środa, 30 września 2015

„Kobiety bez mężczyzn” Shahrnush Parsipur

„Kobieta nie powinna wychodzić z domu. Dom jest dla kobiet, świat zewnętrzny należy do mężczyzn.” 
Amir Chan, brat Munes
„Kobiety bez mężczyzn” Shahrnush Parsipur

foto: archiwum własne



„Kobiety bez mężczyzn” irańskiej powieściopisarki Shahrnush Parsipur to opowieść o losach pięciu kobiet, które spotykają się całkiem przypadkowo w pięknym ogrodzie w Karadż. Mahdocht to dwudziestoośmioletnia nauczycielka, marzeniem Faezeh jest zamążpójście, trzydziestoośmioletnia Munes pozostaje nadal panną, ale nie przywiązuje do tego wielkiej wagi. Kolejne bohaterki to pięćdziesięciojednoletnia Farrochlagha, która obsesyjnie przywołuje wspomnienia młodzieńczej miłości oraz Zarrinkolah, młoda prostytutka. W powieści rzeczywistość miesza się ze snem, magia z realizmem, postmodernizm łączy się tu z surrealizmem. Życie, które wiodą kobiety, zwłaszcza pierwsza czwórka bohaterek to egzystencja zdeterminowana przez płeć, ciasne ramy konwenansów, ich seksualność jest nieustannie tłumiona. Dla przeciwwagi autorka umieściła w książce postać Zarrinkolah, u której z kolei rozwiązłość, odrzucenie szarm powoduje silny rozstrój nerwowy. Zanim bohaterki trafią do cudownego ogrodu przeżyją wiele rozczarowań i dramatycznych przygód, a sam pobyt w raju okaże się niestety rozczarowaniem. Zdumiewał mnie brak solidarności, wzajemnej szczerości opisywanych kobiet, mimo że niektóre z nich dzieliły podobne problemy. Wydawać by się mogło, że w obliczu życia w zamknięciu, w cieniu mężczyzn tylko zjednoczenie może dać im wytchnienie. Tematyka powieści, otwarte opowiadanie o kobiecych problemach, o cnocie, ukazanie trudów codziennej egzystencji w świecie zdominowanym przez mężczyzn sprowadziły na autorkę kłopoty. Książka rozpętała prawdziwą burzę, została z miejsca zakazana. Wydawnictwo, które zgodziło się na jej publikację zamknięte, a jego szef aresztowany. W więzieniu znalazła się także Shahrnush Parsipur, za propagowanie treści antyislamskich. Choć styl pisarki jest niepowtarzalny, język piękny, miejscami prosty, innym razem iście poetycki, najeżony symbolami, ja nie mogłam odrzucić skojarzeń z prozą koreańskiej pisarki Han Kang („Wegetarianka”) czy Japonki Hiromi Kawakami („Nadepnęłam na węża”). Może to za sprawą marzenia jednej z bohaterek, Mahdocht, która postanawia zamienić się w drzewo i zamiar ten konsekwentnie realizuje. Lekturę oczywiście polecam. W 2009 roku Shirin Neshat nakręciła film na podstawie powieści Shahrnush Parsipur „Kobiety bez mężczyzn”, który nagrodzono Srebrnym Lwem na 66 MFF w Wenecji. Jeśli chodzi o sam tytuł książki to jest to gra słowna odnosząca się do zbioru opowiadań „Mężczyźni bez kobiet” Ernesta Hemingwaya (z ciekawostek dodam, że wkrótce pojawi się książka o tym samym tytule, której autorem jest Haruki Murakami, także nawiązująca do prozy Hemingwaya). Dodatkowo zachęcam do przeczytania powieści Azar Nafisi „Czytając Lolitę w Teheranie” oraz reportażu „Miasto kłamstw. Cała prawda o Teheranie” Ramity Navai.

foto: archiwum własne

foto: archiwum własne

poniedziałek, 28 września 2015

"Beijinho - mały pocałunek"

foto: patrz bibliografia pkt 1
Ignacy Krasicki mawiał, że książki są pokarmem dla duszy. Oprócz metafizycznej strawy warto zadbać również o tę przeznaczoną dla ciała. Dziś nietypowy wpis, można powiedzieć - kompletnie nie na temat. Za sprawą Doroty z Brasil on the plate poznałam wyśmienity przepis na cudownie słodki i kuszący deser -  brazylijskie beijinho. Dziś, za jej zgodą, pragnę zdradzić Wam ten sekret. W końcu zasługujemy na odrobinę słońca i słodkości, tym bardziej, że jesień zaczyna deptać nam po piętach. Książka + kawa + beijinho to przepis na idealne trio.
Beijinho, znane także pod nazwą branquinho to typowy brazylijski deser urodzinowy. 
Jedna z hipotez mówi, że narodził się w XVII - wiecznym zakonie, stąd alternatywna  dla "małego pocałunku" nazwa - "całus zakonnicy". Młode, nieposłuszne rodzicom dziewczęta, krnąbrne żony, niewiasty pozbawione posagu zamykane w klasztorach musiały w jakiś sposób osłodzić sobie codzienną rutynę, samotność, cierpienie, wynikające z odizolowania. Prawdopodobnie dlatego tak wiele znakomitych przepisów narodziło się za murami zakonów. "Pocałunek" to tylko jeden z licznych przykładów. Pierwotnie składał się z migdałów i gęstego syropu cukrowego.
Według alternatywnej hipotezy deser beijinho narodził się za sprawą brazylijskiego kucharza José Ferreiry Mendesa, który sześć lat spędził w Paryżu, w prestiżowej szkole gotowania Gâteaux et Confiseries, a następnie powrócił na łono ojczyzny. Jego eksperymenty kulinarne nie cieszyły się dużym zainteresowaniem. Zrezygnowany, przekazał przepisy swej córce - Isabelle Arnaud Ferreirze. To ona stworzyła recepturę idealną. Połączyła skondensowane mleko z sokiem z liczi, całość po zagotowaniu chłodziła, a na koniec zgrabne kuleczki obtaczała w wiórkach kokosowych.
Obecnie nie stosuje się soku z liczi, czasem dodawane są żółtka, niekiedy skórka z cytryny i pomarańczy, a do wykończenia używa się cukru lub wiórków kokosowych. Na wierzchu umieszcza się goździk.

Bibliografia:

  1. http://web.archive.org/web/20121126035637/http://www.nacozinhadalu.com.br/2011/02/07/voce-conhece-a-historia-do-beijinho/
  2. https://pt.wikipedia.org/wiki/Beijinho

Poniżej przepis, z którego korzystałam. Na zdjęciach możecie zobaczyć, jak sobie poradziłam z wykonaniem. Skoro mnie się udało, Wy też dacie radę. Smacznego i zachęcam do zabawy.

Składniki:

  • puszka słodzonego mleka skondensowanego
  • 200g wiórków kokosowych
  • łyżka masła
  • szczypta soli
Wykonanie:
Wszystkie składniki umieszczamy w garnku i gotujemy na wolnym ogniu około 20-30 minut. Masa musi być na tyle gęsta, by przy mieszaniu widać było dno naczynia. Następnie zostawiamy mieszankę do ostygnięcia. Mokrymi dłońmi formujemy zgrabne kuleczki i obtaczamy je albo w wiórkach kokosowych albo płatkach migdałów. Posypka może być dowolna. Ja użyłam pokruszonych migdałów, ale eksperymentowałam też z płatkami śniadaniowymi i czekoladą. Deser jest piekielnie słodki. Dla mnie pycha.

foto: archiwum własne

foto: archiwum własne

foto: archiwum własne





sobota, 26 września 2015

Literatura faktu na moim blogu :)

foto: Pixabay

Literatura faktu na moim blogu: 

1. „Mokradełko” Katarzyna Surmiak- Domańska 
2. „Korea Północna. Tajna misja w kraju wielkiego blefu” John Sweeney 
3. „Miasto kłamstw. Cała prawda o Teheranie” Ramita Navai 
4. „Miedzianka. Historia znikania” Filip Springer
5. „Szpiedzy Mossadu i tajne wojny Izraela” Yossi Melman & Daniel Raviv 
6. „W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa” Elisabeth Åsbrink 
7. „Szachinszach” Ryszard Kapuściński 
8. „Zero zero zero” Roberto Saviano
9. „Czarnobyl” Francesco M. Cataluccio 
10. „Palestyńskie wędrówki” Raja Shehadeh 
11. „Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit” Suki Kim 
12. „Dzisiaj narysujemy śmierć” Wojciech Tochman 
13. „Heban” Ryszard Kapuściński 
14. „Nagość życia. Opowieści z bagien Rwandy” Jean Hatzfeld 
15. „Sezon maczet” Jean Hatzfeld 
16. „Strategia antylop” Jean Hatzfeld
17. „Ostatni krąg” Drauzio Varella
18. „Angole” Ewa Winnicka 
19. „Ameksyka. Wojna wzdłuż granicy” Ed Vulliamy
20. „13 pięter” Filip Springer 
21. „Wanna z kolumnadą” Filip Springer 
22. „Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość” Katarzyna Surmiak- Domańska
23. „Państwo Islamskie” Patrick Cockburn 
24. „Belfast. 99 ścian pokoju” Aleksandra Łojek
25. "Englebert z rwandyjskich wzgórz" Jean Hatzfeld
26. "Czerwony rynek" Scott Carney
27. "Mur. 12 kawałków o Berlinie" praca zbiorowa
28. "Hawaikum. W poszukiwaniu istoty piękna" praca zbiorowa
29. "Święta ziemia. Opowieści z Izraela i Palestyny" Marcin Gutowski

foto: Pixabay

„Belfast. 99 ścian pokoju” Aleksandra Łojek

„Zarówno Irlandczycy, jak i Brytyjczycy piją herbatę tym chętniej, im bardziej czują się skrępowani.”
„Belfast. 99 ścian pokoju” Aleksandra Łojek

foto: archiwum własne
„Belfast. 99 ścian pokoju” Aleksandry Łojek to opowieść o pięknym, północnoirlandzkim mieście, którego mieszkańcy do dziś zmagają się z historyczną traumą. „Kłopoty” (The Troubles) wprawdzie zakończyły się w 1998 roku, po wprowadzeniu porozumienia wielkopiątkowego, ale uraz, zadra, wzajemne animozje występujące po obu stronach uczestników konfliktu nie dają o nich zapomnieć do dziś. Konflikt cywilny, który toczył się w latach 1968- 1998 pochłonął ponad trzy tysiące ludzkich istnień. Katoliccy Irlandczycy pragnęli przyłączenia Irlandii Północnej do Republiki Irlandii, protestanccy Brytyjczycy chcieli, aby unia z Wielką Brytanią została zachowana. Choć nie był to konflikt religijny, tylko terytorialny, wyznanie dodatkowo zaostrzało ten spór. O tym wszystkim przez pryzmat ludzkich, często tragicznych historii możemy przeczytać w omawianym reportażu. Belfast podzielony jest murami i ścianami pokoju, jest to spuścizna po „Kłopotach”. Protestanci i katolicy raczej unikają wzajemnych kontaktów. Nie należy się temu dziwić, na mocy amnestii po porozumieniach wielkopiątkowych do 2000 roku wypuszczono z więzień ponad 400 osób walczących po obu stronach konfliktu. Gdyby nie mury i bariery w postaci okresowo zamykanych bram, a także inne symptomy terytorialnego podziału (np. puby tylko dla katolików albo tylko dla protestantów, podobnie taksówki) mogłoby dojść do sytuacji, w której kat spotyka rodzinę swojej ofiary, a to byłoby co najmniej niezręczne. Brytyjczycy i Irlandczycy żyją więc w tym mieście teoretycznie obok siebie, a jednak wciąż podzieleni, bez wzajemnego zaufania. Aleksandra Łojek opowiada o byłych członkach IRA, ale nie zapomina także dla pełnego obrazu przedstawić sylwetek członków UDA i UVF. Najbardziej wstrząsające są opisy zbrodni psychopatycznego gangu Rzeźników z Shankill. Bandyci stosowali wyrafinowane tortury, ofiary umierały długo, w męczarniach, jeszcze żywym odcinano głowę, aż do kręgosłupa, dołem wyciągano język. W książce znajdziemy też sporo informacji o sąsiedzkich samosądach dokonywanych przez byłych paramilitarnych. W niektórych dzielnicach policja nie jest mile widziana, a spory rozstrzyga się we własnym zakresie. Ci, którzy wielokrotnie upominani dalej naginają niepisane reguły sąsiedzkiego współżycia, kończą z przestrzelonymi kolanami, czasem również łokciami. Autorka pięknie pisze o miłości, o nadziei, która tli się w mieszkańcach miasta, porusza także temat depresji, alkoholizmu, samobójstw. Aleksandra Łojek operuje lekkim, klarownym stylem, przez co trudno się oderwać, nawet od tych najmroczniejszych fragmentów reportażu. Jeszcze zanim zaczęłam czytać tę książkę wiedziałam, że będzie interesująca. Przedsmak tego, co mnie czeka mogłam bowiem poczuć za sprawą reportażu Ewy Winnickiej „Angole”. Tam Ola, lat 41, we fragmencie „W mieście Titanica” opowiada o życiu w Belfaście. Właśnie w ten sposób czytelnik może poznać autorkę książki „Belfast. 99 ścian pokoju”. Lekturę obu tych reportaży gorąco polecam.


foto: archiwum własne

czwartek, 24 września 2015

„Państwo Islamskie” Patrick Cockburn

foto: archiwum własne
„Państwo Islamskie”, a w zasadzie „Powrót dżihadystów”, bo takie powinno być dosłowne tłumaczenie tytułu, to książka, którą powinien znać każdy. Zwłaszcza Ci, którzy wypowiadają się na forum publicznym na temat sytuacji w Iraku i Syrii, a w rzeczywistości nie mają pojęcia co tak naprawdę tam się dzieje. Autor bardzo dokładnie, wręcz łopatologicznie, wyjaśnia w niej kulisy proklamowania kalifatu na opanowanych w krótkim czasie przez bojowników ISIS terenach Iraku i Syrii. Jak to się stało, że w cieniu znienawidzonej Al- Kaidy wyrosła organizacja o wiele potężniejsza, lepiej zorganizowana i przygotowana militarnie, którą zachodnie media zdawały się ignorować, choć nie narodziła się w jeden dzień, a o której zrobiło się głośno dopiero po powstaniu Państwa Islamskiego? To fenomen, nad którym pochyla się Patrick Cockburn w swoim reportażu. Książka jest ponadto opatrzona znakomitym wstępem dr hab. Daniela Boćkowskiego, zatytułowanym „Państwo Islamskie u wrót Europy”. 
Sto dni wystarczyło ISIS, aby diametralnie przearanżować sytuację polityczną na Bliskim Wschodzie. Kluczową datą dla bojowników było zdobycie 10 czerwca 2014 roku Mosulu, stolicy północnego Iraku. Armia iracka, licząca teoretycznie trzysta pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy, nie stawiła Państwu Islamskiemu żadnego oporu. Winna jest korupcja, defraudacja funduszy publicznych, która jest na porządku dziennym w Iraku. Nawet po rozpoczęciu amerykańskich nalotów armia iracka będąca w rozsypce nie była/nie jest w stanie stawić czoła ISIS. 
Konflikt na Bliskim Wschodzie przyrównuje się do wojny trzydziestoletniej. Jest tu za dużo graczy, których polityczne interesy są często sprzeczne. Wielu Syryjczykom wydaje się, że rezultat tej wojny zależeć będzie od Amerykanów, Rosjan, Saudyjczyków oraz Irańczyków. Stany Zjednoczone i Arabia Saudyjska wspierają tzw. „umiarkowaną opozycję”, która walczy na dwóch frontach – z ISIS oraz z reżimem Baszszara Al- Asada. Rosja oraz Iran, a także Hezbollah wspierają z kolei prezydenta Asada w walce przeciwko Państwu Islamskiemu. Turcja z jednej strony wspomaga USA, a z drugiej chętnie przy okazji wojny w Syrii pozbyłaby się wewnętrznej opozycji w postaci Kurdów. Równie kuriozalny jest sojusz Amerykanów z Arabią Saudyjską, Katarem, Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, Kuwejtem, Pakistanem czy Bahrajnem. Powszechnie bowiem wiadomo, że Saudyjczycy są zainteresowani wszystkim, co tylko zdoła zaszkodzić szyitom. Mało prawdopodobne jest, żeby sunnickie powstanie w Syrii czy zjednoczenie sunnickich społeczności w Iraku odbywało się bez wiedzy i patronatu Arabii Saudyjskiej oraz innych krajów Zatoki. 
Wracając do tzw. „umiarkowanej opozycji” w Syrii, dziwaczne i chaotyczne są działania Stanów Zjednoczonych wspierające ten twór. W czerwcu prezydent Obama prosił Kongres o pół miliarda dolarów na doposażenie i wyszkolenie członków syryjskiej opozycji, podczas gdy zaledwie parę miesięcy wcześniej Joe Binden twierdził, że zbrojna opozycja w Syrii jest zdominowana przez dżihadystów z Frontu al- Nusra, powiązanych z Al- Kaidą, Państwo Islamskie oraz inne radykalne grupy. Niech nikogo zatem nie dziwi, że IS korzysta z najnowocześniejszego uzbrojenia, które dostaje niejako „w prezencie” od USA. 
Smutne jest też to, że pomimo licznych doświadczeń, zachodnie państwa zdają się nie wyciągać wniosków, nie uczą się na błędach. Jedną z kardynalnych pomyłek jest przeświadczenie, że zastąpienie dyktatury demokracją zawsze i wszędzie rozwiąże wszelkie problemy. Takie postępowanie nie sprawdziło się w przypadku Iraku, Libii, Iranu, Egiptu, skąd zatem przeświadczenie, że należy również obalić reżim Baszszara Al- Asada? Zwłaszcza, że wszelkie syryjskie ugrupowania opozycyjne w rzeczywistości dążą do utworzenia teokratycznego państwa sunnickiego, rządzonego prawem szariatu. 
Ostatnia kwestia jaką porusza Cockburn w swojej książce to manipulacje relacjami z wydarzeń, począwszy od 2001 roku, kiedy to opinię publiczną bombardowano informacjami, że siły talibów w Afganistanie zostały ostatecznie rozbite (dziwnym trafem w 2006 roku talibowie odrodzili się). To nie wszystko, nagminne upraszczanie konfliktów, przedstawianie ich jako dwuwymiarowych, czarno- białych, podczas gdy w rzeczywistości to sprawy niezwykle złożone, które nie mają prostych rozwiązań. Dżihadyści znakomicie wykorzystują w swoich działaniach propagandowych i werbunkowych media internetowe takie jak Facebook, Twitter, YouTube. Część obrazów, pokazywanych tuż po zajściach, jest od początku sfabrykowana. Państwo Islamskie ogłasza kolejne zwycięstwa w Iraku, a pokazuje zdjęcia zrobione w Syrii czy Libii albo w ogóle poza Bliskim Wschodem. Szokująca jest historia pewnego reportera opisana przez autora. Dziennikarz ten utrzymywał, że kilkoro dziesięciolatków w obozie dla syryjskich uchodźców oglądało film za pośrednictwem serwisu YouTube, na którym przedstawiono syryjskich sunnitów zamordowanych przez alawitów, podczas gdy w rzeczywistości nagranie dotyczyło porachunków meksykańskich karteli narkotykowych. „Państwo Islamskie” to wciągająca lektura, która dość dobrze tłumaczy zawiłości konfliktu na Bliskim Wschodzie, pełna interesujących informacji, pochylająca się nad fenomenem IS. Warto sięgnąć po tę książkę. Polecam.

wtorek, 22 września 2015

„Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość” Katarzyna Surmiak- Domańska

foto: archiwum własne
„Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość” to wciągająca opowieść reporterska o jednej z najbardziej mrocznych, tajemniczych, rasistowskich organizacji jaka powstała w Stanach Zjednoczonych. Credo tego stowarzyszenia to wyższość i czystość białej rasy, a jej cel stanowi utrzymanie czarnych w podległości. Początki jej istnienia sięgają XIX w. Wtedy to grupa założycieli spotkała się i wpadła na pomysł stworzenia elitarnego klubu, na wzór bractw studenckich. W ramach zabawy wybrano nic nie znaczącą nazwę Ku Klux, do której dopasowano ostatni człon Klan, jako dopełnienie aliteracji. Miała to być onomatopeja według jednych źródeł naśladująca dźwięk przeładowywanej broni, a według innych gruchot łamanych kości. Przebrani w prześcieradła i poszwy na poduszki z otworami na oczy Panowie konno jeździli po okolicy wzbudzając zadziwienie wśród mieszkańców, czasem lęk, zwłaszcza wśród czarnej ludności. Tak z grubsza wyglądały początki tej złowrogiej organizacji. W perspektywie historycznej mówi się o trzech niezależnych klanach, pierwszy to ten opisany powyżej, powstały po wojnie secesyjnej, drugi odrodził się w 1915 roku i rozszerzył listę swoich wrogów. Tym razem nie chodziło jedynie o nienawiść na tle koloru skóry, piętnowano również katolików, imigrantów, Żydów. Wtedy też po raz pierwszy zaczęły odbywać się widowiskowe ceremonie zapalania krzyża. Trzeci okres to lata '60, klan reaktywował się w odpowiedzi na wprowadzanie Ustawy o Prawach Obywatelskich (Civil Rights Act). Wtedy to KKK dopuszczał się najbardziej okrutnych zbrodni. Na porządku dziennym były morderstwa czarnej ludności, zastraszenia, grabieże, zamachy bombowe, strzelaniny dokonywane w obronie praw białych. Jednak błędem jest przypisywanie wszelkiego zła, jakie dotknęło Afroamerykanów jedynie rycerzom Klanu. Lincze w dużej mierze dokonywane były bowiem przez zwykłych obywateli, niemających powiązań z organizacją. 
Jaki jest Ku Klux Klan współcześnie? Na to pytanie postanowiła odpowiedzieć Katarzyna Surmiak- Domańska. Autorka wyruszyła na Zjazd Partii Rycerzy KKK z Arkansas, przyglądała się działalności pastora Thomasa Robba, uczestniczyła w ceremonii zapalania krzyża, przymierzyła słynne nakrycie głowy, rozmawiała z licznymi członkami klanu. Bardzo ciekawą relację z tej podróży czytelnik może odnaleźć w omawianym reportażu, ponadto dowiadujemy się wiele na temat historii organizacji, reakcji zwykłych ludzi na poczynania tej grupy, jak ewoluowały jej poglądy. W książce znajdują się także wzmianki o Malcolmie X, Martinie Lutherze Kingu, Czarnych Panterach. Autorka wspomina proces O.J. Simpsona oraz inne sprawy sądowe, w których sprawiedliwy wyrok poświęcono na rzecz poprawności politycznej i pozorów walki z rasizmem. Takie kazusy to woda na młyn dla członków Klanu, podsyca tylko ich strach przed nadmierną ekspansją czarnej ludności, stojącej w ich mniemaniu ponad prawem. Współcześnie Klan stawia na PR, bombarduje pozytywnymi hasłami miłości, otwartości, przestrzegania wartości chrześcijańskich. Twierdzi, że biali powinni trzymać się razem. Sztandarowym przykładem doskonałego miasteczka, opisanym przez Katarzynę Surmiak- Domańską, jest Harrison. Wszyscy mieszkańcy są biali, nie ma tu nierówności społecznych – biedy ani nadmiernego bogactwa. Brak singli, narkomanów, homoseksualistów, wszyscy mają podobny status, jak idealne klony. W miasteczku mieszka około 13 tys. osób, a kościołów jest setka. 
Fascynującą historię opowiedzianą w reportażu warto uzupełnić o film dokumentalny „Ku Klux Klan: Tajna historia” z 2009 roku, oczywiście o wspomniane przez autorkę „Narodziny narodu” (1915), „Mississipi w ogniu” (1988), a także obraz „Zdradzeni” (1988). A jak jest z tytułową miłością? Dziwne to i podstępne uczucie skoro służy szerzeniu nienawiści. Reportaż polecam. Jest znakomity.

foto: Pixabay

czwartek, 17 września 2015

„Młodość” Paolo Sorrentino

“Wiecznie młodzi pozostają tylko ci, którzy umierają młodo.” 
“Klara i półmrok” José Carlos Somoza 


foto: archiwum własne

Paolo Sorrentino, włoski reżyser i scenarzysta, laureat Oscara 2014 za film „Wielkie piękno”, w powieści „Młodość” udowadnia, że sukces go nie odurzył, twórca nie spoczął na laurach. Podstawą książki jest scenariusz do filmu o tym samym tytule, który już teraz gości na ekranach naszych kin. W powieści dwaj przyjaciele – Fred Ballinger, słynny kompozytor oraz Mick Boyle, sławny reżyser spędzają wspólnie wakacje w ekskluzywnym szwajcarskim kurorcie u podnóża Alp. Towarzyszy im osobliwa galeria postaci - dziwaczne masażystki, brodaty alpinista, słynny aktor filmowy, rzesze scenarzystów, sławni sportowcy, prostytutki, niemieckie małżeństwo w podeszłym wieku. Na kartach powieści często pojawia się córka Freda- Lena. Codzienność upływa gościom na zabiegach w SPA, basenie, saunach, górskich wycieczkach, celebrowaniu posiłków i rozmowach. Bohaterowie wspominają swą młodość, najlepsze chwile życia. Czują, że więcej już za nimi, do pewnych wydarzeń nie ma powrotu, siły witalne kończą się, pozostają jedynie migawki z przeszłości. Mick próbuje z tym walczyć, tworzy scenariusz dzieła życia, najważniejszego filmu, który ma być jednocześnie jego artystycznym testamentem. Krótkie rozdziały książki przypominają filmowe kadry. Momentami balansują na granicy jawy i snu. Szczególnie piękne są opisy Wenecji, a także scena na łące, w której Fred tworzy za pomocą dłoni idealną harmonię z otaczających go dźwięków przyrody – cykad, śpiewu ptaków, szumu liści, delikatnych powiewów wiatru. Fred nieustannie komponuje, ale jego utwory nie opuszczają umysłu twórcy. Jednocześnie bohaterowie próbują rozwiązywać problemy swoich dzieci, z ciekawością obserwują też pozostałych gości kurortu. Siła tej książki nie tkwi w pięknym języku (jest raczej prosty), niecodziennej konstrukcji (kadry jakby żywcem wzięte ze scenariusza), kluczem do sukcesu są tutaj emocje, w które obfituje powieść. Lęk przed śmiercią, samotnością, tęsknota za utraconą miłością, refleksje dotyczące przemijającej młodości, myśl, że każdego z nas bez wyjątku czeka to samo towarzyszą czytelnikowi od pierwszych stron lektury aż po jej koniec. W pewnym okresie życia, gdy dzieci dorosną i odejdą, zostanie nam samotne oczekiwanie na śmierć. Chciałoby się rzec c'est la vie. Ciekawa, wzruszająca, momentami zabawna powieść, polecam. Podobnie jak film „Wielkie piękno”, do którego wracałam już wielokrotnie i niezmiennie mnie zachwyca, zwłaszcza jedna ze scen. Kilkoro przyjaciół siedzi przy stole, palą papierosy, piją alkohol i wzajemnie sobie dokuczają. W którymś momencie zmęczony tym główny bohater – Jep mówi do Stefanii: “Zamiast patrzeć z wyższością i pogardzać nami powinnaś spojrzeć na nas z czułością. Wszyscy jesteśmy na skraju rozpaczy. Jedyne, co możemy zrobić to spojrzeć sobie w oczy, dotrzymać sobie towarzystwa i trochę pożartować...”
foto: archiwum własne


piątek, 11 września 2015

„Jak dawniej leczono czyli plomby z mchu i inne historie” Nathan Belofsky

„Tacy chirurdzy, którzy traktują cierpiących szorstko i bez miłosierdzia i takoż opatrują ich rany i nie mają dla nich więcej litości niż dla psów, uważani są obecnie za wspaniałych, biegłych i zdecydowanych ludzi." 
Henri de Mondeville, średniowieczny chirurg 
„Jak dawniej leczono...” Nathan Belofsky 

foto: archiwum własne
W książce “Jak dawniej leczono czyli plomby z mchu i inne historie” Nathan Belofsky z przymrużeniem oka przedstawia dzieje zachodniej medycyny od Antyku aż po czasy współczesne w postaci krótkich, chronologicznie ułożonych anegdot. Okazuje się, że starożytna myśl – primum non nocere zaczęła obowiązywać dopiero około 2300 lat po tym jak stworzono podwaliny nauki obecnie zwanej medycyną. 
Dawne kuracje niekiedy budzą konsternację, innym razem zadziwienie i lęk. Chorobę bowiem zwalczano często wraz z pacjentem, mając w głębokim poważaniu jego dobro. Liczyły się statystyki i efekt końcowy. Im większą brutalnością wykazywał się medyk, tym większe miał poważanie wśród leczonych (vide cytat wstępny). Interesującym przykładem jest tu kuracja, jakiej poddawany był Karol II. Władcy wielokrotnie upuszczano krew, stawiano bańki, nakazano połknąć trujący antymon, zaaplikowano serię lewatyw, smarowano ciało substancjami drażniącymi czy też dźgano rozpalonym pogrzebaczem. Nic dziwnego, że pacjent zmarł. 
Autor ciekawie opisuje na łamach książki między innymi, jak zmieniały się na przestrzeni lat poglądy dotyczące porodu. Jeszcze w XVI w. porody były domeną wyłącznie kobiet, ale od XVIII w. zaczęli asystować przy nich mężczyźni uzasadniając to koniecznością posiadania wiedzy medycznej i siły niezbędnej do obsługiwania pewnych narzędzi. Matki miały obowiązek karmienia niemowląt piersią, a jeśli tego nie robiły, niezależnie od przyczyny, uznawane były za pozbawione serca latawice. Kontrowersyjna, zdaje się do dzisiaj, pozostaje kwestia odczuwania bólu podczas porodu. Jeszcze w XVI w., kiedy pewna kobieta poprosiła akuszerkę o uśmierzenie bólu podczas porodu bliźniąt, została za to spalona żywcem. W 1849 roku w prestiżowym czasopiśmie Lancet napisano, że bezbolesne porody dzieci to wymysł szatana. Czy to nie brzmi znajomo? Jeszcze w 2010 roku biuro prasowe resortu zdrowia twierdziło bowiem: Nietolerancja bólu przez kobietę rodzącą jest przejawem patologii. Na szczęście stosunkowo niedawno weszły w życie przepisy na mocy których kobieta ma wybór, może poprosić o znieczulenie i teoretycznie je otrzyma. 
Bardzo dużo miejsca w „Jak dawniej leczono” autor poświęca rozpaczliwym próbom poszukiwania przez medyków metod leczenia chorób psychicznych. Warto przeczytać jakie dziwaczne i budzące grozę kuracje stosowano jeszcze w XX w. Dla przykładu, w 1946 roku Walter Freeman przedstawił metodę leczenia zwaną lobotomią transorbitalną. Freeman uznał tradycyjne wiercenie otworów w czaszce pacjenta za przeżytek, postanowił dotrzeć do mózgu poprzez narząd wzroku. Używał do tego szpikulców do lodu, które wbijał w oko uderzając w nie drewnianym młotkiem. Co ciekawe rodziny pacjentów go uwielbiały, a on sam wierzył, że postępując w ten sposób niesie pomoc i ulgę potrzebującym. 
“Jak dawniej leczono czyli plomby z mchu i inne historie” Nathana Belofsky'ego to zabawne, choć miejscami przerażające, swoiste kompendium praktyk medycznych i koncepcji, które pojawiały się na przestrzeni 2400 lat istnienia medycyny. Książka stanowi ciekawe źródło informacji o często kontrowersyjnych metodach leczenia. Znakomitym uzupełnieniem tej lektury jest zamieszczona na końcu woluminu obszerna bibliografia. Bez niej ciężko byłoby uwierzyć w niektóre przedstawione w tym tomie kuriozalne praktyki. Warto sięgnąć w wolnej chwili po tę lekturę, która kolejny raz dowodzi, że czasami najbardziej sensowne koncepcje leczenia leżą zapomniane latami na półkach historii, podczas gdy idiotyczne, narażające życie pacjentów praktyki są wdrażane z wielkim entuzjazmem. Wiekopomne odkrycia niejednokrotnie są dziełem przypadku, a najbardziej otwarte i światłe umysły danej epoki często narażone są na ostracyzm. Niemniej jednak nie należy zapominać, że od około stu lat medycyna rozwija się prężnie i obecnie rzeczywiście na pierwszym miejscu stawia dobro pacjenta, a przynajmniej taką pozostaje mieć nadzieję.

foto: Pixabay

środa, 9 września 2015

„Wanna z kolumnadą” Filip Springer

„To jest książka o tym, że w Polsce jest brzydko i wszystko wskazuje na to, że wkrótce będzie jeszcze brzydziej. Tak, szczęśliwego zakończenia tutaj nie widać.” 
„Wanna z kolumnadą”, wstęp, Filip Springer 

foto: archiwum własne



„Wanna z kolumnadą” to kolejny znakomity reportaż Filipa Springera, w którym autor pochyla się nad tematem polskiej przestrzeni. Architekci i urbaniści stworzyli nieoficjalną definicję ładu przestrzennego: „Ład przestrzenny to jest coś, o czym każdy w Polsce słyszał, ale nikt od dawna tego nie widział”. Smutne to, ale prawdziwe. Problem dotyczy największych polskich miast, przedmieść, a także turystycznych „jaskiń kiczu”. Springer w zabawny, miejscami złośliwy sposób pisze o „rozpływaniu się” miast na boki, wielkich osiedlach czy skupiskach segmentów, które powstają w środku niczego, pozbawione jakiejkolwiek infrastruktury. Mamią one klientów obietnicami życia w raju, głuszy, wśród zieleni drzew, a jednocześnie blisko miejskiego zgiełku. W rzeczywistości bohaterowie reportażu tkwią uwięzieni w swoich enklawach bez dróg dojazdowych do osiedli, bez szkół, przedszkoli, sklepów, a codzienność to dla nich wielogodzinne stanie w kilometrowych korkach, najpierw by dostać się do pracy, a następnie by z niej powrócić. Kolejnym problemem przedstawionym w reportażu jest wszechobecna „pasteloza”, świat jest brzydki, szary, ktoś mądry wpadł więc na pomysł – trzeba go pokolorować. Bloki w tęczowych barwach, schizofreniczny Hotel Jan III Sobieski, przykłady można znaleźć wszędzie. Czasami jaskrawość i dobór barw powoduje, że włos się na głowie jeży. Kiedy przeglądałam znakomite fotografie w książce, dostawałam gęsiej skórki. Wspaniale opisany jest, w rozdziale „Klejnot w koronie”, hotel Gołębiewski w Karpaczu, który najdelikatniej mówiąc niezbyt udanie został wkomponowany w krajobraz. Rzeczywiście widać go praktycznie z każdego miejsca miasteczka, z ciekawości obeszłam w tym roku cały kompleks dookoła, po pewnym czasie wolałam uciec w góry, niż przyglądać się z wątpliwą przyjemnością temu, co zrobiono z tą piękną łąką. Zresztą ratowałam się ucieczką dosyć często. Już sam wjazd do Karpacza to walka z odruchem wymiotnym, spowodowanym oczopląsem jakiego można dostać od nadmiaru reklam umieszczonych na poboczu drogi (i nie cieszcie się, kto jeździ codziennie Radzymińską wie, że w Warszawie wcale nie jest lepiej), później dochodzą jeszcze jednakowe kiczowate kramy, w których można dostać wszystko - ciupagi, góralskie kapelusze, pluszaki made in China, oscypki, lody włoskie etc. Pierwsze od wielu lat wakacje w Polsce generalnie uznaje za udane, bo jednak naturalnego, nietkniętego ludzką ręką krajobrazu trochę jeszcze mamy i możemy być z tego dumni. Jednak wszędzie tam, gdzie człowiek postanowi coś zbudować poczucie estetyki przegrywa z pieniędzmi i chęcią wpasowania się w masowe gusta. Springer w dalszej części książki opisuje między innymi znikające miejskie rzeki, płoty - prawdziwą polską namiętność, w wyniku której jak grzyby po deszczu wyrastają odgrodzone od świata enklawy bezpieczeństwa, (z autopsji wiem, że wiecznie zepsuty domofon i niedomknięta furtka sprawiają, że na moje osiedle może wejść każdy i kiedy chce, a ochrona ma to generalnie w nosie) zwane zamkniętymi rajami dla bogaczy. Moim zdaniem najciekawsza część reportażu odnosi się do wielkoformatowej reklamy w przestrzeni miejskiej, tzw. siatek i banerów reklamowych, w dużej mierze stawianych samowolnie. Przekonałam się, że jestem w mniejszości czytając raport z badań Izby Gospodarczej Reklamy Zewnętrznej, zgodnie z którym aż 74% mieszkańców Warszawy uważa, że reklamy na ulicach są cennym źródłem informacji, a 67% lubi je oglądać (dane z 2008 roku). Co więcej 65% mieszkańców Warszawy stwierdziło, że dzięki reklamom miasto jest jaśniejsze i bardziej kolorowe, przypomina też największe europejskie stolice (znak, że za granicą bywa zdaje się tylko 35% Warszawiaków, a wystarczy wybrać się do Berlina, czy Pragi, żeby zadać kłam temu twierdzeniu). Podczas lektury „Wanny z kolumnadą” wielokrotnie zaśmiewałam się do łez (choć to raczej śmiech z niedowierzania lub przez łzy) albo najeżałam ze złości. Ciężko mi zrozumieć, że ani wśród mieszkańców miast, ani wśród polityków nie ma woli uporządkowania przestrzeni miejskiej. Nie wiem czy to wina mentalności (na zasadzie – o to, co wspólne powinien dbać samorząd), czy braku zmysłu estetycznego. Springer upatruje przyczyny częściowo w zbyt małej ilości zajęć poświęconych sztuce w szkołach, u nas to nie więcej niż 255 godzin w ciągu dziewięciu lat, u Czechów – 636, Finów i Norwegów – 997 godzin. Jest to bardzo ciekawy, wciągający, miejscami bulwersujący reportaż. Moja ocena – 6/6. Gorąco polecam.


sobota, 5 września 2015

„Pamiętniki” Giovanni Giacomo Casanova

fragmenty w przekładzie Tadeusza Everta czyta Waldemar Barwiński


foto: archiwum własne


Historia życia najsłynniejszego włoskiego uwodziciela, amanta wszech czasów. Czytelnik znajdzie tu liczne miłosne podboje, romanse, a także dzieje kobiet, które Casanova kochał jedynie platonicznie. Prócz tego „Pamiętniki” są znakomitym źródłem wiedzy na temat osiemnastowiecznego społeczeństwa. Bohater jawi się w nich nie tylko jako znakomity kochanek (ciekawe ile historii autor podlał sosem własnej wyobraźni), ale również sprytny przedsiębiorca, dyplomata, poeta, pisarz, doskonały obserwator współcześnie mu żyjących. Wielokrotnie kłopoty sprowadzają na niego wcale nie liczne romanse, a raczej umiłowanie do hazardu. Casanova często popada w długi. Pod pretekstem uprawiania magii trafia do więzienia. Koresponduje tam z współosadzonym, ojcem Balbim, wiadomości ukrywają między kartami książek. Planują razem ucieczkę, która dochodzi do skutku w nocy z 31 października na 1 listopada 1756 roku. Późniejszy pobyt w Paryżu i dołączenie do grona założycieli loterii państwowej „odbiją mu się w przyszłości czkawką” - przez oskarżenia o defraudację funduszy loterii straci protekcję, przyjaźń i wsparcie finansowe Stanisława Augusta Poniatowskiego i stanie się persona non grata w Warszawie. We fragmentach przetłumaczonych przez Tadeusza Everta czytelnik odnajdzie też historię burzliwego związku Casanovy ze sprytną prostytutką Charpillon. Awantury, rękoczyny, obsesja na punkcie niedoszłej kochanki, która wodzi bohatera za nos, zaowocują kolejnym pobytem w więzieniu. Chyba najciekawsze, z punktu widzenia polskiego czytelnika, są fragmenty „Pamiętników” dotyczące pobytu Casanovy nad Wisłą. Uczestniczył on w słynnych obiadach czwartkowych, cieszył się przyjaźnią Czartoryskich, pojedynkował z Franciszkiem Ksawerym Branickim (oczywiście chodziło o kobietę – piękną tancerkę Teresę Casaci). Pobyt w Warszawie kończy polski przekład „Pamiętników”. Dzieło to w całości można przeczytać za darmo, po angielsku, w ramach Projektu Gutenberg zostało bowiem przetłumaczone z francuskiego oryginału. Niedawno Amazon wyemitował pilotowy odcinek serialu „Casanova”, główną rolę powierzono meksykańskiemu aktorowi – Diego Lunie. Historia przedstawiona w serialu rozpoczyna się od ucieczki słynnego uwodziciela z weneckiego więzienia, później bohater trafia do Paryża, gdzie wkrada się w łaski samej madame de Pompadour. Zapowiada się interesująco. W ramach zachęty czytelniczej dodam, że w 1834 roku „Pamiętniki” Casanovy zostały umieszczone na indeksie ksiąg zakazanych przez Kościół katolicki. Ja korzystałam tym razem z audiobooka, przyjemny głos Waldemara Barwińskiego umilał mi rutynowe prace domowe i codzienne spacery. Polecam. Na zakończenie mój ulubiony cytat autorstwa Casanovy: „Strzeż się tego, kto czytał tylko jedną książkę.”

wtorek, 1 września 2015

„13 pięter” Filip Springer

„Gdzież są twoje szklane domy?” 
„Przedwiośnie” Stefan Żeromski

foto: archiwum własne


„13 pięter” Filipa Springera to opowieść o nieistniejącym bloku, na którą składają się prawdziwe ludzkie dramaty związane z podstawową potrzebą każdego człowieka – chęcią posiadania własnego lokum. Nie przypuszczałam, że z tak mało atrakcyjnego tematu, jakim są zawirowania na rynku mieszkaniowym można wycisnąć wbijający w fotel reportaż. Nie mogłam odłożyć tej książki. Pod koniec byłam już tak wkurzona, że z trudem zasnęłam po lekturze. Historie opisane przez autora najłagodniej mówiąc bulwersują. Czyściciele kamienic i ich ohydne praktyki, drobne cwaniactwo deweloperów i te większe afery, jak chociażby upadek Ganta, beztroska banków jeśli chodzi o udzielanie kredytów w obcej walucie – to tylko uwertura, najgorsza jest ludzka świadomość, a raczej jej brak. A może to po prostu brak wyjścia, jakiegoś sensownego rozwiązania? Od dzieciństwa wszyscy wmawiają nam: dorosłość to odpowiedzialność. Kończysz studia albo nie i idziesz do pracy, potem mieszkanie lub dom, rodzina i kredyt, bo tak trzeba, każdego to czeka. Czy jest alternatywa? Ja nie bardzo ją widzę, szczególnie, gdy rodzina się powiększa. Ciężko mi wyobrazić sobie tułaczkę od jednego wynajętego mieszkania do drugiego z małymi dziećmi. Co na to rząd? No cóż, problemem jest kadencyjność, niechęć do podejmowania długoterminowych zobowiązań, rzekłabym krótkowzroczność. Choć planów rozwiązania trudnej sytuacji najuboższych było wiele, już za czasów dwudziestolecia międzywojennego, o czym mówi pierwsza część książki, zawirowania u władzy skutecznie utrudniały ich realizację. Ponadto tanie budownictwo okazywało się być oszczędne jedynie na papierze, w praktyce do mieszkań/ domów tworzonych teoretycznie dla robotników wprowadzali się Ci, którzy pieniądze mieli – urzędnicy, dyrektorzy, wszelkiej maści działacze i zarządzający, a nie potrzebujący pomocy bezdomni. Dziś sytuacja wcale nie wygląda różowo. Nowe mieszkania buduje się na potęgę, niedaleko mnie naliczyłam sześć nowych inwestycji, działają rządowe programy wsparcia dla młodych, ale to nie wystarcza. Poza paroma wyjątkami, wśród znajomych nie mam osoby, która mogłaby się poszczycić kupnem mieszkania za gotówkę. Niektórzy lokum dostali od rodziców, inni wynajmują, mimo trzydziestki na karku, pozostali są natomiast skazani na kredyt. To jest dramat. A jeszcze większy jeśli kiedyś uwierzyło się w zapewnienia wszelkiej maści doradców brzmiące mniej więcej tak jak słowa Ryszarda Petru, cytowanego w książce: „Złoty będzie się wzmacniał. Kredyty we frankach jeszcze długo pozostaną bezpieczne i opłacalne” (2008 rok). Problem braku wsparcia ze strony władz (nie ma możliwości najmu instytucjonalnego, bo państwo nie buduje mieszkań na wynajem), pazerności banków i deweloperów (choć nie zawsze i nie wszędzie) to tylko część obrazka. Czynnik ludzki jest nie mniej istotny. Niemal każdy żywi przekonanie, że tylko we własnym mieszkaniu/domu może osiągnąć szczęście i poczucie spełnienia, dlatego decyduje się na wieloletnie zobowiązanie kredytowe, często nie przewidując konsekwencji finansowych takiej sytuacji, o czytaniu umów ze zrozumieniem nawet nie wspomnę. Dodatkowo trzeźwy osąd zaburzają nieustające przekazy reklamowe, świadczące o tym, że dopiero jak weźmiesz kredyt staniesz się „kimś”, osiągniesz sukces. Plus koszmarne poczucie winy – nie masz gdzie mieszkać, nie stać Cię na kredyt, to wszystko dlatego, że za słabo się starasz. Jest to mocna, przygnębiająca książka, z której nie wynika, że sytuacja na rynku mieszkaniowym w najbliższych latach się poprawi. Springer wykłada kawę na ławę, ta prawda o naszej rzeczywistości smakuje niestety bardziej jak łyknięta na raz beczka dziegciu, niż powoli sączone espresso. Dla mnie wisienką na torcie jest wspomnienie jednego z moich ulubionych architektów – Le Corbusiera i jego pięciu zasad architektury nowoczesnej w pierwszej części reportażu. Nie byłabym też sobą, gdybym nie zwróciła uwagi na kuriozum w postaci sformułowania „uszczypnąć się wzrokiem”. Lekturę gorąco polecam, tym bardziej nerwowym zalecam kubek melisy przed.
***
Poniżej kilka fotografii mojego autorstwa z Marsylii, dwa lata temu pojechałam tam, między innymi dla Unité d'Habitation (Jednostka mieszkaniowa), bloku zaprojektowanego przez Le Corbusiera. Na żywo robi rewelacyjne wrażenie, na dachu znajduje się basen, a na 50 piętrze hotel i restauracja Le Corbusier.