszystkich winnych zabójstwa. 

Cezary Łazarewicz wykonując iście koronkową robotę, przeglądając tysiące stron akt, opinii biegłych, wycinków z gazet, fragmentów osobistych dzienników Wiktora Woroszylskiego, rozmawiając z ludźmi z otoczenia Barbary i Grześka, dokonał czegoś pozornie niemożliwego. Wskazał nie tylko winnych, którzy od początku zasługiwali na karę, ale i z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością ustalił tożsamość trzeciego milicjanta biorącego udział w pobiciu. 

Ten proces jest plamą na honorze Polski Ludowej, ale także III Rzeczpospolitej. Winnych śmiertelnego pobicia Grzegorza Przemyka nigdy bowiem należycie nie ukarano. Istnieje jednak coś jeszcze poza sądową sprawiedliwością, karma, fatum, przeznaczenie, jakkolwiek to nazwiemy, widać, że zadziałało w sprawie winowajców. Nie mieli ani łatwego ani przyjemnego życia i choć sprawiedliwości nie stała się zadość,  milicjanci w niewielkiej części odczuli cierpienia, jakie zadali chłopakowi. 

Ta książka była potrzebna, jest odpowiedzią na apel Barbary Sadowskiej, który znajdował się w aktach sprawy śmiertelnego pobicia jej syna. Prawda o tej strasznej zbrodni została ujawniona dopiero po trzydziestu latach dzięki omawianemu reportażowi. Bardzo polecam tę lekturę, w pełni zasłużyła na tegoroczne wyróżnienie Nagrodą Nike. 

„Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka” Cezary Łazarewicz 
data wydania: 17 lutego 2016 
ISBN: 9788380492349 
liczba stron: 316

poniedziałek, 11 grudnia 2017

„Zabite” Jorge Ibargüengoitia


foto: Wydawnictwo Universitas 

Jorge Ibargüengoitia to mało znany polskiemu czytelnikowi meksykański prozaik, dziennikarz i dramaturg. Jego dzieła cechuje specyficzne poczucie humoru i celnie wymierzona ironia. Nic nie wskazywało na to, że zostanie pisarzem. Początkowo podjął studia inżynierskie, później uprawiał rodzinną ziemię, a dopiero pod wpływem obejrzanego spektaklu teatralnego postanowił zająć się dramatopisarstwem. Chociaż napisał wiele sztuk, otrzymał kilka nagród, jego kariery teatralnej nie można zaliczyć do udanych. Pierwsza powieść Jorge Ibargüengoitia - „Błyskawice sierpniowe” odniosła natomiast znaczący sukces, a poczucie humoru, ironia i satyra stały się wyznacznikami stylu pisarza. 

Książka „Zabite” jest częścią serii Las Américas: Nieznana Klasyka Literatury Latynoskiej Wydawnictwa Universitas. Jest to mroczna opowieść z lat 50. i 60. XX wieku, oparta na autentycznych wydarzeniach. Rzecz dzieje się m.in. w pozornie spokojnym, prowincjonalnym meksykańskim miasteczku, gdzie dochodzi do napadu na małą piekarnię. Strzelanina, karabiny i podpalenie to efekt niezagojonych miłosnych ran, które swoją genezę miały wiele, wiele lat wcześniej. 

Dość powiedzieć, że główne bohaterki, sprawczynie całego zamieszania, to dwie siostry, burdelmamy, które zęby zjadły na tym niewdzięcznym biznesie i niejedno mają na sumieniu. W powieści, napisanej minimalistycznym, reporterskim stylem, trup ściele się gęsto, a lejąca się strumieniami krew czy bójki - to codzienność. Piekło prowincji, korupcja, znieczulica i układy, narastająca przemoc…z odrobiną gorzkiej ironii to sprawia, że tę książkę ciężko odłożyć na półkę i dawkować sobie z umiarem. 

„Zabite” wyróżniają się na tle innych dzieł pisarza. Spokojna, miejscami sucha relacja, przypomina raczej dziennikarskie śledztwo niż utwór literacki, do tego temat zaczerpnięty został wprost z kroniki kryminalnej. Bardzo ciekawy jest fakt, że w książce autor wygładził mocno pierwowzory swoich bohaterek. Nie mają na koncie aż tylu morderstw, poza tym pewne zdarzenia noszą znamiona nieszczęśliwych wypadków, a nie z góry zaplanowanych zbrodni. Wielu krytyków postrzega „Zabite” jako powieść wręcz proroczą, autor celnie opisuje mechanizmy odpowiadające za rozpad wartości społecznych, korupcję na szczytach władzy, uprzedmiotowienie kobiet i eskalującą przemoc (dziś możemy skonfrontować obserwacje Jorge Ibargüengoitia z wydarzeniami chociażby w Ciudad Juárez). Puls rewelacyjne tłumaczenie Tomasza Pindla. Czy można chcieć więcej? Polecam uwadze tę krótką książkę, wprawdzie nie wprowadzi czytelnika w radosny, świąteczny nastrój, ale na pewno zmusi do refleksji. 

„Zabite” Jorge Ibargüengoitia 
tłumaczenie: Tomasz Pindel 
tytuł oryginału: Las muertas 
data wydania: 2015 
ISBN: 9788324226924 
liczba stron: 188

wtorek, 28 listopada 2017

Literacka Stolica 2017

Sobota, 25 listopada 2017 roku, wpadam zdyszana, jak zwykle spóźniona, do Big Book Cafe. Widzę uśmiechnięte twarze miłośników literatury, wśród nich same piękne kobiety, a nie, przepraszam, jest też jeden rodzynek. Tak zaczyna się dla mnie pięć najprzyjemniejszych godzin początku weekendu – Literacka Stolica. 



Organizatorki, Ola (Parapet Literacki), Maja (Zaczytana do samego rana) i Klaudia (Z książką do łóżka), nieprzypadkowo wybrały na miejsce spotkania gościnne wnętrze kawiarni Big Book Cafe. Roi się tu naturalnie od książek, które możecie oglądać i pochłaniać na miejscu, w asyście smacznego cappuccino lub kupić i czytać w domowym zaciszu. Na ścianie prezentuje się piękny kolaż wielkich osobistości świata literatury, oczywiście z polskimi akcentami, a w miejscu, do którego król udawał się piechotą znajduje się kolejna atrakcja tej uroczej knajpki – gadający kibelek. 

foto: Piękne organizatorki spotkania oraz mistrz pierwszego planu - Rafał.
foto: Jedna ze ścian w Big Book Cafe.

foto: Jak zwykle zaczęłam od jedzenia :D

foto: Regały z książkami do poczytania na miejscu.


Dziewczyny zadbały o szczegóły spotkania, od samej idei, poprzez realizację, aż do obietnicy stworzenia cyklicznej imprezy. Odbyły się trzy ciekawe prelekcje. Pierwszą, dotyczącą budowania własnej marki wygłosił Rafał Hetman z bloga CzytamRecenzuje.pl, kolejna, przedstawiająca meandry kanału YouTube, została przygotowana przez Justynę Suchecką i Natalię Szostak, czyli dreamteam Krótka Przerwa. Ostatni mini wykład traktował o Instagramie, a poprowadziły go Diana Chmiel (Bardziej lubię książki niż ludzi) i Paula Sieczko (Rude recenzuje). 

foto: Ja też się załapałam na zdjęcie, tu z 1/2 Krótkiej Przerwy, Justyną Suchecką <3, zdjęcie dzięki Blair czyta.


Prelekcje były ciekawe, pojawiały się liczne pytania słuchaczy, niestety czas płynął nieubłaganie. Zabrakło go na lepsze wzajemne poznanie się, choć zapewne będziemy mieć jeszcze niejedną okazję zobaczyć się na żywo. Ostatnim punktem programu były oczywiście KSIĄŻKI, czyli prezenty, które dla uczestników spotkania przygotowały Wydawnictwa i nie tylko:

foto: Partnerzy Literackiej Stolicy

W spotkaniu, oprócz wymienionych wyżej organizatorek i prelegentów, brały udział następujące osoby:

Biblioteczka ciekawych książek - Daria
biblioteczkaciekawychksiazek.blogspot.com 
Kulturalny Karmnik - Patrycja
kulturalnykarmnik.pl  
Blair Czyta - Ewelina
www.blairczyta.pl 
Smooky subiektywnie - Magda
www.smooky.pl
Literackie skarby świata całego - Ania
www.literackie-skarby.blogspot.com 
Książkowe wyliczanki - Magdalena
www.ksiazkowewyliczanki.pl  
Książki widziane oczami Patiopei - Patrycja
www.ksiazki-patiopei.blogspot.com
Reading my love - Paulina
www.paulinakaleta.com 
Booklove - Marta
www.booklove.pl  
Księgarka na regale - Elwira
www.ksiegarka.pl 
Pełnia - Małgosia
www.pelnia.eu
Dwie strony kultury - Magda
www.dwiestronykultury.pl 
Kasia i Książki - Kasia
www.Kasiaiksiazki.blogspot.com 
Books and Cats Lover - Monika
www.booksandcatslover.blogspot.com 
The Carolina's Book - Karolina
www.thecarolinasbook.net
Poczytne - Kasia
www.poczytne.blogspot.com
Cztelniczy - Gosia
www.czytelniczy.blogspot.com 
martaspyrczak.pl - Marta
www.martaspyrczak.pl


Do zobaczenia za rok!
#literackastolica2017



foto: A to książki z mojej paczki :)

czwartek, 16 listopada 2017

„Był sobie chłopczyk” Ewa Winnicka

"— Czegoż bym nie oddała, aby ocalić dziecko — rzekła biedna kobieta. — Wypłaczę oczy moje, byleś mnie zaniosło do strasznego ogrodu śmierci." 
"Matka" Hans Christian Andersen 

foto: Wydawnictwo Czarne


Ewa Winnicka, dziennikarka, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, jest autorką znakomitych książek: „Londyńczycy”, „Angole”, „Milionerka. Zagadka Barbary Piaseckiej Johnson” oraz „Nowy Jork zbuntowany”. Czytelnicy mogli również zapoznać się z tekstami autorki sięgając po „Politykę”, „Tygodnik Powszechny” czy „Duży Format”. Reporterka została dwukrotnie uhonorowana nagrodą Grand Press za teksty o tematyce społecznej, jest również laureatką Okularów Równości, a w 2015 roku otrzymała Nagrodę Literacką Gryfia. Dodatkowo warto nadmienić, że to właśnie Ewa Winnicka „odkryła” dla literatury faktu mieszkającą na co dzień w Belfaście Aleksandrę Łojek, autorkę książki „Belfast. 99 ścian pokoju”. 

„Był sobie chłopczyk” to reportaż opowiadający historię małego Szymona z Będzina, zamordowanego przez rodziców i porzuconego w cieszyńskim stawie. Ewa Winnicka krok po kroku rekonstruuje wydarzenia, które doprowadziły do tragedii. Odpowiedź na pytanie czy można było uratować chłopca dziennikarka pozostawia czytelnikom. 

Chociaż wina rodziców nie budzi żadnych wątpliwości i nie ma tu miejsca na okoliczności łagodzące, to warto się zastanowić nad rolą instytucji państwowych w prezentowanej sprawie. W pierwszych latach życia dzieci, zwłaszcza uczęszczające do żłobków i przedszkoli, dosyć często chorują (do 10 infekcji rocznie) tymczasem Szymek był prawdziwym okazem zdrowia, nikt nie zastanawiał się nad tym, że od dłuższego czasu nie odwiedził lekarza. Zbliżały się terminy obowiązkowych szczepień, pisma dotyczące chłopca krążyły między przychodnią a MOPS-em, pracownicy mieli jednak inne, priorytetowe sprawy do rozwiązania. Jedynie policjanci, którzy usiłowali ustalić tożsamość chłopca porzuconego w stawie, stanęli na wysokości zadania i wytrwale, mimo ograniczonych środków finansowych, dążyli do odkrycia prawdy. 

Reportaż Ewy Winnickiej podzielony jest na trzy części. W pierwszej z nich autorka opisuje śledztwo prowadzone przez policjantów po odkryciu zwłok dziecka. Sprawa otrzymuje kryptonim „Jasiu”, zaangażowani są w nią początkowo policjanci z Komendy Powiatowej Policji w Cieszynie, następnie dołączają śledczy z kilku województw, aż wreszcie do poszukiwań rodziców chłopca włącza się Komenda Główna Policji. W miarę upływu czasu uwaga mediów i funkcjonariuszy skupiona na historii bezimiennego chłopca słabnie. 10 kwietnia 2010 roku dochodzi do katastrofy smoleńskiej, niewyobrażalnej tragedii, 24 stycznia 2014 roku w Sosnowcu zostaje porwana mała Madzia (później okaże się, że to matka, Katarzyna W. zamordowała dziewczynkę). Jednak policjanci z Komedy Powiatowej nie potrafią zostawić sprawy malca, cały czas szukają poszlak, nowych tropów, weryfikują informacje napływające do nich od potencjalnych świadków. Najbardziej bolesne jest to, że nikt nie zgłosił zaginięcia małego chłopczyka. 

Druga część książki poświęcona jest opisowi krótkiego życia Szymona, reporterka przedstawia także sylwetki rodziców chłopca. Może jakiś wpływ na zachowanie małżonków, agresję, miało trudne dzieciństwo? Dlaczego nie szukali pomocy w odpowiednich instytucjach? Dlaczego MOPS wiedząc o sytuacji matki Szymona (oprócz niego miała siedmioro dzieci, pięcioro z poprzedniego związku, choć warto w tym miejscu dodać, że ojciec chłopca również posiadał dzieci z innych związków) nie przyjrzał się baczniej tej rodzinie? Wygodniej było zapewne wypłacać pieniądze i nie szukać na siłę problemów. 

W trzeciej części Ewa Winnicka opisuje między innymi pewien zagadkowy telefon wykonany do MOPS-u przez sąsiadkę rodziców Szymona, która utrzymuje, że już bardzo długo nie widziała małego chłopca i jest pewna, że nie mieszka on z nimi. Ta krótka rozmowa jest punktem zwrotnym, od tego momentu pętla wokół rodziców dziecka się zaciska. Opisy zeznań matki i ojca Szymona, wzajemnie obarczających się odpowiedzialnością za śmierć syna są bardzo frustrujące. Zdumiewające, szokujące jest wręcz, opowiadanie, kto komu kiedy przyniósł jedzenie, wywlekanie jakichś trywialnych spraw. Ludzie, którzy zabili własne dziecko, kłócą się o tak nieprawdopodobne rzeczy, że od razu nasuwa się pytanie czy w ogóle powinni byli zostawać rodzicami? 

Podczas lektury reportażu „Był sobie chłopczyk” wielokrotnie zdarzyło mi się ocierać łzy, narastała też we mnie złość i frustracja. Tyle uwagi i zaangażowania poświęcamy ratowaniu życia poczętego, niektórzy prominentni politycy słyszą nawet krzyki zarodków, a jakoś nie starcza nam energii na ochronę już urodzonych, żywych dzieci. I to ochronę przed osobami, które paradoksalnie powinny roztoczyć nad nimi najczulszą opiekę. Książka Ewy Winnickiej jest doskonale napisana, jednak ze względu na tematykę czyta się ją ciężko, nie sposób uniknąć emocjonalnego szoku (zwłaszcza, jeśli mamy dzieci w podobnym wieku). Chociaż w zasadzie powinni przeczytać ją wszyscy, to ja polecam ją czytelnikom o mocnych nerwach. Znakomitym uzupełnieniem całości są fotografie Magdaleny Wdowicz-Wierzbowskiej.

„Był sobie chłopczyk” Ewa Winnicka 
data wydania: 11 października 2017 
ISBN: 9788380495814 
liczba stron: 208

sobota, 28 października 2017

„Śpiąca królewna z Tysiąca i jednej nocy” Tahar Ben Jelloun

„W tamtych czasach wszechwładnie rządzili odziani w czarne szaty, uzbrojeni w miecze i strzelby brodacze; prześladowali mężczyzn, którzy nie chodzili regularnie do meczetu, kamieniowali kobiety, które ośmielały się ich prowokować swobodnymi strojami. Zabraniali dziewczynkom chodzić do szkoły i sprawowali ścisłą kontrolę nad edukacją chłopców, którzy mogli otrzymywać wyłącznie wykształcenie religijne. Brodacze stanowili sektę; nazywano ich Świętoszkami, ponieważ twierdzili, że działają w imię religii, lecz zajmowali się przede wszystkim handlem narkotykami.” 
„Dziewczynka w czerwonej burce” Tahar Ben Jelloun 


foto: Oficyna Naukowa


„Śpiąca królewna z Tysiąca i jednej nocy” to świeże i zaskakujące spojrzenie na znane czytelnikom baśnie Charles’a Perraulta. Tahar Ben Jelloun nie tylko wzbogacił opowieści francuskiego arystokraty o pierwiastek orientalny, zadbał również o uwspółcześnienie wielu historii, niektóre z nich zyskały dzięki temu wymiar polityczny. 

W wielu baśniach, umieszczonych w omawianym zbiorze, autor zachowuje strukturę, ale odchodzi od znanego nam tekstu. Tak jest chociażby w przywoływanej przeze mnie w cytacie wstępnym „Dziewczynce w czerwonej burce”, gdzie antagonistą głównej bohaterki nie jest wilk, lecz człowiek, członek sekty „Świętoszków”. Co więcej bajka ta ma zupełnie inne zakończenie, Tahar Ben Jelloun wyposaża młodą kobietę w odwagę, waleczność, zdecydowanie i spryt, cechy w kulturze arabskiej tradycyjnie przypisywane mężczyznom. To pozwala jej wyjść zwycięsko z potyczki z niebezpiecznym brodaczem. 

W „Sinobrodym” autor również ukazuje zniekształcony obraz islamu, tym razem za sprawą sekty „sinych ludzi z gór”. Bractwo to czyniło kobiety odpowiedzialnymi za całe zło szerzące się na świecie, w związku z tym zwalczało i likwidowało płeć piękną. Sinobrodzi porywali z wioski kobiety, następnie w swojej siedzibie, na pobliskiej górze, gwałcili je i strącali w przepaść. 

Postać wróżki w „Kopciuszku” wzorowana jest na marokańskiej księżniczce, która walczyła o prawa kobiet - Lalli Ajszy, żyjącej w latach 1931 - 2011. W bajce tej możemy także odnaleźć elementy bardzo postępowego kodeksu prawa rodzinnego, obowiązującego w Maroku. Ten zbiór praw zwany Mudawaną, jak na kraj muzułmański jest bardzo liberalny. Zgodnie z nim kobieta doświadczająca przemocy ze strony męża może wnieść przeciw niemu oskarżenie, co więcej kobieta i mężczyzna mają równe prawa do majątku, i opieki nad dziećmi w przypadku rozwodu (kobieta, podobnie jak mężczyzna może wystąpić o unieważnienie małżeństwa), zniesiono również obowiązek posłuszeństwa żony względem męża. Ponadto na przysposobienie sobie kolejnej żony przez mężczyznę musi, poza sędzią, wyrazić zgodę pierwsza małżonka. Prawo do dziedziczenia po ojcu mają zarówno chłopcy, jak i dziewczynki. Mężczyzna ponosi również odpowiedzialność za dzieci niebędące owocem związku małżeńskiego. 

Cały zbiór „Śpiąca królewna z Tysiąca i jednej nocy” składa się z dziesięciu baśni i opatrzony jest przedmową napisaną przez autora, w której wyjaśnia on genezę powstania tej książki (a raczej projektu, bo jest to dzieło w dużej mierze odtwórcze). Wszystkie opowieści łączy jedno: wszędzie i w każdych okolicznościach trzeba zachować trzeźwy osąd i czujność. Od zarania dziejów człowiek odnosił się do bliźniego nie tyle jak drapieżne zwierzę, ile po prostu, wierny samemu sobie, jak „człowiek do człowieka”, siejąc jeszcze straszniejsze spustoszenia. Polecam. 

„Śpiąca królewna z Tysiąca i jednej nocy” Tahar Ben Jelloun 
tytuł oryginału: Mes contes de Perrault 
tłumaczenie: Katarzyna Marczewska 
data wydania: maj 2017 
ISBN: 9788364363795 
liczba stron: 184

czwartek, 26 października 2017

„O mojej matce” Tahar Ben Jelloun

„Jesteśmy wszyscy wokół niej, a ona nas nie widzi. Jeden z moich braci się denerwuje. Po co? Trzeba zrezygnować z poszukiwania logiki w tym wszystkim i być tu, nawet, jeśli ona nie zdaje sobie sprawy z tego, że jesteśmy przy niej.” 
„O mojej matce” Tahar Ben Jelloun 

foto: Wydawnictwo Akademickie DIALOG


Tahar Ben Jelloun to urodzony w Fezie marokański pisarz, tworzący w języku francuskim. Jest autorem wielu powieści („Dziecko piasku”, „Święta noc”, „To oślepiające, nieobecne światło”), a także laureatem licznych nagród, m.in. Impac oraz Nagrody Goncourtów. W 2015 roku ukazała się książka „Co to jest islam?”, w której pisarz w przystępny sposób wyjaśnia pojęcia związane z islamem. 

„O mojej matce” to powieść wyjątkowa, Tahar Ben Jelloun dzieli się w niej z czytelnikami intymnymi szczegółami dotyczącymi swojego dzieciństwa oraz opowiada o ostatnich chwilach życia swojej matki. Lalla Fatma zachorowała na Alzheimera, pierwsze objawy choroby pojawiły się po pięćdziesiątym roku życia. Pod koniec życia nie poznawała już swoich bliskich, była zdana na pomoc kapryśnych służących, coraz rzadziej zdarzały jej się przebłyski świadomości. Wydawało jej się, że w magiczny sposób cofnął się czas i nagle znalazła się w Fezie, w latach 30. i 40. XX wieku. Tahar Ben Jelloun czuwał przy niej, wspierał finansowo, słuchał z zaciekawieniem historii opowiadanych przez matkę. Przez siedem lat porządkował wspomnienia, w końcu zdecydował się na napisanie tej powieści, będącej hołdem złożonym wyjątkowej kobiecie, wyrazem głębokiej miłości synowskiej. 

Pisarz pięknym, lirycznym językiem opowiada o niełatwym życiu matki. Lalla Fatma wcześnie, bo w wieku zaledwie szesnastu lat, została wdową. Pierwszą córkę urodziła już po śmierci męża i oddała na wychowanie swojej matce, kolejny raz wyszła za mąż i jako druga żona dużo starszego od siebie mężczyzny długo nie cieszyła się małżeństwem. Dopiero trzeci mąż, ojciec autora, towarzyszył kobiecie w najlepszych latach jej młodości. Lalla Fatma nie umiała czytać, ani pisać, jednak miała dar zjednywania sobie ludzi, nigdy nie narzekała na swój los, nikomu nie zazdrościła, unikała plotek, nie wyrażała się źle o innych. Wspaniale gotowała, organizowała przyjęcia, dbała o każdy szczegół by zadowolić najbardziej wymagających gości. Choć rodzina pisarza prowadziła skromne życie, jego mama zawsze pozostawała elegancka i zadbana. 

„O mojej matce” to nie tylko opowieść o Lalli Fatmie, to także historia marokańskich zwyczajów towarzyszących zaślubinom, narodzinom dzieci i pogrzebom. Matka pisarza była głęboko wierzącą muzułmanką, zawsze pogodzoną ze swoim losem. Nie obawiała się śmierci, jedyne, co ją dręczyło, to perspektywa stania się ciężarem dla dzieci, bycia zależną od pomocy innych. Tahar Ben Jelloun ujął to następująco: Uciekanie w nasiąknięte wilgocią zakamarki minionego czasu musi ją uspokajać, może nawet pomaga oderwać się myślami od sytuacji, jakiej bała się całe życie. Bycia zdaną na innych. Lalla Fatma odeszła spokojnie, otoczona kochającymi ją dziećmi i wnukami. 

Zachęcam do sięgnięcia po tę wzruszającą lekturę. Jeśli jeszcze macie babcię lub dziadka może warto, właśnie teraz, udać się do nich z wizytą, wypić herbatę, posłuchać opowieści o dawnych czasach. To nic, że kolejny raz usłyszycie to samo, pamiętajcie, że nas wszystkich spotka kiedyś ten los, starość, a potem niebyt. 

„O mojej matce” Tahar Ben Jelloun 
tłumaczenie: Jolanta Kozłowska 
tytuł oryginału: Sur ma mère 
data wydania: 2010 
ISBN: 978-83-61203-47-6 
liczba stron: 184

wtorek, 3 października 2017

„Zapiski z Rakki. Ucieczka z Państwa Islamskiego” Samir

„Syria przestała istnieć. I to nie tylko dlatego, że przez [ponad] pięć lat wojny została zrównana z ziemią, ale także dlatego, że w dużym stopniu zanika tożsamość narodowa Syryjczyków […]. Odgórnie tworzone tożsamości narodowe o historii liczącej średnio trzy generacje pozostają dość płynne, a Syria nie jest wyjątkiem. Syryjska tożsamość narodowa coraz silniej zastępowana jest inną, głównie tą bazującą na odniesieniach do islamu, w wydaniu sekciarskim. […] Tożsamość sunnicka, szyicka, alawicka czy druzyjska wypierają stopniowo poczucie syryjskiej wspólnoty narodowej. Zarysowują się nowe linie podziału, a granice na mapie pomału przestają odpowiadać jakimkolwiek tożsamościom.” 
„Syryjska wojna domowa. Damasceńska Wielka Gra” Piotr Balcerowicz 
Wstęp do książki „Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii” Samar Yazbek, wyd. Karakter. 

foto: Wydawnictwo Insignis


Samir to pseudonim młodego mężczyzny, któremu udało się uciec z Rakki. Wcześniej, wraz z aktywistami z grupy Asz – Szarkija 24, starał się przekazywać aktualne informacje dotyczące sytuacji w mieście zachodnim dziennikarzom, za pomocą zaszyfrowanych smsów. Spisania relacji Samira podjął się brytyjski dziennikarz, korespondent zagraniczny BBC - Mike Thomson. 

„Zapiski z Rakki” to relacja naocznego świadka z oblężonego przez Daisz miasta. Samir nie ogranicza się jednak jedynie do opisywania okrucieństw Państwa Islamskiego, w swojej opowieści poświęca też wiele miejsca reżimowi Al-Asada i jego zbrodniom. Mówi między innymi o aresztowaniu i torturowaniu ojca, represjach, jakie dotknęły jego rodzinę w związku z fałszywymi oskarżeniami pracodawcy ojca Samira. Zarówno pod rządami dynastii Asadów, jak i Daisz, karą za kontakty z zagranicznymi mediami dla mieszkańców miasta jest śmierć. Samir wiele zatem ryzykował, by opowiedzieć, jak wyglądało zajęcie Rakki, jak radzą sobie jej mieszkańcy z terrorem najeźdźców oraz jak wygląda codzienność w oblężonym mieście. Co więcej, nie poddał się nawet wtedy, gdy część jego przyjaciół została przez kontakty z dziennikarzami skazana na ścięcie, choć oczywiście przeżywał chwile zwątpienia. W Rakce brakuje żywności, podczas nalotów mających spowodować wycofanie się Państwa Islamskiego z miasta giną nie tylko bojownicy Daisz, ale również cywile, w tym dzieci. Samir opowiada również o tym, jak nowe władze zaczęły stosować prawo szariatu. Karzą za nieodpowiedni ubiór, używanie wulgaryzmów, podejrzenie cudzołóstwa oraz naturalnie za opór stawiany nowemu porządkowi. 

Nie wiem czy to świadomy zabieg wydawcy, ale bardzo podoba mi się szata graficzna książki. Piękne, kolorowe ilustracje rozładowują nieco przerażenie, jakie wzbudza w czytelniku skala opisywanych okrucieństw. Myślę, że gdybyśmy dostali jedynie suchą relację, czarno na białym, nie mielibyśmy chwili na refleksje, zatrzymanie się, złapanie dystansu. Barwne szkice odwracają uwagę, uzupełniają całość, pozwalają na chwilę przenieść wzrok. To potęguje przekaz Samira. 

Kiedy dostałam od wydawnictwa Insignis propozycję recenzji „Zapisków z Rakki” pomyślałam, oto kolejna ckliwa opowieść o okrucieństwach Państwa Islamskiego. Ileż można czytać i wydawać to samo? Nie byłam zainteresowana tą książką. Później zaczęły pojawiać się entuzjastyczne recenzje na czytywanych przeze mnie blogach książkowych. Z ciekawości zakupiłam egzemplarz i teraz muszę wszystkie swoje negatywne skojarzenia odwołać. To wartościowa książka, relacja napisana prostym językiem, docierająca bezpośrednio do serca. Lektura, która sprawia, że to, co dzieje się w Syrii przestaje być tak odległe i niezrozumiałe dla nas, bezpiecznych Europejczyków. Polecam. 

foto: archiwum własne


„Zapiski z Rakki. Ucieczka z Państwa Islamskiego” Samir 
tłumaczenie z języka angielskiego: Michał Romanek 
tytuł angielskiego przekładu: The Raqqa Diaries: Escape from Islamic State 
data wydania: 13 września 2017 
ISBN: 9788365743350 
liczba stron: 108

piątek, 29 września 2017

„Nocne czuwanie” Sarah Moss

„Najsłodsza mama - jedyna osoba na świecie, która kocha tak, jak nikt nigdy nie pokocha.” 
„Smażone zielone pomidory” Fannie Flagg 


foto: Czwarta Strona


Sarah Moss jest pisarką, podróżniczką i nauczycielką akademicką. Opublikowała pięć powieści The Tidal Zone, Signs for Lost Children, Bodies of Light, Night Waking (omawiane „Nocne czuwanie”) and Cold Earth oraz reportaż Names for the Sea: Strangers in Iceland, w którym opowiada o swoim pobycie w Reykjaviku w latach 2009-2010. Moss jest ponadto autorką książek dotyczących brytyjskiej literatury epoki romantyzmu. 

„Nocne czuwanie” mocno koresponduje z moją poprzednią lekturą, czyli „Żałując macierzyństwa”. Jednak z pewnością sposób przedstawiania problemów około macierzyńskich przez Sarę Moss zdecydowanie bardziej przypadnie czytelnikom do gustu niż naukowe podejście do tematu, prezentowane przez Ornę Donath. 

Bohaterką powieści jest historyczka Anna, która na czas opiekowania się dziećmi zawiesiła naukową karierę na uczelni (nie zrezygnowała jednak całkowicie z pracy i stara się napisać książkę) i wraz z mężem przeprowadziła się na odludną wysepkę Colsay, odziedziczoną przez mężczyznę w spadku. Anna obarczona obowiązkami domowymi i opieką nad dziećmi przestaje sobie radzić z poskramianiem codziennej rzeczywistości, a kumulowana miesiącami złość zaczyna znajdować upust w najmniej odpowiednich momentach. Niefrasobliwy Giles, mąż kobiety, zdaje się nie zauważać problemów żony. Jest całkowicie pochłonięty swoimi zawodowymi obowiązkami – obserwacją zagrożonego wyginięciem gatunku ptaków, maskonurów, zamieszkujących skaliste wybrzeża wysepki. Małżonkowie w międzyczasie przygotowują na wyspie domek, w którym zamierzają przyjmować letników. 

Anna chwyta się całkiem słusznego sposobu walki z ponurą rzeczywistością, każdej opisywanej przez nią sytuacji towarzyszy nieco wisielcze poczucie humoru. Jest to niewątpliwie jeden z atutów książki, ironiczne, inteligentne żarty rozładowują atmosferę i na chwilę pozwalają bohaterce zapomnieć o sytuacji, w której się znalazła. Daleko od domu, od przyjaciół, w starym domostwie, gdzie często brakuje ogrzewania i oświetlenia, a o zmywarce można tylko pomarzyć, pozostawiona sam na sam z dziećmi Anna, usiłuje wyszarpać chwilę z napiętego planu dnia na pisanie książki (deadline już prawie minął). 

Sytuacja komplikuje się, gdy podczas sadzenia drzew, odkryte zostają kości małego dziecka. Instynkt historyka podpowiada Annie, że za tym znaleziskiem kryje się mroczna opowieść, w której rodzina Gilesa odegrała znaczącą rolę. Nie będę opowiadać czytelnikowi, do czego doprowadzi kobietę prywatne śledztwo, nie napiszę również jak potoczą się dalsze losy małżeństwa, nie powiem także jak będą zachowywać się pierwsi letnicy, którzy dotrą na Colsay. Zachęcam do sięgnięcia po książkę, tam wnikliwy czytelnik znajdzie wszystkie odpowiedzi. 

Codzienne zmagania Anny z rzeczywistością przeplatane są listami („Nocne czuwanie” to także częściowo powieść epistolarna) May, pielęgniarki wysłanej na Colsay przez właścicieli wyspy, w XIX wieku, celem odkrycia, co lub kto kryje się za nieprawdopodobnie wysoką śmiertelnością tamtejszych noworodków. Jest to niewątpliwie jeden z najciekawszych wątków w książce. 

„Nocne czuwanie” to powieść przede wszystkim o swoistej kobiecej dychotomii. Jak pogodzić bycie matką z jednoczesnym rozwojem kariery i dążeniem do spełnienia zawodowego? Nie sądzę, by udało się tego dokonać bez pomocy, zaangażowania, ze strony partnera i rodziny. Książka Sary Moss to również smutna opowieść o małżeństwie, które zboczyło ze wspólnej drogi, czy bohaterom uda się wkroczyć na ścieżkę kompromisu, zbudować dla siebie nową wspólną przestrzeń? Polecam tę lekturę. 

Nie byłabym sobą, gdybym nie wytknęła jednego „ale”. Mam nadzieję, że zarówno tłumaczka - Paulina, jak i Monika - redaktorka mi wybaczą, bo sprawa nie dotyczy ich wyśmienitej pracy, tylko korekty. Lata temu, żeby nie marnować zbytnio czasu, którego i tak mam niewiele, ustanowiłam taką niepisaną zasadę, że jeśli zauważę w książce więcej niż pięć błędów nie czytam dalej. W tym wypadku musiałabym skończyć lekturę już w połowie. Pod koniec czytania naliczyłam już szesnaście błędów, a czytałam „Nocne czuwanie” późną porą, na wakacjach, po kieliszku bądź dwóch wina, więc moja percepcja była ograniczona. Ja rozumiem, że błędy w wydanych książkach zdarzają się wszędzie (za wyjątkiem jednego wydawnictwa), ale taka ich ilość trochę zaburza odbiór, skądinąd ciekawej lektury. 

„Nocne czuwanie” Sarah Moss 
tłumaczenie: Paulina Surniak 
tytuł oryginału: Night Waking 
data wydania: 14 czerwca 2017 
ISBN: 9788379766765 
liczba stron: 488

piątek, 22 września 2017

„Żałując macierzyństwa” Orna Donath

„Kiedy mówimy o równości i równouprawnieniu często pada argument o możliwości realizacji kobiet w sferze zawodowej czy naukowej. W opozycji do równouprawnienia przedstawiane są kobiety, które wybrały tzw. tradycyjny model i poświęciły się pracy opiekuńczej. Nic nie irytuje mnie bardziej niż określanie wykonywanej przez nie pracy jako ‘siedzenia w domu’.” 
Małgorzata Maciaszek, Codziennik Feministyczny 

foto: Wydawnictwo Kobiece

Orna Donath jest socjolożką i antropolożką, pracuje w Beer Szewie, na prestiżowym Uniwersytecie Ben-Guriona. Jej zainteresowania dotyczą głównie macierzyństwa, społecznych oczekiwań kobiet. Sama świadomie zrezygnowała z posiadania dzieci, a w 2011 roku wywołała medialną burzę publikując artykuł naukowy opowiadający o izraelskich kobietach rezygnujących z macierzyństwa. Tekst ten zapoczątkował dyskusję w mediach, niezwykle potrzebną, jak się okazało. Dziś, kiedy i w naszym kraju prowadzi się debaty na temat praw reprodukcyjnych kobiet (a robią to głównie mężczyźni), warto przyjrzeć się bliżej tej prowokującej publikacji. 

W krajach, gdzie kwitnie patriarchat, popierany zarówno przez władze, jak i główne ośrodki kultu religijnego o wartości kobiety decyduje posiadanie potomstwa. Brak dzieci w określonym wieku naraża kobietę w najlepszym wypadku na współczucie, uśmiech politowania, ewentualnie ostracyzm, nikogo nie zastanawia zaś, co kryje się za ową decyzją o pozostaniu „niczyją mamą”. Nie zawsze są to bowiem względy zdrowotne, kobiety próbują coraz odważniej mówić, że po prostu nie czują się gotowe na posiadanie dzieci i mają inne plany. Co więcej, jest to decyzja, do której mają święte, niezbywalne prawo. Podobnie jak do odczuwania żalu, już po urodzeniu potomstwa. 

Niezależnie od motywacji, która towarzyszy urodzeniu dziecka wszystkie rozmówczynie Orny Donath odczuwają żal i silne poczucie winy odnośnie do swojej decyzji o zostaniu matką. Część z nich upatrywała w macierzyństwie sposobu na ratowanie małżeństwa, inne po prostu nie chciały odbiegać od „normy”. Wszechobecny kult matki i przedstawianie wychowywania dzieci jako bezstresowej przygody, nienastręczającej żadnych trudności, także mogą stanowić przyczynę decyzji o posiadaniu potomstwa, podobnie jak nieustające pytania o dzieci ze strony rodziny. Potem zaś następuje zderzenie z rzeczywistością. I nie kwestionuję tego, że wiele kobiet jest stworzonych do tego, by zostać matkami. Potrafią odnaleźć się znakomicie w nowej roli, już po porodzie. Są jednak takie, które począwszy od porodu, a potem już po powrocie do domu odczuwają mieszaninę bólu, lęku, rozpaczy i żalu oraz tęsknoty za dawnym życiem. Tyle, że nie mogą o tym mówić głośno, bo to temat tabu, nie wypada nie cieszyć się z zostania matką. 

Z tym tematem tabu rozprawia się autorka i grupa odważnych kobiet, które zdecydowały się mówić otwarcie o swoich odczuciach. Orna Donath w swojej książce opisuje macierzyństwo z perspektywy społecznych oczekiwań względem kobiet, mówi o wymaganiach, które są im stawiane, nagonce na matki, o tym, że często pozostają one same ze swoimi obowiązkami i uczuciami, a rola mężczyzny kończy się na spłodzeniu potomka i utrzymywaniu rodziny. Nie pomaga także fakt, że kobiety, które decydują się na pozostanie z dziećmi w domu uważane są z jakichś, niezrozumiałych dla mnie powodów, za gorsze. Pomijając sformułowania o „siedzeniu w domu” czy „nieustających wakacjach” dochodzą jeszcze głosy samych kobiet – „ja to pracowałam i wychowywałam n (wstaw odpowiednią liczbę) dzieci i dom ogarniałam, a teraz to te młode matki leniwe takie etc.”. Otóż nie, jeśli kobieta pracuje zawodowo na pełen etat to wychowywaniem jej dzieci zajmuje się niania, bądź instytucja do tego powołana – żłobek lub przedszkole albo inny członek rodziny – babcia, ciocia  (zauważcie, że prawie zawsze nie jest to mężczyzna). Ja z kolei uważam, że jeśli tylko istnieje taka możliwość matka powinna być obecna przy dziecku w pierwszych, kluczowych dla jego rozwoju, latach życia. Oczywiście jest to mój świadomy wybór i nie krytykuję tych kobiet, które miesiąc po porodzie wracają do pracy. To jest wyłącznie ich decyzja. Podobnie daleka jestem od osądzania matek, które otwarcie przyznają, że mają dość i że chociaż bardzo kochają swoje dzieci, potrzebują chwili wytchnienia, czasu tylko dla siebie, a przed oczami często majaczą im wizje szczęśliwych czasów sprzed macierzyństwa. Rozmówczynie Donath idą jeszcze dalej, otwarcie przyznają, że lepiej by im się żyło bez dzieci, a jednocześnie kochają je i biorą odpowiedzialność za ich wychowanie i kształcenie. 

Książka Orny Donath ma postać rozprawy naukowej poprzetykanej wypowiedziami poszczególnych rozmówczyń autorki. I chociaż celem socjolożki jest pokazanie, że żal, który towarzyszy często macierzyństwu jest zrozumiały, trzeba o nim mówić, oswoić go, to przekaz ten rozmywa się poprzez liczne powtórzenia, osobiste dygresje autorki i pseudonaukowy język. Niemniej jednak to ważny głos w dyskusji na temat macierzyństwa i warto zapoznać się z tą lekturą. 

PS Diana z bloga Bardziej lubię książki niż ludzi wyjęła mi z ust pewne sformułowanie. Kiedy stajesz się matką, przestajesz być kobietą i zaczynasz być postrzegana przez pryzmat macierzyństwa, a tak nie powinno być. „Matka jest przedstawiana jako naturalnie poświęcająca samą siebie, nieprzerwanie spełniająca potrzeby, bezgranicznie cierpliwa i oddana trosce o innych w sposób, który niemalże żąda od niej, by zapomniała, że ma swoją własną osobowość i potrzeby.”


„Żałując macierzyństwa” Orna Donath
tłumaczenie: Elżbieta Filipow
tytuł oryginału: Regretting Motherhood
data wydania: 20 lipca 2017
ISBN: 9788365506825
liczba stron: 312

czwartek, 31 sierpnia 2017

„Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy” Paweł Reszka

„Praca nasza to jest walka ze śmiercią. Co może się porównać z pracą lekarza? Czy praca na roli, czy w fabryce, czy "zajęcie" urzędnika, kupca, rzemieślnika nawet żołnierza? Każda myśl tutaj, każdy krok, każdy czyn, musi być zwyciężaniem ślepych i strasznych sił natury.” 
„Ludzie bezdomni” Stefan Żeromski 

foto: Wydawnictwo Czerwone i Czarne


Paweł Reszka, wielokrotnie nagradzany dziennikarz, obecnie związany z redakcją Newsweeka postanowił zastosować metodę znaną z reportaży Güntera Wallraffa, wcielił się w sanitariusza i zatrudnił w szpitalu, aby obserwować od wewnątrz działanie systemu, który od wielu lat uważany jest niewydolny, bezduszny wręcz, stojący na straży publicznych pieniędzy a za nic mający zdrowie i życie pacjenta. 

„Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy” to wstrząsający reportaż dotyczący patologii systemu ochrony zdrowia w Polsce. Winne tej dramatycznej sytuacji są przede wszystkim kolejne ekipy rządzące, dla których problem służby zdrowia jest czysto teoretyczny, werbalny, dobrze się sprzedaje w postaci obietnic wyborczych. Rzeczywistość jest tymczasem przerażająca, brakuje miejsc w szpitalach, sprzętu, lekarzy, pielęgniarek, sanitariuszy, w systemie brak przede wszystkim pieniędzy, w tym funduszy na godziwe wynagrodzenia dla personelu medycznego. Lekarze pracują w kilku miejscach naraz, często po kilkadziesiąt godzin bez przerwy, zdarza się, że liczba przepracowanych w miesiącu godzin często przekracza trzysta. Gdzie w tym miejsce na odpoczynek, na rodzinę, na życie? 

Zmienił się również stosunek pacjentów do lekarzy. Cały czas pokutuje przekonanie, że zawód ten wiąże się z ogromnymi zarobkami, że wędrówka młodych medyków od jednego do drugiego miejsca pracy powodowana jest chciwością, chęcią szybkiego dorobienia się. To bzdura. Pacjenci są coraz bardziej roszczeniowi, wymagają wiele, gdyż są przekonani, że w publicznej służbie zdrowia wszystko im się należy, od ręki, bez oczekiwania (to echa systemu Siemaszki). Ponadto często źródłem informacji chorego bywa internet, teksty tam zamieszczone traktują jak prawdy objawione dopatrując się w lekarskiej diagnozie złej woli, czy wręcz oszustwa. Sami lekarze są przemęczeni, sfrustrowani, gburowaci, nie mają czasu tłumaczyć dokładnie pacjentom procedur i podjętego leczenia. Ma to miejsce zwłaszcza na szpitalnych oddziałach ratunkowych, gdzie liczy się czas. Często pacjenci nie rozumieją, że SORy to miejsca ratowania życia, że stan pacjenta determinuje kolejność udzielania pomocy. Tak więc chory, który przychodzi na zdjęcie szwów, gipsu lub wykonać podstawowe badania (w przychodni czas oczekiwania może być bardzo długi albo może natrafić na wyczerpane limity) musi liczyć się z wielogodzinnym oczekiwaniem. 

Kolejnym problemem są procedury i konieczność wykonywania działań administracyjnych przez lekarzy, tony dokumentacji, każda decyzja musi być potwierdzona zleceniem, wszystko musi się znaleźć w historii choroby pacjenta oraz w systemie elektronicznym. Z tego powodu i tak już ograniczony czas przeznaczony na badanie i diagnozowanie pacjenta staje się jeszcze szczuplejszy. Mało tego, w szpitalach często oddelegowuje się do tych czynności młodych, niedoświadczonych lekarzy, który przecież nie po to pojawili się na oddziale. Mieli się uczyć, a tymczasem toną w dokumentacji. Paweł Reszka pisze też o zatrważających brakach kadrowych, które doprowadziły do tego, że zdarzają się sytuacje, w których zaledwie jeden lekarz podczas dyżuru odpowiada za cały szpital. Procedury zlecane przez lekarzy pacjentom nie zawsze są wykonywane, również z powodu braków personelu. 

W sytuacji, gdy lekarz obarczony jest tyloma obowiązkami trudno się dziwić, że nie uśmiecha się od ucha do ucha i nie przemawia czułym głosem do pacjenta. Sytuacja jest patowa, bo chorzy też mają prawo do zmęczenia, frustracji, a przede wszystkim do świadczeń zdrowotnych na najwyższym poziomie wykonywanych przez przytomnego, wypoczętego lekarza, który nie martwi się, że wygeneruje zbyt wysokie koszty dla szpitala, tylko dba o leczenie zgodnie z najnowszą wiedzą i sztuką lekarską. Być może trzeba by było wprowadzić dodatkowe opłaty za podstawowe badania czy usługi lekarskie, niewielkie, ale na tyle odstraszające, że wszystkim tym, którzy przychodzą do przychodni w celach towarzyskich i na pogaduszki odechciałoby się takich wizyt. 

Powołanie powołaniem, służba służbą, ale lekarz jest takim samym człowiekiem jak my. Ma prawo do odpoczynku, do życia osobistego, może mieć gorszy dzień czy zły humor. W naszym interesie leży zapewnienie lekarzom takich warunków pracy, żeby nie musieli zasuwać po trzysta godzin w miesiącu. Moje doświadczenia ze służbą zdrowia są na szczęście w większości pozytywne, i to i jako pacjenta, i jako uczestnika systemu, także pełniącego zawód zaufania publicznego. Może oprócz pieniędzy przydałoby się trochę więcej empatii tak ze strony lekarzy, jak i ze strony pacjentów? Zachęcam do lektury reportażu „Mali bogowie”. Po tej książce z pewnością spojrzycie inaczej na nasz system opieki zdrowotnej. 

„Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy” Paweł Reszka 
data wydania: 11 kwietnia 2017 
ISBN: 9788377002827 
liczba stron: 294

środa, 23 sierpnia 2017

„Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie” Katarzyna Tubylewicz

"Jeśli wolność w ogóle coś oznacza, to jest nią prawo do mówienia ludziom tego, czego nie chcą słyszeć." 
George Orwell 


foto: Wielka Litera



Katarzyna Tubylewicz jest pisarką, publicystką, kulturoznawczynią i tłumaczką z języka szwedzkiego oraz nauczycielką jogi. Napisała „Własne miejsca”, „Rówieśniczki” i „Ostatnią powieść Marcela”, była również pomysłodawczynią i współautorką antologii „Szwecja czyta. Polska czyta”. W latach 2006-2012 kierowała Instytutem Polskim w Sztokholmie, prowadziła również zajęcia z zakresu kultury polskiej na Uniwersytecie Sztokholmskim. Jest autorką zachwycających tłumaczeń szwedzkiej prozy, między innymi książek, uwielbianej przeze mnie, Majgull Axelsson. 

Najnowsza książka Katarzyny Tubylewicz to zbiór rozmów autorki ze znanymi Szwedami, pisarką Elisabeth Åsbrink, biskup Evą Brunne czy reporterem Niklasem Orreniusem. Wśród bohaterów wywiadów znajdziemy również zwykłych ludzi, policjanta o afgańskich korzeniach, kuratorkę wystaw, która postanowiła zmienić zawód i zająć się organizacją pogrzebów, Polaków mieszkających na stałe w Szwecji. Choć tematyka rozmów autorki jest różnorodna na pierwszy plan wysuwają się problemy związane z wielokulturowością, globalizacją, upadkiem moralności będącym skutkiem zarówno postępującego islamskiego terroryzmu, jak i narastającego nacjonalizmu i obecnego w życiu politycznym populizmu. Szwecja, uznawana dotąd za państwo wzorcowe pod względem tolerancji dla odmienności, innych kultur, koloru skóry, obyczajów, związków jednopłciowych zaczęła dostrzegać problemy, które wiążą się ze sporym napływem imigrantów, niewyrażających woli asymilacji. Zamiast straszyć widmem przelewanej przez terrorystów islamskich krwi, gwałtów na autochtonach, łamania prawa przez przybyszów, Szwedzi coraz śmielej otwierają usta i próbują dialogu. To ważny przełom. 

Ludzkie opowieści, niezmiernie zresztą ciekawe, są tu najważniejsze. Rozmówcy Katarzyny Tubylewicz trafnie identyfikują zagrożenia mówiąc nie tylko o islamizmie, ale wskazując także na nacjonalistyczny ekstremizm prawicowy, jako zagrożenie dla demokracji liberalnej. Te dwie skrajne ideologie są zresztą, moim zdaniem, wzajemnie napędzającą się machiną. To właśnie promowany przez populistów, nie tylko w Polsce, strach przed uchodźcami utożsamianymi niesłusznie z terrorystami otworzył Puszkę Pandory, z której wylały się wszelkie negatywne emocje, w tym nienawiść. Przeraża fala hejtu rozlewająca się na internetowych forach, ale również przekuwanie w czyn gróźb pod adresem obcokrajowców. Spoglądam czasem na stronę Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, naprawdę jestem przerażona, że w ciągu zaledwie dwóch lat tak mocno wzrósł u moich współobywateli poziom agresji. Nie ma nic złego w promowaniu umiłowania Ojczyzny, w pokazywaniu historycznych osiągnięć, w byciu dumnym ze swojego państwa, jest natomiast haniebnym nawoływanie do nienawiści, atakowanie innych ludzi ze względu na kolor skóry, wyznawaną religię czy prywatne poglądy albo życie intymne. 

Bohaterowie rozmów Katarzyny Tubylewicz śmiało wskazują na błędy popełniane podczas integracji imigrantów, takie jak chociażby niestawianie wyraźnych wymagań względem nauki języka, dostosowywania się do obyczajów kraju, do którego się przybywa, zbyt długie przetrzymywanie przybyszy w ośrodkach dla uchodźców, gdzie ci siedzą bezczynnie, zamknięci w swoich pokojach. Duże znaczenie odgrywa tu też brak rozmów dotyczących różnic kulturowych i pewien rodzaj pobłażliwości dla imigrantów, wynikający prawdopodobnie z chęci niesienia pomocy, ale też z przeświadczenia, że mamy przed sobą ofiary konfliktu zbrojnego i musimy im dać więcej czasu na zrozumienie, na asymilację. To właśnie unikanie rozmów, publicznej debaty, zamiatanie problemów pod dywan, takich jak molestowanie kobiet w miejscach publicznych między innymi na basenach czy koncertach, spowodowały znużenie ludzi i zwrot w kierunku tych partii, które zaczęły prowadzić dialog na ten temat z wyborcami (niestety w dużej mierze siejąc strach i rozpowszechniając tylko część prawdy, a momentami wręcz zręcznie żonglując faktami przedstawiającymi uchodźców w jak najgorszym świetle). 

Zderzenie kultur zawsze powoduje problemy. Nie da się ich rozwiązać milcząc na ten temat, udając, że nic się nie dzieje, zasłaniając usta kulturowym relatywizmem. Kwestia przyznania azylu powinna być uzależniona od gotowości przyjęcia przez przybysza obyczajów i kultury kraju, w którym przebywa (w tym respektowania obowiązującego prawa). Podobnie chęci wejścia na rynek pracy danego państwa (zasiłek jest planem B, a nie opcją na ułożenie sobie wygodnego życia, kosztem innych). Części imigrantów to się znakomicie udaje, przykładem niech będzie jeden z rozmówców autorki „Moralistów”, Mustafa Panshiri. 

Katarzyna Tubylewicz pisze nie tylko o problemach związanych z polityką migracyjną, podejmuje również temat feminizmu i praw kobiet, tolerancji względem związków jednopłciowych, a także potrzeby oswajania się ze śmiercią. Długo czekałam na książkę, w której pojawią się te wszystkie wątki, opisane w sposób niezwykle wyważony i mądry, z przykładami rozwiązań, z zagrożeniami nazwanymi po imieniu, z wyzwaniami w obliczu których stoi obecnie Europa, bez histeryzowania i straszenia konsekwencjami udzielania pomocy potrzebującym. „Moraliści” to pozycja obowiązkowa dla każdego człowieka, któremu leży na sercu dobro wspólnej, zintegrowanej Europy i chęć ocalenia Wspólnoty, nad którą pracowaliśmy latami. 

„Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie” Katarzyna Tubylewicz 
data wydania: 10 maja 2017 
ISBN: 9788380321731 
liczba stron: 408

piątek, 11 sierpnia 2017

„Krwawa Luna” Patrycja Bukalska

„Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciwko władzy ludowej, niechaj będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie, w interesie klasy robotniczej, w interesie chłopstwa pracującego i inteligencji, w interesie walki o podnoszenie stopy życiowej ludności, w interesie dalszej demokratyzacji naszego życia, w interesie naszej Ojczyzny.” 
Józef Cyrankiewicz, w przemówieniu radiowym po wydarzeniach w Poznaniu w 1956 r. 


foto: Wielka Litera

Patrycja Bukalska jest dziennikarką Tygodnika Powszechnego i autorką książek historycznych „Rysiek z Kedywu. Niezwykłe losy Stanisława Aronsona” oraz „Sierpniowe dziewczęta ‘44”. Dziennikarka tym razem wzięła na siebie trud odtworzenia losów komunistycznej zbrodniarki, Julii Prajs-Brystygier (1902-1975), chciała bowiem sprawdzić ile prawdy kryje się w mrocznych epitetach określających szefową bezpieki oraz zweryfikować jej rzekome nawrócenie się na chrześcijaństwo.

Autorka zbierając materiały do książki korzystała z akt personalnych Brystygierowej znajdujących się w Instytucie Pamięci Narodowej, dotarła także do prowadzonych przez nią spraw, przeglądała również notatki przygotowane przez Teresę Torańską, która przymierzała się do napisania biografii Luny, wykorzystała fragmenty wypowiedzi świadków poczynań „Pani na Koszykowej”. Dlaczego kobieta tak niezwykle inteligentna, posiadająca doktorat z filozofii, literackie zdolności, władająca kilkoma językami, zaangażowana społecznie stała się jedną z najbardziej znienawidzonych komunistycznych zbrodniarek, o wymownym przezwisku „Krwawa Luna”? Czy rzeczywiście uznawała, że cel uświęca środki, zezwalała zatem na tortury oraz sama brutalnie obchodziła się z więźniami? Na te pytania próbuje odpowiedzieć Patrycja Bukalska. Trzeba przyznać, że dziennikarka nie miała łatwego zadania. Materiałów dotyczących życia prywatnego Julii Brystygier jest niewiele, część odpowiedzi dotyczących jej poglądów i egzystencji można znaleźć w utworach literackich jej autorstwa, m.in. w powieści „Krzywe litery” oraz zbiorze opowiadań „Przez ucho igielne”. Pewne informacje na temat szefowej bezpieki znajdowały się również w wywiadzie, który Teresa Torańska przeprowadziła z jej synem, Michałem Brystygierem, znanym profesorem muzykologii. Akta IPN i zeznania współpracowników Luny, a także więźniów politycznych przetrzymywanych na Koszykowej były uzupełnieniem materiału zebranego przez autorkę. Mimo to w książce czytelnik znajdzie wiele niewiadomych, Patrycja Bukalska pewnych rzeczy się domyśla, miejscami spekuluje, a często mówi wprost, że „nie wiadomo”, „nie udało mi się znaleźć odpowiedzi”.

Książka ma bardzo uporządkowany układ, składa się z dwunastu rozdziałów, które po kolei opowiadają o losach Julii Prajs-Brystygier. Luna urodziła się w Stryju, a wychowywała w Jagielnicy, w otoczeniu przyrody, gdzie podziwiała piękne rośliny i pisała sentymentalne wiersze. Jej ojciec był aptekarzem, matka zajmowała się domem i rodzeństwem. Poglądy Luny wykrystalizowały się dosyć wcześnie, szybko wstąpiła do partii i nieustannie pięła się w jej strukturach, swoje zobowiązanie pracownika bezpieki podpisała w Lublinie, 20 grudnia 1944 roku, wkrótce została dyrektorką Departamentu V, pozostała wierna idei komunistycznej do końca swych dni. W 1960 roku opublikowała swoją pierwszą i jedyną powieść „Krzywe litery”, był to, uznany przez krytykę za obiecujący, debiut.

Nie ma zeznań naocznych świadków ani współpracowników stwierdzających jakoby Julia Brystygier osobiście torturowała więźniów, na pewno uczestniczyła w przesłuchaniach i zezwalała na liczne nadużycia, sama wolała stosować przemoc psychiczną, niż fizyczną. Do takich wniosków doszła autorka, analizując losy Luny, skąd zatem przydomek „krwawa”, który nawet dziś ktoś odmalowuje na grobie Brystygierowej? Co więcej, zdarzało się, że niektórych wypuszczała na wolność, a innych, takich jak Pawła Jasienicę darzyła nawet pewnym sentymentem.

Nie znajdziemy w książce Bukalskiej potwierdzenia plotek o rzekomym nawróceniu Luny. Rzeczywiście, za sprawą przyjaźni z siostrą Bonifacją często odwiedzała Zakład dla Niewidomych w Laskach i prowadziła długie rozmowy z tamtejszym duchowieństwem, ale po zorientowaniu się, że jest śledzona przez SB zaprzestała dalszych wizyt. Nie ma również żadnych dokumentów potwierdzających jej domniemany chrzest.

Sięgnęłam po książkę Patrycji Bukalskiej zaintrygowana postacią Julii Brystygier, po obejrzeniu filmu „Zaćma” w reżyserii Ryszarda Bugajskiego, gdzie w rolę Luny znakomicie wcieliła się Maria Mamona. Liczyłam, że ten reportaż poszerzy moją wiedzę na temat „królowej bezpieki”. Niestety, niewiele tu nowych informacji, zaś sporo niedopowiedzeń i domysłów. Autorka świetnie opisała tło historyczne, działania bezpieki, materiał wzbogaciła licznymi zdjęciami, ale z racji skąpej ilości danych na temat kontrowersyjnej Luny, nie udało jej się odpowiedzieć na zasadnicze pytanie, dlaczego piękna kobieta o rozmarzonym, sarnim wzroku, która spogląda na nas z fotografii umieszczonej wewnątrz książki stała się w opinii wielu potworem, niezasługującym na wybaczenie, tytułową „Krwawą Luną”?

„Krwawa Luna” Patrycja Bukalska
data wydania: 12 października 2016
ISBN: 9788380321229
liczba stron: 238

piątek, 28 lipca 2017

„Terremoto” Jarosław Mikołajewski

„Ziemia to fundament. Matka. Wszystko pęknie, wszystko rozsypie się w pył, ale nie ona. Chyba że się trzęsie o dziecko. Także dla Włochów ziemia jest fundamentem i matką, tylko kryje w sobie tajemnicę, jakiej my nie znamy, a raczej znamy jedynie z przenośni: że nagle usuwa się spod nóg. Dosłownie.” 
„Terremoto” Jarosław Mikołajewski 

foto: Dowody na Istnienie


Jarosław Mikołajewski to poeta, eseista, tłumacz z języka włoskiego, autor książek dla dzieci i ostatnio także pięknych, poetyckich reportaży. Miłość do Italii, jaką żywi pisarz, zaowocowała utworzeniem w 2015 roku Nagrody Literackiej im. Leopolda Staffa. Z inicjatywy Jarosława Mikołajewskiego corocznie nagradzani są tłumacze z języka włoskiego, autorzy książek o Włoszech oraz wydawnictwa, które publikują teksty o Italii. 

Terremoto – wyraz ten w języku włoskim oznacza trzęsienie ziemi, w sensie metaforycznym zaś zamieszanie, chaos, co nierozerwalnie wiąże się z ową katastrofą naturalną. W swoim kolejnym poetyckim reportażu Jarosław Mikołajewski zabiera czytelników do Włoch, gdzie na przełomie 2016 i 2017 roku krajem wstrząsnęła seria trzęsień ziemi. Podobnie jak w reportażu „Wielki przypływ”, tak w „Terremoto” autor swoją opowieść przedstawia w sposób nietypowy dla literatury faktu, nie ma tu liczb, suchych danych, są przede wszystkim emocje, poezja, myśli i wspomnienia Mikołajewskiego, stworzona przez niego baśń, przepis kulinarny na amatricianę oraz nietuzinkowi, odważni ludzie. 

W „Wielkim przypływie” reporter skupiał się na dramacie uchodźców, którzy przybywali na Lampedusę w poszukiwaniu lepszego życia. Pierwszą pomoc medyczną uzyskiwali z rąk doktora Pietra Bartolo. Jarosław Mikołajewski bardzo mocno podkreśla jego zasługi w ratowaniu imigrantów, ale również pomoc, którą okazuje mieszkańcom wyspy. W „Terremoto” na pierwszy plan wysuwa się postać Luki Cariego, który jest rzecznikiem straży pożarnej i obrony cywilnej do spraw nadzwyczajnych. Cari zajmuje się ponadto dziennikarstwem oraz sam aktywnie działa jako strażak na miejscu kataklizmów. Tak było również podczas trzęsień ziemi w Amatrice, Nursji i Castelluccio. 

Jarosław Mikołajewski wraz z Luką Carim odwiedzają miejscowości dotknięte wstrząsami, strażak opowiada reporterowi o zniszczeniach, o ratowaniu ludzi z gruzów, rodzajach trzęsień ziemi. Autor podejmuje też rozmowy z mieszkańcami, między innymi z konstruktorem domów, który wskazuje, w jaki sposób powinno się stawiać budynki na terenach zagrożonych trzęsieniami ziemi. 

„Terremoto” przesycone jest emocjami, tak jak poprzedni reportaż poety. Autor nie stroni od metafor, ciekawych porównań, nietypowych rozwiązań stylistycznych. W zasadzie trudno tę książkę zaszufladkować jako literaturę faktu, gdyż czerpie ona zarówno z prozy, jak i poezji, znajdują się tu liczne nawiązania, między innymi do „Burzy” Szekspira oraz „Boskiej Komedii” Dantego, a także wspomniana przeze mnie wcześniej baśń – legenda. Podobnie jak w „Wielkim przypływie” tu także niewielka objętość może być zwodnicza. Mikołajewski zmusza bowiem do zatrzymania się, refleksji, zadawania pytań, a przede wszystkim pięknie ukazuje bezradność człowieka wobec potęgi żywiołu. Polecam. 

„Terremoto” Jarosław Mikołajewski 
data wydania: 14 maja 2017 
ISBN: 9788394725457 
liczba stron: 135