piątek, 29 sierpnia 2014

“Sprzedawca broni” Hugh Laurie

Wydawać by się mogło, że prawdziwych polihistorów już nie ma. Ich epoka przeminęła wraz z odejściem Leonarda da Vinci. Jednak obserwacja takich postaci jak Woody Allen (uwielbiam książki "Czysta anarchia" i "Obrona szaleństwa"), Jose Carlos Somoza (wszystkie jak dotąd wydane powieści tego autora są godne polecenia), Hiromi Kawakami, Ferdinand von Schirach czy Hugh Laurie przeczy temu twierdzeniu. Świetny aktor, scenarzysta filmowy, pisarz i muzyk. Większości znany z doskonałego serialu “Dr House”, niektórym kojarzy się z jazzem, bluesem i płytą “Let them talk”, a innym właśnie z książką “Sprzedawca broni”. Głównym bohaterem tej powieści jest były szkocki żołnierz Thomas Lang, który otrzymuje zlecenie zabójstwa przedsiębiorcy, Aleksandra Woolfa. Propozycję oczywiście odrzuca i postanawia ostrzec swoją niedoszłą ofiarę przed grożącym jej niebezpieczeństwem. Wszystko to rozpoczyna łańcuch niesamowitych wydarzeń i zwrotów akcji. Mamy tu tajny amerykański projekt zbrojeniowy o kryptonimie “Absolwent”, organizację terrorystyczną o wdzięcznej nazwie “Miecz Sprawiedliwości”, niezbyt inteligentnych śledczych, a także piękne i wyrafinowane kobiety. Słowem wszystko, co powinno się znaleźć w dobrej powieści sensacyjnej. Książka jest ponadto bardzo dobrze napisana. Humor przypomina trochę ten w tetralogii fryzjerskiej Mendozy. Jest połączeniem dowcipu, ironii, abstrakcji, absurdu i miejscami ociera się o totalną głupotę, ale mnie rozbawił. Lang jest przy tym złośliwy i arogancki, dokładnie w typie “Dr Housa”. Nie można mu za to odmówić zdolności logicznego myślenia, podejmowania trafnych decyzji. Ponadto, podobnie jak serialowy lekarz uwielbia motocykle, nie pogardzi też szklaneczką whiskey. Niewątpliwym atutem powieści są poprzedzające każdy rozdział cytaty między innymi z Waltera Scotta, Szekspira, Oscara Wilde'a, Marcela Prousta, Rudyarda Kiplinga. Czyta się szybko, z tego co pamiętam. Tym razem miałam bowiem do czynienia z audiobookiem. Głos Jarosława Rebendy jest przyjemny dla ucha, niestety dwukrotnie udało mi się zasnąć dzięki tej ciepłej barwie podczas wieczornego słuchania. Wielka szkoda, że nie doszło do powstania filmu. Miał go nakręcić John Malkovich, a scenariusz miał zostać napisany przez samego Hugh Lauriego. Panowie spotkali się dwukrotnie na planie, wspólnie zagrali w “Człowieku w Żelaznej Masce”i w teledysku do piosenki Annie Lennox "Walking on Broken Glass".

“Przestępstwo” Ferdinand von Schirach

foto: Wydawnictwo WAB
Kolejny, doskonały zbiór opowiadań niemieckiego prawnika. Ponownie mamy do czynienia z oszczędnym, pozbawionym ozdobników językiem. Autor zwięźle opisuje niewiarygodne przypadki ze swojej kariery, unikając przy tym nadmiernego epatowania słownictwem prawniczym. Niezmiennie zadziwia bogactwo poruszanych tematów. Po pierwszym opowiadaniu- “Fähner” stwierdziłam, że przestanę być zołzowatą żoną, gdyż może się to dla mnie źle skończyć, nawet przy z pozoru nieograniczonych pokładach cierpliwości mojego męża. Ostatni z kolei utwór -“Etiopczyk” zachwycił mnie opisami prac na plantacji kawy, autor przedstawił proces od samego początku- zbiorów ziaren, poprzez suszenie i oczyszczanie, aż do transportu do fabryki oraz późniejszą modernizację pola upraw. W opowiadaniach pojawia się galeria niesamowitych postaci- schizofrenik paranoidalny, utalentowana wiolonczelistka, zabójca działający na zlecenie, strażnik muzealny, członek japońskiej mafii, para ulicznych wyrzutków. Same sprawy nie są do końca jednoznaczne. Tak jakby autor pragnął udowodnić tezę z cytatu wstępnego, słów Wernera K. Heisenberga: “Rzeczywistość, o jakiej potrafimy mówić, nigdy nie jest rzeczywistością samą w sobie.” Oczywiście nie mogę pozostawić bez komentarza wspomnienia Jima Jarmuscha we wstępie do książki autorstwa samego Ferdinanda von Schiracha. Myślę, że gdyby zrobił ten film o człowieku wychodzącym z psem, byłby on zdecydowanie ciekawszy niż “Nieustające wakacje”, które popełnił w 1980 roku. To prawda, że czyta się te opowieści z zapartym tchem. Nie chodzi wcale o winę, czy poczucie sprawiedliwości. Są to czasami rozdzierające historie ludzkich porażek, upadku moralnego, niespełnionych marzeń, ukrytych tęsknot. Niektóre kończą się dobrze jak “Szczęście” czy wspomniany “Etiopczyk”. W niektórych prawdziwy winowajca nie zostaje nigdy skazany, jak w “Jeżu” czy “Summertime”. W książce nie brakuje opisów brutalnych przestępstw, poćwiartowanych ciał, odciętych palców, ran kłutych. Jest też sporo pięknych historii, o poświęceniu, o miłości, dotrzymywaniu słowa, honorze, ludzkiej szlachetności. Ferdinand von Schirach uważa, że każde z nas stąpa po bardzo cienkiej powierzchni zamarzniętej wody, w każdym momencie naszego życia tafla lodu pod naszymi stopami może się załamać. To, czy tak się stanie, czy wkroczymy na złą drogę, zależy wyłącznie od szczęścia danej jednostki...To, co szalenie sobie cenię u tego autora, to bijący ze wszystkich jego książek obiektywizm, skromność.

wtorek, 26 sierpnia 2014

“Rozmowy telefoniczne” Roberto Bolaño

Bardzo długo, bo ponad rok, zwlekałam, zanim sięgnęłam po tego chilijskiego pisarza. Powodem była jego niechęć do jednej z moich ulubienic- Isabel Allende. (Tym bardziej dla mnie niezrozumiała, że autor sympatyzował z jej wujem Salvatore Allende.) W końcu zdecydowałam, że już czas zapoznać się bliżej z jego twórczością. W tym celu wybrałam opowiadania. Już sam wybór cytatu wstępnego: "Któż lepiej zrozumie mój strach niż pan?" (Czechow) świadczy o fascynacji rosyjską literaturą. (I nie tylko, autor był zagorzałym zwolennikiem komunizmu.) Wspomnienie Puszkina, Czechowa, Bułhakowa, Dostojewskiego, Gogola przewija się w wielu utworach. “Rozmowy telefoniczne” podzielone są na trzy części, w pierwszej i drugiej mamy po pięć opowiadań, w ostatniej cztery. W sumie czternaście perełek, a każda inna. Mamy tu pisarzy nieustannie biorących udział we wszelkich dostępnych konkursach literackich, przybiera to wręcz chorobliwą formę, jak w opowiadaniu “Sensini”. Mamy autorów, niedocenianych początkowo, a następnie dochodzących do głosu z pomocą sprzyjających okoliczności politycznych, jak Henri Simon Leprince (utwór o tym samym tytule). Poetów szalonych, jak Enrique Martin, ścigających UFO i świadków spotkań trzeciego stopnia. Pisarzy rywalizujących ze sobą, żartujących z siebie nawzajem (“Literacka przygoda”). Tytułowe “Rozmowy telefoniczne” przedstawiają natomiast toksyczny związek, który kończy się morderstwem. Galeria osobliwych postaci, ich związków, obserwacja ich relacji z otoczeniem, to clou opowiadań Bolaño - poza pisarzami, Robak, rosyjscy mafiosi, gwiazda filmów porno, dwie starsze panie z psami uciekające przed czyhającym na nie zabójcą, policyjni detektywi, nieszczęśliwe, tajemnicze kobiety. W niektórych historiach, takich, jak chociażby “Detektywi” autor przemyca wątki autobiograficzne. Opisuje swój kilkudniowy pobyt w więzieniu w Chile podczas zawirowań politycznych, puczu wojskowego generała Pinocheta. Odsunięto wtedy (w 1973 roku) od władzy Salvatore Allende, z którym Bolaño sympatyzował, a więzienia zasiliły rzesze jeńców politycznych. Pisarzowi na pomoc pośpieszyli pracujący jako tytułowi “Detektywi” koledzy z licealnej klasy. Po latach znajomy autora odniósł się krytycznie do opisu tych wydarzeń, wyraził wręcz wątpliwości czy w ogóle w 1973 roku Bolaño znajdował się w Chile. Podejrzewa się, że historie, w których występuje tajemniczy B. to również zakamuflowane epizody z życia autora. Mi odpowiada jego gawędziarski styl pisania, być może nie podzielam wszystkich fascynacji literackich, ale jedna rzecz zdecydowanie przykuła moją uwagę- nawiązanie do “Przemiany” Kafki w pierwszym opowiadaniu, skąd mój umysł zawędrował do “Samsa in Love” Murakamiego. Od razu poczułam, że to nie będzie ostatnia książka Bolaño jaką przeczytam.

sobota, 23 sierpnia 2014

"Tabu" Ferdinand von Schirach

foto: Wydawnictwo WAB
Kolejna, znakomita powieść niemieckiego prawnika (opisywałam już "Sprawę Colliniego" i zbiór opowiadań "Wina"). Wszystko w tej książce jest przemyślane, każdy detal ma znaczenie, do tego dochodzi oszczędny, minimalistyczny styl narracji, bez ornamentów. Punktem wyjścia jest teoria widzenia barwnego Younga-Helmholtza. W wielkim skrócie chodzi o to, że w oku, na powierzchni ludzkiej siatkówki znajdują się trzy rodzaje fotoczułych receptorów. Absorbują one światło widzialne o różnym zakresie długości fali promieniowania elektromagnetycznego. Jednakowe pobudzenie wszystkich rodzajów receptorów powoduje wrażenie bieli, częściowe pobudzenie daje wrażenia barwne, a brak pobudzenia to czerń. Równie istotny dla fabuły powieści jest opis dagerotypii. Zaraz po tych dwóch krótkich, niezwykle istotnych informacjach rozpoczyna się właściwa treść. Poznajemy głównego bohatera- Sebastiana Eschburga- chłopca wrażliwego na piękno świata, posiadającego niezwykłą zdolność pogłębionego widzenia barw. Tam, gdzie inni widzą tylko biel, on odróżnia jej dwadzieścia odcieni. Dzieciństwo Sebastiana, które spędził w internacie, naznaczone jest traumą- samobójstwo ojca, oziębłość matki, brak akceptacji ze strony ojczyma. Świat zewnętrzny staje się dla chłopca coraz bardziej odległy, zyskuje za to jego wnętrze- godzinami przesiaduje w szkolnej bibliotece i pochłania kolejne tomy. Po skończeniu szkoły odbywa staż u renomowanego fotografa. Wkrótce otwiera własne studio. Jest tak dobry, że w wieku 25 lat osiąga sławę, fotografuje aktorów, pisarzy, polityków, robi duże kampanie między innymi dla znanych firm energetycznych. Jednocześnie sam tworzy sztukę. Bazą wyjściową do pierwszej instalacji jego autorstwa, która zapewnia mu międzynarodową karierę są obrazy Goi "Maja naga" i "Maja ubrana". Koleje dzieło bazuje na różnych kreacjach kobiety w sztuce, punktem wyjściowym jest obraz "Wenus z Urbino" Tycjana, choć ja, przyznam szczerze, zwróciłam uwagę na inny obraz- "Wenus z lustrem" Velazqueza (może dlatego, że uwielbiam "Panny dworskie" tego malarza i godzinami wpatrywałam się w Prado w ten obraz). Można by powiedzieć, ze przed bohaterem życie stoi otworem...a tymczasem dopada go oskarżenie o morderstwo. Zbrodnia doskonała- tożsamość ofiary nieznana, ciała również nie odnaleziono. Zaczyna się młyn, proces poszlakowy, torturowanie oskarżonego. Obrońcą Sebastiana zostaje sławny adwokat Konrad Biegler. Co się wydarzy, czy sprawiedliwość zwycięży, gdzie leży prawda? To nie wszystkie pytania, na jakie odpowiada ta książka. Warto by jeszcze zadać pytanie o granicę sztuki i artystycznej ekspresji. Nie chcę jednak już nic zdradzać. Powieść trzyma w napięciu i czyta się ją z wypiekami na policzkach. Gorąco polecam. Zawiera wszystkie ukochane przeze mnie elementy- doskonałą intrygę, sztukę, fotografię, intrygującego bohatera-introwertyka i to niejednego.

środa, 20 sierpnia 2014

“Hańba” J.M. Coetzee

Z noblistami i zdobywcami wszelakich nagród typu Booker, Nike mam zawsze iście gombrowiczowski problem – jeśli coś trzeba czytać, bo ktoś “wielkim pisarzem był/jest” to mnie automatycznie odrzuca. Z tego powodu dopiero teraz (Nobel 2003) sięgnęłam po Coetzee, dla przykładu Mo Yan jeszcze leży i“dojrzewa” na półce. “Hańba” jest lekturą niezywkle ciężką, zwłaszcza dla kobiety. Czytając czułam się jakbym zapadała na dwubiegunową chorobę afektywną, na początku nie lubiłam głównego bohatera, później przełamałam się i zaczęłam go lubić tylko po to, żeby kilkadziesiąt stron później zacząć go nienawidzić a za chwilę mu współczuć. David Lurie, profesor kapsztadzkiego uniwersytetu jest po prostu człowiekiem, który nie potrafi wzbudzić sympatii w czytelniku- to zblazowany, znudzony życiem, podstarzały playboy i egoista. W ostatnim porywie żądzy (albo nie jest wykluczone, że z nudów) nawiązuje romans z jedną ze swoich studentek. Nie trwa to długo, ale wystarcza, żeby zniszczyło mu karierę. Dziewczyna na niego donosi, komisja dyscyplinarna usuwa go z uczelni, Lurie podkula ogon i ucieka na wieś do córki. Relacja między nim a Lucy jest delikatnie mówiąc napięta. I niestety do końca powieści lepiej nie będzie. Na farmę napadają autochtoni, okradają ją i dokonują gwałtu na córce profesora. I tu następuje coś, czego nie rozumiem i nie mogłam znieść tego w książce, w usta kobiety włożone jest tak absurdalne wytłumaczenie tej sytuacji, że długo przecierałam oczy, żeby zobaczyć, że Coetzee naprawdę to napisał. To wydarzenie pokazuje, że David Lurie ma jednak jakieś uczucia, może odczuwać lęk, współczucie, niepokój o córkę, bezsilność- w chwili największej próby zawiódł jako ojciec. Próbuje zaopiekować się Lucy, szuka sprawiedliwości. Tymczasem okazuje się, że w Afryce możliwa jest sytuacja, w której sprawców nie spotka kara, co więcej córka profesora będzie musiała żyć niemalże pod jednym dachem z jednym z oprawców. Książka ukazuje przemianę jaka zachodzi powoli w głównym bohaterze, ukazuje też nieuchronność przemijającego czasu (Lurie ma ogromny kłopot z zaakceptowaniem tego, że najlepsze lata ma już za sobą). Profesor tylko przez krótką chwilę pokazuje nam naprawdę ludzkie oblicze- podczas usypiania zwierząt w klinice i kiedy towarzyszy im w ostatniej drodze do krematorium...

“Za rękę z Koreańczykiem” Anna Sawińska

Bardzo interesująca książka, śmiem twierdzić, że pozycja obowiązkowa dla miłośników Korei, ale też dla tych, którzy chcą się czegoś na temat tego kraju dowiedzieć. Jest to zbiór wywiadów, które autorka przeprowadziła z polsko- koreańskimi parami. Okazuje się, że mimo ogromnych różnić kulturowych można stworzyć, w większości przypadków, szczęśliwy związek (jedno małżeństwo niestety się rozpadło). Czyta się bardzo szybko, pewnie za sprawą bohaterów, opisani ludzie są niezwykle interesujący, czytelnik z automatu ma ochotę ze wszystkimi się zaprzyjaźnić i dlatego tak trudno się oderwać od lektury. Pytania, jakie Pani Ania zadaje dotyczą nie tylko różnic kulturowych (które nota bene w większości przypadków zdają się nie mieć większego znaczenia), ale też dotykają spraw bardzo osobistych jak dzieci, charakter partnera, jak wyglądały początki znajomości, jakie są plany na przyszłość. Autorce udało się dotrzeć nawet do pary o innej orientacji. Dowiadujemy się (chociaż już w audycji “Zakorkowani” ten temat był szeroko omawiany) jak wygląda stosunek Koreańczyków do osób homoseksualnych (przez długie lata dominował pogląd, że homoseksualizm to choroba zakaźna przywleczona z Zachodu, a w Korei gejów nie ma i już), czy łatwo nawiązać realację z autochtonem, czy można swobodnie manifestować swoją odmienność w miejscach publicznych. To, co mi się podoba, to to, że mieszkańcy Półwyspu Koreańskiego nie wnikają w życie osobiste, tam nikt nie czeka na rogu na homoseksualistę z jakimś kijem w ręku albo nie obrzuca się tęczowej parady kamieniami. U nas niestety sytuacja wygląda nieco inaczej. Ogromnym plusem książki są przypisy autorstwa Pani Ani, jest tam mnóstwo ciekawostek, które mogą przybliżyć historię, kulturę Korei osobie zainteresowanej. “Za rękę z Koreańczykiem” ma też pewien uniwesalny przekaz- nie jest ważne z kim się zwiążesz, jakiej narodowości jest Twoja druga połówka- to przede wszystkim człowiek, któremu należy się szacunek, a związek, by relacja była trwała i satysfakcjonująca obie strony, wymaga ogromnych nakładów pracy.

“W cieniu drzewa granatu” Tariq Ali

foto: archiwum własne
Oto przedstawiam Wam rozwiązanie zagadki zdjęciowej, która pojawiła się niedawno na Buk nocą. Jest to pierwszy tom serii pomyślanej na pięć części (“Kwintet Muzułmański”). Opowiada o ścieraniu się islamu i chrześcijaństwa w Europie wieków średnich. Książka rozpoczyna się mocnym akcentem- barbarzyńskie palenie arabskich ksiąg w Grenadzie, na szczęście ocalały te dotyczące wiedzy medycznej. Od razu przychodzą mi na myśl skojarzenia z paleniem książek przez hitlerowców w 1933 czy też mniej oczywiste dla europejczyka niszczenie chińskich dzieł za czasów cesarza Qin Shi Huang, kiedy to spalono między innymi oryginalny “Pięcioksiąg konfucjański”. Autor wielokrotnie podkreśla walkę chrześcijaństwa z islamem, kolejnym takim akcentem jest przedstawienie pięknej, mistrzowsko wykonanej szachownicy, w której naprzeciw siebie stają figury Maurów kontra dwór Izabeli Kastylijskiej i Ferdynanda Aragońskiego. Z drugiej jednak strony odnajdujemy cytaty świadczące o potępieniu starć na tle religijnym. Dla przykładu: “Fałsz przeniknął świat tak głęboko, Że skłócone sekty krytykują nawzajem swe święte księgi. Gdyby nienawiść nie była ludziom przyrodzona, Kościoły i meczety stałyby obok siebie.” Mamy tu opowiedzianą z rozmachem historię klanu Al- Hudajl, tajemnice rodu przeplatają się z niesamowitymi zwrotami akcji. W tym samym czasie wysłannicy pazernej hiszpańskiej królowej próbują zniszczyć wszelkie przejawy arabskiej kultury. Islam jest coraz mocniej wypierany przez chrześcijaństwo, aby zachować życie Maurowie są zmuszeni postawić na szali swój honor. Nie mają wyboru- chrzest albo śmierć. Tam, gdzie kończy się siła argumentów, zaczyna się Inkwizycja...Martwi mnie trochę tak jednostronne przedstawianie problemu (pełen wątpliwości Wadżid az- Zindik to dla mnie za mało)- źli chrześcijanie versus dobrzy muzułamanie. To fakt, że zbrodnie rycerzy hiszpańskiej korony są nie do przeskoczenia, ale też nie oszukujmy się- islam nie może uchodzić za religię pokoju. Przedstawienie roli kobiety i stosunku wyznawców Proroka do płci pięknej też jest trochę nierealne. W książce niewiasty spotykają się z szacunkiem, Umar często naradza się z Zubajdą i sięga po jej opinie, podczas gdy współcześnie słyszymy makabryczne historie o kamieniowaniu kobiet czy oblewaniu żrącym kwasem. Ciekawostką jest wspomnienie postaci Ibn Sina czyli Awicenny, ojca medycyny. (Warto nadmienić przy okazji powieść “Medicus” Noah Gordona, gdzie Ibn Sina i dzieło jego życia są szerzej opisane.) Jedna z bardziej wzruszających scen w powieści ma miejsce w meczecie, po piątkowej modlitwie, gdy mieszkańcy Al- Hudajl próbują podjąć decyzję co do dalszych losów wioski. Spotkanie kończy się wspólnym recytowaniem sury przez muzułmanów, Żydów i chrześcijan. To chyba jedyne miejsce w Andaluzji, gdzie jest jeszcze możliwa pokojowa koegzystencja zwaśnionych religii...ale nie na długo, gdyż Jimenez de Cisneros (bardzo barwnie opisana postać), inkwizytor generalny, postawnowił położyć temu kres...Książka obfituje w szereg myśli, które możemy odnieść w zasadzie nie tylko do islamu czy chrześcijaństwa tylko do każdego wielkiego kultu- “pasja prostaków może zniszczyć nawet najnowocześniejszą religię świata”. “Ludzie są religijni albo z przymusu, albo z przyzwyczajenia”. Ci, którzy aktualnie są na diecie powinni uważać na bardzo atrakcyjne opisy arabskich dań, czytając powieść późnym wieczorem miałam ślinotok i burczało mi w brzuchu okropnie. Nie powiem jak potoczyły się losy banu Al- Hudajl- musicie przekonać się sami. Powiem natomiast, że jeśli ktoś szuka wiarygodnego opisu losów Grenady za czasów panowania Izabeli i Ferdynanda, wtedy, gdy na tronie papieskim zasiadał słynny Borgia, powinien sięgnąć po tę książkę. (Polecam też w tym miejscu “Rękę Fatimy” Ildefonso Falconesa.) Nawet dziś spacerując po dziedzińcu Alhambry, czy meczecie w Kordobie, kiedy ogląda się unikatowe przykłady ceramiki lusterkowej słychać szeptaną cicho basmalę...

“Wegetarianka” Han Kang

foto: archiwum własne
Jest to dziwna, fascynująca a zarazem przerażająca lektura. Opisano w niej losy kobiety, która z dnia na dzień, pod wpływem sennego marzenia, postanawia zostać wegetarianką. Jej decyzja nie spotyka się ze zrozumieniem ze strony najbliższej rodziny. Historia ta przedstawiona jest z perspektywy jej męża, szwagra i starszej siostry. Czytając opowieść męża bohaterki za każdym razem, gdy pojawiało się stwierdzenie “miałam sen” płynące z ust Yong-hye miałam skojarzenie z filmem “Sny” Akiry Kurosawy...Bohaterka, trwająca zdecydowanie przy swoim postanowieniu, podczas rodzinnego obiadu doświadcza agresji ze strony swojego ojca, który usiłuje zmusić ją do zjedzenia mięsa. Sytuacja szybko wymyka się spod kontroli- wieczór kończy się nieudaną próbą samobójczą Yong-hye. W następnej odsłonie mamy do czynienia z opowieścią szwagra wegetarianki. Autorka powieści stawia tu ważne pytania, do którego momentu totalne pofolgowanie najniższym instynktom możemy jeszcze nazwać sztuką? Jak daleko artysta może posunąć się w realizacji swoich wizji? W tym miejscu mój umysł automatycznie zawędrował do twórczości Jose Carlosa Somozy i hiperdramatyzmu przedstawionego w powieści “Klara i półmrok”. Tam ludzie stają się żywymi dziełami sztuki, gruntuje się ich jak płótna, maluje, a następnie wystawia w galeriach albo domach prywatnych kolekcjonerów. Podobnie jak “Wegetarianka” “Klara i półmrok” przekracza pewne granice, zagłębia się w mroczne zakamarki ludzkiej natury, obie książki posiadają silny ładunek erotyczny. Przygoda ze szwagrem kończy się dla bohaterki tragicznie- przymusowym pobytem w szpitalu psychiatrycznym. Yong-hye coraz bardziej traci kontakt z rzeczywistością, odmawia spożywania nie tylko mięsa, ale w ogóle jakichkolwiek pokarmów, przy czym twierdzi, iż zamienia się w drzewo. Diagnoza: ciężka postać schizofrenii połączona z anoreksją to dla głównej bohaterki wyrok. Interpretacja powieści nie powinna być jednak tak jednoznaczna. Tu chodzi o coś więcej, o głęboki szacunek dla natury? Czy człowiek jest tylko człowiekiem czy też częścią przyrody, większego systemu? Czy może siłą woli zmienić się w coś innego, roślinę, kwiat, drzewo? Pod tym względem proza Han Kang kojarzy mi się z twórczością Hiromi Kawakami, szczególnie zbiorem opowiadań “Nadepnęłam na węża”. Tutaj świat zwierząt, roślin i ludzi nie ma wyraźnych granic, czytelnik czuje się jakby śnił na jawie, te oniryczne marzenia i skojarzenia konstruują naszą tożsamość biologiczną, psychologiczną i seksualną, pobudzają naszą podświadomość, uruchamiają wyobraźnię. Podobnie jak w “Wegetariance” nie wszystko da się ogranąć umysłem. Wreszcie mamy na końcu historię trudnej siostrzanej miłości. Yong-hye sięga dna, ale pociąga za sobą również swoją siostrę, niszcząc jej relacje z mężem i rodzicami. Jedyną osobą, która towarzyszy tytułowej bohaterce do samego końca jest właśnie In-hye...Bardzo trudna, wieloznaczna, zmuszająca do myślenia powieść. Polecam.

“Fahrenheit 451” Ray Bradbury

foto: archiwum własne
Czy potraficie wyobraźić sobie świat bez literatury? Świat, w którym czytanie i posiadanie książek jest zakazane? Taka jest rzeczywistość, w której żyje główny bohater- strażak Guy Montag. Jego zadaniem jest tropienie posiadaczy książek, a następnie widowiskowe palenie tomów na oczach przerażonych właścicieli, niekiedy wraz z nimi. Tak, to nie pomyłka, w tej futurystycznej wizji strażacy zajmują się podpalaniem, a nie gaszeniem pożarów. Spotkanie z dociekliwą, oczytaną, wrażliwą siedemnastolatką otwiera Guyowi oczy na świat, zmusza do zastanowienia czy to, czym się zajmuje, jak żyje przynosi mu upragnione szczęście. Powoli następuje przemiana Montaga w żarliwego obrońcę literatury. Zaczyna przynosić do domu uratowane książki, ukrywa je... Jego żona, niedoszła samobójczyni, wegetuje tymczasem pochłonięta wykreowanym przez media światem, łykając raz po raz pigułki szczęścia, podobnie zresztą jak większość społeczeństwa. Irytujące są jej płytkie rozmowy (w tonie pogaduszek u fryzjera) z przyjaciółkami na temat wojny, polityki. (Stany Zjednoczone są największą światową potegą w stanie permanentnej wojny, której karmieni medialną papką ludzie nawet nie zauważają.) Podczas jednego z takich spotkań Guy Montag wyciąga, ku zgrozie kobiet, tomik poezji i zaczyna czytać. Resztę możemy sobie wyobraźić- donos, próba aresztowania bohatera, palenie jego książek. Na szczęście Montagowi udaje się uciec i dołączyć do takich jak on wyrzutków społeczeństwa – byłych nauczycieli, profesorów literatury, pisarzy koczujących na obrzeżach miasta. Ludzie Ci usiłując zapewnić wielkim dziełom przetrwanie zapamiętują treść książek...I to w wielkim skrócie fabuła książki, pozycji obowiązkowej dla każdego czytającego. Jest to tylko pierwsza warstwa. Powieść najeżona jest symboliką – feniks, drzewo życia, metaforami, cytatami. To nie jest proste czytadło, które odfajkowane szybko ucieka z głowy. Jest to wizja przyszłości- ostrzeżenie, napisana w 1950 roku, ale nadal przeraża i może się ziścić w każdej chwili. W momencie, w którym ludzie przestaną czytać, samodzielnie myśleć i wyciągać wnioski, pozwolą by ktoś inny- media, politycy zaczął robić to za nich jesteśmy skończeni. Na koniec kilka ciekawostek związanych z powstaniem powieści. Ray Bradbury pisząc ją w 1950 roku, z braku funduszy, korzystał z wynajętej w jednej z bibliotek maszyny do pisania - 10 centów na pół godziny. Pierwsza wersja książki kosztowała $ 9.80. Autor bazował na swoich wcześniejszych opowiadaniach: Bonfire, Bright Phoenix, The Exiles, Usher II, The Pedestrian, The Firemen. Jeśli chodzi o cytaty sam pisarz mówi, że ze względu na ograniczony czas wyciągał przypadkowe książki z półki i tam szukał odpowiednich zdań na chybił- trafił, ale ciężko mi w to uwierzyć. Jedyną osobą, która kupiła prawa do powieści i zdecydowała się ją wydać w 1953/54 roku był nie kto inny, jak sam Hugh Hefner. Książka została wydrukowana w częściach, w drugim, trzecim i czwartym numerze raczkującego Playboya. Tak więc za jego początkowym sukcesem nie kryją się jak widać obfite kształty ponętnych kobiet lecz wybitna literatura.  Na motywach książki oparty jest podobno scenariusz “Equilibrium”, choć skoncentrowana raczej na seksownych kościach policzkowych Christiana Bale'a nie zauważyłam... W 1966 roku powstał film “Fahrenheit 451”, który jest dosyć wierną ekranizacją powieści.

“Paryż śladami pisarzy” Jean- Paul Caracalla

foto: archiwum własne
Zupełnie inne spojrzenie na wielkich francuskich (i nie tylko) pisarzy, nie przez pryzmat ich dzieł, choć o nich też jest mowa, ale przez pryzmat przeprowadzek, kłopotów finansowych, politycznych i osobistych. Paryż przedstawiony jest jako mekka intelektualistów, z której wyrosły najtęższe umysły i największe talenty literackie. Autor zaczyna od Chateaubrianda- nieśmiałego, delikatnego, który nie mógł się początkowo odnaleźć w wielkim mieście, później jego życie i kariera, zarówno literacka, jak i polityczna nabiera rumieńców. Następnie jest zmuszony opuścić Paryż na skutek konfliktu z Napoleonem, w 1821 wraca do łask władzy, zostaje ambasadorem najpierw w Berlinie, później w Londynie, w 1823 przyjmuje tekę Ministerstwa Spraw Zagranicznych, jednak rok później zostaje zdymisjonowany. Jego życie składa się z cyklu ucieczek i powrotów do Paryża, tam też umiera 4 lipca 1848 roku. Kolejną postacią omawianą przez autora jest Stendhal, mediolańczyk, który początkowo Paryża nie lubi, mówi nawet “Nigdy nie osiądę we Francji, gdzie ci wiecznie niezadowoleni, nienawistni, antypatyczni i pełni pogardy Francuzi przyprawiają mnie o gęsią skórkę”. Jednak czas pokaże, że Stendhal pokocha to miasto ze wzajemnością, tu powstaną bowiem jego największe dzieła “Wędrówki po Rzymie”, “Czerwone i czarne”, “ Suora Scolastica”, “Pustelnia parmeńska”. Dalej Jean- Paul Caracalla opisuje losy Honoriusza de Balzaca. Życie autora “Komedii Ludzkiej” przedstawione jest jako komedia miejska- Balzac stale ucieka przed kochankami i wierzycielami, kryjąc się za fasadami obskurnych ruder, które w środku przypominają raczej złote pałace a nie skromne pokoje biednego pisarza...Więcej szczęścia ma za to autor “Nędzników”. Victor Hugo za sprawą talentu otrzymuje liczne stypendia, w tym dwie stałe pensje królewskie, które pozwalają mu na godziwe życie do roku 1848. Z wygnania, na które skazały go niespełnione ambicje polityczne, powraca do Paryża dopiero w 1870 roku. Jego twórczej pasji nie zachwieje nic- nawet tragedie osobiste- śmierć synów, córki i zięcia, obłęd żony, zdecydownie nic nie zostało mu oszczędzone. W jego osiemdziesiąte urodziny 600 000 tłum przynosi mu kwiaty, prezenty, wiwatuje na jego cześć. Jeszcze za jego życia, w 1881 roku ulica przy której mieszka- aleja d' Eylau zyskuje jego imię. Flauberta z kolei poznajemy za sprawą Fryderyka Moreau, głównego bohatera “Szkoły uczuć”. Wraz z nim pędzimy po ulicach i najmodniejszych lokalach Paryża w poszukiwaniu jego ukochanej- Marii Arnoux. Flaubert nie pała jednak dozgonną miłością do miasta, jego paryska przygoda kończy się w pustelni w Normandii, gdzie poświęca się pisaniu reszty swych dzieł. Oczywiście w książce nie mogło zabraknąć też miejsca dla Marcela Prousta, jego słynnej paryskiej “nory” (na pierwszym piętrze kamienicy przy bulwarze Haussmanna 102), to właśnie tam powstała większość “W poszukiwaniu straconego czasu”. Caracalla nie zapomina też o licznych pisarzach amerykańskich, którzy odwiedzali Paryż. Swe pierwsze kroki kierowali zazwyczaj do księgarni “Sheakspeare and Co.” (otwarta w 1919 roku, istnieje do dziś) lub do salonu Gertrudy Stein przy ulicy de Fleurus 27. Nie byłoby “Ulissesa” Jamesa Joyce'a gdyby nie Sylvia Beach (właścicielka “Sheakspeare and Co.”), która zdecydowała się go wydać w Paryżu (w krajach anglosaskich nie mógł być wydany ze względu na cenzurę). Księgarnię odwiedza też w 1921 Ernest Hemingway, który w Paryżu pracuje jako dziennikarz sportowy. To właśnie Hemingway'owi Fiztgerald wręcza do przeczytania powieść “Wielki Gatsby”, jak wiadomo nie tylko literatura połączyła tych wielkich geniuszy pióra- w równym stopniu cenili sobie mocne trunki. Przyjaźnili się lecz ich więź była dość szorstka- wzajemnie sobie zazdrościli sukcesów i talentu, dodatkowo szaleństwa Zeldy utrudniały im kontakty. Paryż odwiedził też Henry Miller ze swoją żoną June, przyjechał do Francji w 1928 roku z zamiarem zwiedzania jej na rowerze. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać bez końca, mnogość pisarzy, którzy mieszkali w Paryżu, odwiedzali miasto lub też współcześnie odwiedzają, świadczy o międzynarodowym prestiżu stolicy Francji, która stała się domem i inspiracją dla wielu pokoleń geniuszy. Na końcu książki Caracalla umieszcza dokładne adresy, pod którymi mieszkali, bądź też chwilowo przebywali pisarze, niektórych budynków już nie ma, a jedynym śladem po bytności sław są wmurowane w nowe obiekty tablice pamiątkowe.

“Wampir i inne opowiadania” Kim Youngha

foto: archiwum własne
Tak, to prawda, jestem ogromną fanką koreańskiej literatury i chętnie sięgam po dzieła pisarzy z Kraju Spokojnego Poranka. Tym razem jednak już kolejny raz (pisałam wcześniej o “Imperium świateł”) czytałam i polecam książkę koreańskiego- nie- koreańskiego autora. Twórczość Kim Youngha cechuje bowiem pewien uniwersalizm, który powoduje, że każdy może sięgnąć po jego książki i znaleźć coś dla siebie, niekoniecznie będąc wielkim fanem Korei. Unika on osadzania powieści i opowiadań w koreańskiej kulturze a odwołania jeśli nawet są to bardzo subtelne. Natomiast bardzo często pojawiają się postacie z zachodniej kultury- Oskar Wilde, Charles Baudelaire, Simone de Beauvoir, John Everett Millet, Paul Claudel (w opowiadaniu “Twoje drzewo” przywoływane jest jego dzieło “Drzewo”), Andy Warhol, Gian Lorenzo Bernini (rzeźba “Ekstaza Św. Teresy" w "Rozdzierając płótno"). Kiedy czytałam opowiadania myśli przeskakiwały mi od Gabriela Garcii Marqueza i realizmu magicznego (klimat w "Wampirze i innych opowiadaniach" jest podobny to tego w "Dwunastu opowiadaniach tułaczych" Marqueza) do Murakamiego. Podobieństwo do japońskiego pisarza widać szczególnie w opowiadaniach: “ Linia wysokiego napięcia”, “Twoje drzewo”, “Śrubokręt- moja miłość”, “Rozdzierając płótno”- bohaterowie Murakamiego u kobiet wyjątkowo cenią uszy, u Kim Youngha uwaga skierowana jest na kobiece stopy. Wymienione utwory przesycone są erotyzmem, tak jak twórczość Murakamiego. W opowiadaniach Kim Youngha jest też bardzo cienka granica między rzeczywistością a fikcją. Nawet nie wiemy, w którym momencie zwykła historia zmienia się w coś niezwykłego, magicznego. Autor tematy do swoich utworów znajduje w zasadze wszędzie- czasem jest to po prostu pech (“Co się stało z mężczyzną, który utknął w windzie?”), innym razem sprawa kryminalna (“Morderstwo w zakładzie fotograficznym”), przeprowadzka (opowiadanie o tym samym tytule), uderzenie pioruna (“Piorunochron”). Kim Youngha wykorzystuje również ciekawe zjawiska takie jak Ognie Św. Elma (“Piorunochron”), efekt motyla (“Twoje drzewo”) czy samospalenie (“Mężczyzna, który sprzedał cień”). Pisarz używa prostego języka (aczkolwiek niepozbawionego metafor i alegorii), narracja jest płynna, a wymienione wcześniej odwołania do zachodniej kultury nie są nachalne (w opowiadanie “Piorunochron” wspaniale wpleciony jest na przykład mit o narodzinach Dionizosa). Wszystko to sprawia, że od zbioru “Wampir i inne opowiadania” nie sposób się oderwać...

“One hundred ways for a dog to train its human” Simon Whaley

Bardzo lekka, zabawna, krótka książeczka napisana w formie poradnika skierowanego do psów. Gdyby tylko nasze czworonogi umiały czytać wiedziałyby, że autor je całkowicie rozszyfrował. Ludziom wydaje się, że psy to zwierzęta stadne, które w domu, w rodzinie szukają lidera. Tymczasem okazuje się, że one szukają jedynie sposobu na to, abyśmy my podporządkowali swoje życie im. Dopiero wtedy czują się szczęśliwe. Autor zadedykował książkę swojej pupilce- Belli, która przez prawie siedemnaście lat trenowała całą rodzinę i wygrywała zawsze konkursy z kategorii “kto najdłużej wytrzyma z głową pod wodą”. Opisane jest dosłownie każde psie zachowanie, widać, że autor kocha swoje zwierzęta i spędza z nimi mnóstwo czasu. Nigdy na przykład nie spojrzałabym na śnieg oczami psa...Kiedy wreszcie zaczyna się zima (której generalnie nienawidzę) i każdy z nas myśli- ulepimy bałwana, zrobimy “aniołka” w śniegu, pies myśli- brzydki ten biały śnieg i taki zimy, dodajmy mu trochę ciepłego bursztynowego blasku, podnosi nogę i wiadomo co dalej- dla nas koniec zabawy. A jak to jest z zależnością pan- podwładny?...Zastanówcie się, kto sprząta czyją kupę, radzą psy, wtedy będziecie znać odpowiedź. Dalej mamy historie o tym jak unikać weterynarzy, co robić, aby nie otrzymać zastrzyków, zamarkować połykanie tabletek, jak skompromitować właściciela na tresurze. Nasi pupile potrafią też zasymulować ból po rzekomym nadepnięciu na łapę czy ogon, aby wyłudzić ciasteczko. Uważają, że skoro wszyscy wielcy tego świata w przeszłości zatrudniali testerów jedzenia, aby uniknąć otrucia, oni też muszą spróbować każdej potrawy na naszym talerzu by nas chronić. Jeśli natomiast ignorujemy psa podczas jedzenia, nie ma lepszego sposobu na dorwanie się do naszego posiłku niż oblizywanie wiadomych części ciała połączone z głośnym mlaskaniem, co w opinii czworonogów odbiera nam skutecznie apetyt. W książce jest też wiele zabawnych rad dotyczących kąpieli, czesania, czyszczenia uszu, spacerów (które w opnii właściciela mają zmęczyć psa, a na ogół jest odwrotnie), dzielenia się pchłami. Psia rada na koniec brzmi: “Pamiętaj, rodzina jest na całe życie,a nie tylko 'od święta', ale lojaność trwa tak długo, jak długo otwarte jest pudełko z ciasteczkami”. Polecam każdemu posiadaczowi czworonoga, miłośnikom psów i tym, którzy po prostu chcą się trochę pośmiać.

"Rok w Jemenie” Jennifer Steil

Jest to opis perypetii amerykańskiej dziennikarki, która spędziła najpierw trzy tygodnie, a później rok w Jemenie szkoląc zespół redakcyjny gazety Yemen Observer. Jest pewna nieścisłość w opisie tej powieści- autorka sama przyznaje w niej, że oficjalnie nie pełniła obowiązków redaktor naczelnej (oczywiście stanowisko to zajmował zawsze mężczyzna), a była jedynie redaktorem technicznym. Powieść mnie zafascynowała, ale przyznam, że również rozdrażniła, ale po kolei... Wiele portali i kolorowych magazynów poleca tę książkę jako wakacyjną lekturę. Jeśli ktoś wylegując się na leżaku między jednym drinkiem z palemką a drugim, ewentualnie słuchając świergotu ptaków na łące lubi czytać o sytuacji kobiet w muzułmańskim kraju, samobójstwach młodych chłopców dokonywanych w hołdzie Saddamowi Husajnowi, zamachach bombowych, porwaniach turystów, obozach dla somalijskich uchodźców czy dziwnych zwyczajach jemeńskich taksówkarzy (onanizowanie się podczas jazdy z kobietą) to proszę bardzo. Rzeczywiście są w tym dzienniku z podróży iście wakacyjne opisy (jest ich zdecydowanie mniej niż ważnych tematów-to dobrze)- zachwycająca topografia Sany, pobyt autorki na Sokotrze, Kamaranie, eksploracja jaskiń i raf koralowych, to wszystko sprawia, że marzymy o odwiedzeniu miejsc opisywanych przez autorkę. Bardzo podobały mi się również historie z redakcyjnego życia- szkolenia dziennikarskie, nauka obiektywizmu, wyszukiwania informacji, tropienia leadów. Tylko, czy w kraju, w którym połowę populacji stanowią analfabeci a prasa kontrolowana jest przez rząd (właściciel pisma pracuje jako doradca prezydenta) jest możliwe stworzenie opiniotwórczej gazety? Od samego początku jest to przedsięwzięcie skazane na porażkę. W powieści poruszone jest wiele ważnych tematów (część już wymieniłam), ale przyznam, że momentami czytając czułam rozdrażnienie...Z jednej strony mamy opis trudnego życia kobiet, okrywających swe ciała, spowitych w czerń, która sprawia, że stają się niewidzialne, nietykalne, aseksualne. Odbiera się im prawo do edukacji (choć są oczywiście wyjątki), zabrania decydowania o własnym życiu, nawet wychodzenia wieczorami z domu, traktuje jak obywateli drugiej kategorii-osobne spożywanie posiłków, oddzielne przyjęcia weselne, często bez dowodów winy skazuje na więzienie, poniżenie, gwałty. Czytam te straszne opisy życia codziennego i myślę, jak to dobrze, że urodziłam się na Zachodzie, a tu nagle autorka pisze, że zakrywanie ciała, będące w mojej opinii symbolem ucisku islamskich kobiet, zaczęło jej się podobać, by kilkadziesiąt stron dalej cieszyć się z pływania nago w morzu, malowania ust czerwoną szminką i seksowych sukienek na przyjęciu. Jennifer Steil czuje się zawiedziona nieobecnością kobiet na swojej imprezie pożegnalnej po pierwszym szkoleniu, ale jednocześnie przecież doskonale wie, że obowiązuje je “godzina policyjna” i po zmierzchu nie mogą wychodzić z domu. Dalej mamy jeszcze ciekawiej- dziennikarka opisuje przygodę Karima, fotografa, który palił opium z talibami w górach, a rano obudził się bez skarpet. Okazało się, że bojownicy mu je wyprali. Autorka następnie wyraża ubolewanie, że sama nie dostąpi zaszczytu wyprania skarpet przez terrorystów, by jeszcze w tym samym rozdziale wylewać łzy z powodu rocznicy zamachów dokonanych przez Al- Kaidę 11 września. Jest to wyjątkowo specyficzne poczucie humoru. W trzecim rozdziale dziennikarka opowiada, o krótkim spotkaniu z Safią as- Suhajl, deputowaną do irackiego parlamentu, rozmawiają na temat sytuacji w Iraku. Oczywiście nie mogło zabraknąć stwierdzenia, że Irak potrzebuje pomocy USA (choć najwyraźniej autorka pisała to wbrew sobie, gdyż na 359 stronie przyznaje się do udziału w marszach pokojowych i demonstracjach przeciwko polityce Busha). Wszyscy wiemy, co się dzieje obecnie, po wycofaniu zachodnich wojsk. Dziewięcioletnie dziewczynki mogą być wydawane za mąż, zalegalizowano gwałty w małżeństwie, kobiecie można odebrać dzieci po śmierci jej męża...tak właśnie wygląda wprowadzanie demokracji w krajach Trzeciego Świata. Autorka porusza w “Roku w Jemenie” również problem narkotyków. Kat, który prawie nieustannie żują jej męscy współpracownicy wydaje się sterować zarówno życiem redakcji, jak i osobistym każdego z bohaterów książki. Rujnuje on domowe finanse, gospodarkę kraju, nawet życie małżeńskie, jednocześnie powszechne uzależnienie od jego stymulującego działania powoduje trudności z odstawieniem. Porwania, samobójcze zamachy, ataki bombowe potraktowane są w książce dosyć lekko. Wielokrotnie zastanawiałam się jak nazwać niektóre zachowania autorki- brawura, odwaga czy naiwność? Ciekawe, czy w 2009 roku również zdobyłaby się na stwierdzenie, że nie należy przejmować się porwaniami cudzoziemców, bo na ogół szyickim terrorystom chodzi o kartę przetargową w rozmowach z rządem. Dla przypomnienia- dziewięcioro obcokrajowców porwanych w 2009 roku, w tym niemiecka rodzina z dziećmi, obywatelka Korei Południowej, Brytyjczyk zostało zastrzelonych na północy Jemenu. Ostatnią rzeczą, która mnie zdziwiła był opis powszechnego w Jemenie wielożeństwa, próba wczucia się w rolę drugiej żony, empatia jaka biła z dziennikarki, gdy opisywała cierpienia rodzin, stwierdzenie, że taki układ nie da szczęścia nikomu, bo przecież mężczyzna nie jest w stanie kochać dwóch kobiet tak samo...Po czym kilkadziesiąt stron dalej opis jej umizgów do żonatego brytyjskiego ambasadora i rozbicie jego rodziny (teraz jest jego żoną)- pozostawiam to bez komentarza. Dzisiaj zajrzałam na stronę Yemen Observer, layout średni, jak z lat dziewięćdziesiątych, po wklepaniu w wyszukiwarkę nazwiska Jennifer Steil nic się nie wyświetla, żaden archiwalny news, na stronie w zakładce “o nas” jedyna wymieniona kobieta to sekretarka, reszta ekipy redakcyjnej to sami mężczyźni. Czemu mnie to nie dziwi... Przeczytajcie koniecznie tę książkę, jest ciekawa, pełna barwnych opisów życia w Jemenie, tajników pracy w redakcji, zabawnych anegdot, a to, że miejscami kompletnie nie zgadzam się z autorką nie ma znaczenia, mimo to- polecam.

“The fault in our stars/ Gwiazd naszych wina” John Green

Czy można pisać o raku z humorem, bez zadęcia? Czy możliwe jest w miarę normalne funkcjonowanie w towarzystwie śmiertelnej choroby? To historia dwójki nastolatków, którzy na przekór wszystkiemu zakochują się w sobie. Nie jest pretensjonalna, nie jest ckliwa, choć momentami chce się płakać. I tak, płakałam, chociaż nie mogę napisać dlaczego, bo wtedy nikt nie przeczytałby książki. Hazel i Gus reagują na swoją chorobę niezwykle dojrzale, sami siebie nazywają “efektem ubocznym” ewolucyjnej mutacji, która w konsekwencji doprowadziła do rozwoju nowotworu. Nie rozpaczają, nie siedzą bezczynnie w oczekiwaniu na koniec życia, starają się funkcjonować na tyle normalnie, na ile to możliwe. Mają pasje, marzenia. Jednym z nich jest wizyta w Amsterdamie. Pragną odwiedzić pisarza, którego książka “An Imperial Affliction” jest ze względu na tematykę bliska ich sercu. Zwiedzanie, romantyczna kolacja, Vondelpark, to wszystko wydaje się takie zwyczajne i typowe dla pary zakochanych nastolatków...Spotkanie z autorem dla odmiany rozczarowuje...ale czy rzeczywiście? Peter Van Houten jest jedną z ofiar raka- jego ukochana córka umarła i to stało się pretekstem do napisania książki- jedynej jaką wydał, by później pogrążyć się w żalu, depresji. To, a także historia matki Hazel uświadamia nam, że nowotwór dotyka nie tylko chorych, ale też angażuje całe rodziny. Totalnie przearanżowuje życie Hazel i Gusa, ale również ich rodziców. Co więcej rak ma w nosie wszelkie statystyki i prognozy, ale o tym również nie mogę zbyt wiele napisać, żeby nie zdradzać treści.Oczywiście o zabiegu odwoływania się do fikcyjnego pisarza pisałam już przy okazji omawiania jednej z książek Murakamiego, tutaj mamy wymyślonego pisarza jako jednego z bohaterów i jego zmyślone dzieło, które jest niezwykle ważne dla Hazel i Gusa. Tytuł fikcyjnej powieści “An Imperial Affliction” autor zaczerpnął z jak najbardziej realnego wiersza Emily Dickinson “There's a certain Slant of light”. Tytuł powieści Johna Greena jest z kolei parafrazą słów Kasjusza, które wypowiada on do Brutusa w “Juliuszu Cezarze” Shakespeare'a: "The fault, dear Brutus, is not in our stars, But in ourselves, that we are underlings." Oprócz Dickinson i Shakespeare'a w książce odnajdujemy odwołania do Davida Fostera Wallace’a (“Infinite Jest” )oraz Petera De Vriesa (“The Blood of the Lamb”). Przyznam, że początkowo czytając tę książkę miałam wyrzuty sumienia- dwójka umierających bohaterów a ja śmieję się z ich żartów, ale właśnie chyba o to chodziło- nabrać dystansu, zacząć traktować życie z przymrużeniem oka nawet w obliczu nieuleczalnej choroby, bo nie wiadomo nigdy co nas czeka...

“The Extraordinary Journey of the Fakir Who Got Trapped in an IKEA Wardrobe” Romain Puertolas

foto: archiwum własne
Napisana lekkim piórem opowieść o Fakirze, który pewnego dnia opuszcza swoją rodzinną wioskę w Indiach i udaje się w podróż do “lepszego świata”, do Francji, a konkretnie do Ikei, żeby tam kupić nowe najeżone gwoździami łoże. I to początek jego dziewięciodniowego rajdu po Europie i nie tylko...Przygody, ciekawe znajomości- imigranci, cygańscy taksówkarze, gwiazdy filmowe, wydawcy, libijscy marynarze etc. Cała ta zwariowana podróż rozpoczyna się na lotnisku w Paryżu...Później nasz bohater zatrzaskuje się w szafie w Ikei, a dalej ma miejsce seria nieprawdopodobnych przygód. Szafa zostaje przetransportowana do Wielkiej Brytanii. Stamtąd Ajatashatru Oghash Rathod zostaje odesłany do Barcelony, by potem zamknięty w garderobie sławnej aktorki w luku bagażowym samolotu trafić do Rzymu. Z Włoch balonem dolatuje do Libii, tak naprawdę osiada na morzu i wyławia go kapitan statku, który nielegalnie przewozi emigrantów w pobliże Lampedusy. Z Libii, ogarniętej wojennym szałem, Fakir udaje się z powrotem do Francji. Tam odnajduje miłość i mamy prawdziwy happy end. Książka jest przesycona humorem, żartami, czasami na granicy absurdu, trochę w typie tetralogii fryzjerskiej Mendozy. Bardzo często się śmiałam. Spryt, znajmość magicznych sztuczek i w pewnym momencie 100000 Eur zaliczki na książkę (napisaną na koszulce w luku bagażowym samolotu) pozwalają naszemu bohaterowi przetrwać wszystkie przygody i pokonać przeciwności losu. Podczas podróży dojrzewa, uczy się pomogać innym, przestaje myśleć tylko o sobie, wreszcie odnajduje spokój ducha i miłość. To wszystko bez nadęcia, bez moralizowania. Bardzo fajna, lekka książka, bez intelektualnej głębi, na wakacje w sam raz. Czyta się szybko, polecam.

foto: archiwum własne

“Łzy mojej duszy” Kim Hyon Hui

foto: Wydawnictwo Veni Vidi Vici
Niesamowita, fascynująca, niezwykła lektura. Książka, którą czyta się jak sensacyjny film i zagryza palce ze zdenerwowania. Jest to historia agentki północnokoreańskiego wywiadu odpowiedzialnej za podłożenie ładunków wybuchowych na pokładzie samolotu lotu 858 linii Korean Airlines. W tej katastrofie powietrznej zginęło 115 osób. Morderczynię skazano na karę śmierci, lecz niedługo później została ułaskawiona. Prezydent Korei Południowej uzasadniał swą decyzję tym, że Kim Hyon Hui przeszła pranie mózgu i całkowitą indokrynację. Nie była w stanie obiektywnie ocenić swojego postępowania, wykonując rozkazy działała jak dobrze zaprogramowana maszyna. Szczerze mówiąc ja “nie kupuję” tego wytłumaczenia. Być może dlatego, że ciężko mi pojąć sytuację rozerwanego na pół kraju, którego jedna część obraca się w świecie demokracji, a drugą rządzi bezwzględny, komunistyczny reżim. Uważam, że zarówno przyznanie się autorki do winy, jak i żal za grzechy, późniejsze zaangażowanie w działalność chrześcijańskiej wspólnoty to tylko wystudiowana poza, próba przeżycia za wszelką cenę. Nie jestem w stanie uwierzyć, że tak inteligentna osoba, która obserwowała przecież krytyczne wobec rządu zachowania i uwagi swoich współtowarzyszy, podróżowała po Europie i Azji ani przez chwilę nie spojrzała rozsądnie na rozkaz wysadzenia w powietrze samolotu z setką niewinnych ludzi na pokładzie. W książce mamy pełny opis praktyki “programowania” agentów od wczesnych dziecięcych lat poprzez młodzieżowe obozy wojskowe, następnie specjalne tajne ośrodki szkoleniowe dla szpiegów, życie praktycznie od kołyski z ideologią Kim Ir Sena na ustach, szeptaną nieustannie do ucha, życie w utopii, życie w kłamstwie, jak u Orwella. Zatrważająca, zmuszająca do refleksji opowieść. Do zakupu książki popchnęła mnie deklaracja z okładki mówiąca, iż całość honorariów autorka przeznaczyła dla rodzin ofiar lotu 858. Tym samym każdy z nas kupując i czytając tę historię udziela pomocy pokrzywdzonym przez Kim Hyon Hui.

“Sprawa Colliniego” Ferdinand von Schirach

foto: Wydawnictwo WAB
Istny rarytas. Co ciekawe mimo, że już na pierwszych stronach książki dowiedziałam się kto zabił i kto został zamordowany nie przeszkadzało mi to w gorączkowym dalszym czytaniu. Tak jak przydzielony z urzędu obrońca, notabene mający związki osobiste z ofiarą (klasyczny konflikt interesów), chciałam się dowiedzieć jaki był motyw zbrodni. Sprawa, która wydaje się być z góry przegrana nagle po odkryciu wszystkich wątków nabiera rumieńców i przestaje być tak jednoznaczna. Historia sięga II Wojny Światowej i hitlerowskich zbrodni. Powiecie, że temat oklepany i wczorajszy, ale nie w tym ujęciu. Duży nacisk jest tu kładziony na wadliwe ustawodawstwo niemieckie (ale czy to była wada czy efekt zamierzony?), a w szczególności na tzw. Ustawę Drehera, która pozwoliła uniknąć odpowiedzialności za nazistowskie zbrodnie tysiącom morderców, spowodowała uniewinnienie wielu katów, a także masową amnestię już skazanych. Wprowadzono ją szybko, dokładna data to: 1 października 1968 roku, przepchnięto, wydawała się z pozoru nieszkodliwa, dopiero prasa ujawniła skandal jakiego się w ten sposób dopuszczono. Zmiana kwalifikacji czynu z mordercy na pomocnika w zbrodni plus zmiana czasu przedawnienia sprawiły, że czyny teraz zabójców, już nie morderców uległy przedawnieniu. Jak wiadomo, kiedy czyn karalny ulega przedawnieniu nie da się tego cofnąć. Prawo nie działa bowiem wstecz. Podsumowując: Niemcy Eduardowi Dreherowi, który za czasów III Rzeszy był pierwszym prokuratorem przy Sądzie Specjalnym w Innsbrucku, a po kapitulacji pracował w RFN jako adwokat, a następnie jako wysoki urzędnik w Federalnym Ministerstwie Sprawiedliwości, “zawdzięczają” polityczny skandal i ośmieszenie się na arenie światowej, a także uzasadnioną dezaprobatę światowej opinii publicznej. Kolejna ciekawostka dotyczy samego autora, jest on wnukiem nazistowskiego zbrodniarza, wielokrotnie w wywiadach podkreślał niechęć i obrzydzenie dla hitlerowskich zbrodni, piętnował czyny swojego dziadka. Słowa, które na końcu książki wypowiada Johanna (wnuczka ofiary, a jak się później okazało również wojennego zbrodniarza) mogą być równie dobrze słowami samego Ferdinanda von Schiracha: “ Czy i ja taka jestem?” W książce, poza interesującą treścią, zachwyciło mnie bogactwo detali, niezbyt skomplikowany język prawniczy i klimat- trochę jak w filmie “Bezmiar sprawiedliwości”. Szczerze polecam.

“Mokradełko” Katarzyna Surmiak- Domańska

foto: Wydawnictwo Czarne
Chyba żadne słowa nie charakteryzują tej książki lepiej, niż wypowiedź Mariusza Szczygła: “ To współczesna, świetna opowieść faktu o ukrytej twarzy 'normalnej' polskiej rodziny'”. Jest to zapis rozmów jakie przeprowadziła autorka w najbliższym otoczeniu Halszki Opfer, kobiety wielokrotnie wykorzystywanej seksualnie przez ojca, po tym jak ukazała się jej książka “Kato-tata. Nie- pamiętnik”, w której opisała cały ten haniebny proceder. Małe miasteczko, które trąci zaściankiem, gdzie wszyscy się znają i wszyscy jak na komendę odwracają wzrok, gdy za ścianą dzieje się coś strasznego. Ludzie, którzy z jednej strony są w stanie okazać empatię bohaterce podobnej historii tylko dlatego, że pochodziła z Niemiec, a dla “swojej” Halszki tej życzliwości już im brakuje. Z tego reportażu wyłania się obraz społeczeństwa- podejrzliwego, nieufnego, zacofanego, przesiąkniętego zawiścią, nie potrafiącego wybaczyć, ale nie katowi tylko ofierze. W zbiorowej świadomości odmalowany jest portret ofiary- skromnej, bijącej głową o podłogę, przepraszającej, że żyje, introwertycznej. Tymczasem Halszka jest osobą głośną, bezpośrednią, gadatliwą i miejscami wręcz egzaltowaną, już nie mówiąc o tym, że lubi się odsłaniać i opowiadać o przeszłości. I to chyba w oczach tej lokalnej społeczności jej największy grzech i powód do napiętnowania, do szeptania za plecami, do podważania jej tragedii. W zasadzie można by zadać pytanie, o którym niewiele osób zaciekle krytykując Halszkę pomyślało: dlaczego to zrobiła? Czemu ujawniła tajemnice z przeszłości? Otóż, jej ojciec zaczął po latach od nowa ten sam proceder, tym razem z wnuczką- Tamarą. To naturalne, że matka chciała chronić swoje dziecko, tak jak powinna to była zrobić jej matka lata temu. Zresztą ani Tamara ani Halszka nie były jednynymi ofiarami, nawet bratowa Halszki nie uniknęła molestowania. Wszystko to jednak ciuchutko zamieciono pod dywan...Obrzydliwa historia i jeszcze gorsza reakcja ludzi z najbliższego otoczenia Halszki Opfer. Mocne. Polecam.

“Tamtego lata” David Baldacci

Ckliwa opowieść o pokonywaniu trudnych życiowych zakrętów. Mamy tu ojca rodziny- weterana wojennego, bohatera, dobrego człowieka, który nieoczekiwanie zapada na nieuleczalną chorobę. Lekarze nie dają mu żadnych szans. Dzieci i żona powoli przygotowują się na nieuniknione. Wydawać by się mogło, że nic gorszego nie może już spotkać bliskich Jacka Armstronga. Tymczasem w Boże Narodzenie w wypadku samochodowym w drodze do apteki ginie ukochana żona bohatera- Lizzie. Jack trafia do hospicjum, trójka dzieci zostaje rozdzielona pomiędzy krewnych. Bohater cierpliwie czeka na śmierć...tymczasem wydarza się cud. Jack nie tylko nie umiera, ale wręcz przeciwnie- z każdym nadchodzącym dniem czuje się coraz lepiej, zaczyna samodzielnie oddychać, przybiera na wadze, w końcu opuszcza “umieralnię” o własnych siłach. Próbuje poskładać na nowo swoje życie, odbiera dzieci krewnym, znów zamieszkują razem, powoli odzyskują utraconą więź...Nie jest to jednak łatwe, gdyż rodzeństwo obwinia ojca o śmierć matki (Lizzie jechała po leki dla Jacka do apteki w momencie, w którym zginęła). Na ratunek rodzinie przychodzi, nieoczekiwanie ofiarowany w testamencie przez krewną, stary dom w Karolinie Południowej, zwany Pałacem. Zmiana otoczenia, nowe twarze i czas, który leczy rany konieczne są do odbudowania relacji. Bardzo pozytywna opowieść o sile miłości. Koniecznie w towarzystwie paczki chusteczek do nosa, co najmniej 100 sztuk.

“Wina” Ferdinand von Schirach

foto: Wydawnictwo WAB
Ten zbiór opowiadań równie dobrze mógłby być zatytułowany “Sumienie”. Wina oskarżonych jest tutaj w większości wypadków bezsprzeczna. To, co razi to “słuszna linia obrony” i postawa adwokatów. Już po pierwszym opowiadaniu zatytułowanym “Festyn”, gdzie grupa pijanych mężczyzn dokonuje gwałtu na młodej kelnerce, a do procesu nie dochodzi na skutek działań obrońców wiemy, że prawnik to ciężki zawód, w którym często traci się niewinność. We wszystkich opowiadaniach jest jakieś “ale”, jakiś zgrzyt...autor jednak nie ocenia ani postawy oskarżonych ani tym bardziej ich pełnomocników. Suche fakty, dokładny opis wydarzeń i kontekstu, wnioski mamy wyciągać sami. Niektórych przestępców, jak we wspomnianym opowiadaniu, nie udaje się skazać, w innych sprawach dowody znalezione po latach pozwalają na ponowne otwarcie sprawy, jeszcze innym pomaga tzw. “zasada złotego mostu”. Rozległa tematyka, ciekawe przypadki, sprawia, że od tego zbioru opowiadań trudno się oderwać. Autor ma niesamowity talent do transkrypcji akt sądowych na język literacki. Zakończenie też jest przednie- taki prztyczek w nos. Polecam.

“Pod skórą” Michel Faber

Jeśli ktoś z was z łezką w oku wspomina powieść “Szkarłatny płatek i biały” oraz jej kontynuację- zbiór opowiadań “Jabłko” to teraz jest czas na odrzucenie nadziei i wszelkich sentymentów. “Pod skórą” to coś zupełnie innego, dziwnego, niepokojącego. To połączenie Stephena Kinga (klimat jak w “Desperacji” mi się skojarzył) z Jose Carlosem Somozą (ale nie z tymi pierwszymi, genialnymi powieściami tylko z “Kluczem do odchłani”, “Zygzakiem”, “Przynętą”), wrzuciłabym do tego wora inspiracji jeszcze co najmniej “Zagubioną autostradę”, “Avatara” i “Planetę małp”. Mamy tu zwierzęcopodobne stwory, które nazywają siebie ludźmi, polujące na tzw. wodsele, które z kolei do złudzenia przypominają człowieka, przynajmniej zgodnie z naszymi wyobrażeniami. Większość książki stanowią opisy porwań mężczyzn w kwiecie wieku, których dokonuje tajemnicza Isserley na autostradzie. Zdobycze są następnie przerabiane na farmie w wielkiej fabryce na pokarm dla jej kosmicznych pobratymców. W gąszczu tych dziwacznych zdarzeń autor próbuje zapewne przemycić pytania o granice okrucieństwa względem zwierząt? Być może osadzenie człowieka w roli wodsela i pokazanie całego procederu- od momentu schwytania, poprzez hodowlę i tuczenie, aż do zamordowania ma nam uświadomić, że zwierzęta hodowlane czują to, co ludzie- strach, ból, cierpienie. Może jesteśmy im winni odrobinę empatii? Nie wiem tylko, czy taka dziwaczna powieść naszpikowana wieloma wątkami, spełni zadanie uświadamiania ludzkości lepiej, niż plik ulotek dotyczących torturowania zwierząt. To, co mi się podobało w książce, to trzeźwe spojrzenie na media, zwłaszcza telewizję, z którym absolutnie się zgadzam: "Było to dziwne, a jednak w pewnym momencie, już kilka lat temu, poczuła, że nie jest w stanie wchłonąć więcej smakowitych kąsków z ekranu. Telewizja przestała być użyteczna, jak gdyby osiągnęła pełnię rozkwitu i powracała do regresywnego bełkotu." W powieści znalazło się też miejsce na polski acent. To fascynujące, że znakomitej większości pisarzy nasz kraj kojarzy się albo z tanią siłą roboczą albo sfermetowanym sokiem z kartofli. Tutaj mamy do czynienia z tym drugim przypadkiem. Książkę, owszem, można przeczytać, ale pozostaje pytanie czy rzeczywiście warto?

“Piana dni” Boris Vian

foto: archiwum własne
Za każdym razem, gdy czytam genialną książkę otwiera się w moim mózgu zapadka i uwalnia pewne błogie wspomnienie z dzieciństwa, to uczucie towarzyszy mi aż do końca powieści. Kiedyś wybrałyśmy się z siostrą i Mamą do Eurodisneylandu pod Paryżem. Wśród miliona atrakcji jest jedna, którą zapamiętałam szczególnie dobrze. Może dlatego, że nie mogłam się od niej oderwać i skapitulowałam dopiero za piątym razem, o ile mnie pamięć nie myli. To był nocny lot Piotrusia Pana nad uśpionym miastem. Wsiadało się do wozu/karety i w całkowitej ciemności wjeżdżało na firmament,a za chwilę noc rozbłyskiwała tysiącem gwiazd, a w dole można było obserwować małe domki rzucające cienie i uwalniające przez okienka żółte kaskady światła z nocnych lampek. Pamiętam, że z zachwytu nie mogłam domknąć rozdziawionej buzi przez jakiś czas, uczucie było takie jakbyśmy naprawdę unosili się w powietrzu, jakby ktoś doczepił nam skrzydła. Te same emocje towarzyszyły mi podczas czytania “Piany dni”, totalny powrót do dzieciństwa. Autor wyśmienicie bawi się słowem, tworzy świat nowych znaczeń, świat baśni i nieprawdopodobnych wydarzeń, w który już od pierwszych stron chcemy się zanurzyc i “polecieć”. Książka zachęca zresztą już samą przedmową. Boris Vian utrzymuje w niej, że istnieć powinny tylko dwie rzeczy: miłość i jazz a "reszta powinna zniknąć, bo jest paskudna". Zaskakująco trafne spostrzeżenie jak na powieść po raz pierwszy wydaną w 1947 roku. I do tego rekomendacja ze strony samego Julio Cortazara...czy trzeba mówić więcej? Przy całej żartobliwej i absurdalnej fabule, książka przemyca też bardzo ważny temat- miłość. Nie będzie jednak happy endu, nawet najpiękniejsze i najbardziej szalone uczucie nie jest bowiem w stanie wygrać ze śmiertelną chorobą. Colin robi wszystko, poświęca cały swój majątek, całe życie by pokonać raka, który zagnieździł się w płucach jego żony Chloe. Sprzedaje nawet swój genialny wynalazek- pianoktajl. Maszyna ta, będąca połączeniem pianina i baru wytwarza koktajle alkoholowe na bazie granej przez muzyka melodii (chciałabym mieć takie urządzenie swoją drogą). Niestety Chloe mimo heroicznej walki z chorobą umiera. No i oczywiście nie można zapomnieć o jazzie, który stale przewija się w tle, głównie są to standardy Duke'a Ellingtona. G E N I A L N E !

“Mogę odejść, gdy zechcę” Kim Young-ha

foto: archiwum własne
Opowieść o śmierci, życiu i sztuce. Właśnie tę powieść spinają klamrami obrazy “Śmierć Marata” Jacquesa Luisa Davida i “Śmierć Sardanapala” Eugene Delacroix. Pierwszy z nich przedstawia śmierć Jeana Paula Marata, jakobina, zamordowanego przez rojalistkę Charlotte Corday. Ciekawe jest przedstawienie postaci- Marat upozowany jest na świętego, szlachetnego męczennika o łagodnym obliczu. Ciemne tło rozjaśnia się w prawym rogu zapowiadając rychłe wstąpienie jakobina do niebios, które już na niego oczekują. Nie ma w tej propagandowej wizji nic dziwnego- malarz był bowiem zwolennikiem rewolucji, wielokrotnie zabierał głos w Zgromadzeniu Narodowym. Prawda historyczna jest jednak daleka od tej przedstawionej na płótnie- w rzeczywistości Marat cierpiał na ciężkie schorzenie skóry, oddawał się leczniczym kąpielom, któtko mówiąc z wyglądu był raczej odpychający. “Śmierć Sardanapala” przedstawia z kolei niepokojącą wizję śmierci asyryjskiego tyrana. O tym obrazie mówi się, że jest gloryfikacją sadomasochizmu. Widzimy kobiety- niewolnice traktowane jak rzeźne bydło, śmierci nie unika nawet ulubiony wierzchowiec króla. Nad tym wszystkim, w lewym górnym rogu płótna góruje obojętny władca, przyglądający się masakrze ze stoickim spokojem.* W treści książki odnajdujemy opis jeszcze jednego dzieła- “Judyta” Gustava Klimta. Obraz przedstawia izraelitkę, która uwiodła asyryjskiego generała Holofertesa, by następnie we śnie odciąć mu głowę. Kobieta, przedstawiona w wyniosłej pozie, w dłoni dzierży, jakby od niechcenia, głowę zamordowanego kochanka. Narrator “Mogę odejść, gdy zechcę” poza tym, że chętnie odwiedza galerie sztuki i dużo podróżuje, wykonuje bardzo nietypowy zawód- pomaga w popełnieniu samobójstwa. Jego klientami stają się ludzie, których życie nadmiernie przytłacza, nie mogą odnaleźć się w trudnej rzeczywistości, nie mają do kogo zwrócić się po pomoc, wybierają więc rozwiązanie ostateczne- śmierć. Doradca przygotowuje dla nich strategię, pomaga wybrać odpowiednią metodę, często towarzyszy swoim klientom w ostatnich chwilach, godzinami z nimi rozmawia. Autor, jak zwykle zresztą, daje nam popis swej erudycji. W książce Kim Yong-ha wspomina, oprócz wymienionych wcześniej malarzy, również van Gogha. Przewijają sie też całe zastępy pisarzy: Szekspir, Sylvia Plath, Henry Miller, Oskar Wilde, Arthur Rimbaud, Leonard Cohen (tak, dla mnie to przede wszystkim poeta i bard, w drugiej kolejności muzyk). Uśmiechnęłam się lekko czytąc opis filmu “Inaczej niż w raju” Jima Jarmuscha, bo chociaż uwielbiam filmy tego reżysera (złaszcza “Kawę i papierosy”) to tego wspomnianego przez autora nawet jeszcze nie rozpakowałam z folii i chyba w tym stanie pozostanie. Przynajmniej nie mam już wyrzutów sumienia, że nie tylko mnie odrzuca. Bardzo podobało mi się spojrzenie na początki sztuki jako takiej. “Niektórzy ludzie toczą niekończące się spory, o to, dlaczego człowiek pierwotny zaczął tworzyć sztukę. I powiadają, że powodem był strach przed bielą, wpisany w ludzką naturę. Idealnie biała ściana jest sama w sobie przerażająca.” Sztuka, która rodzi się z lęku. Strach, który opanowuje się za pomocą sztuki. Ciekawa koncepcja. Czytając opis performansu Mimi miałam przed oczami podobną wizję przedstawioną w “Wegetariance” Han Kang. I wreszcie- ten pozbawiony emocji, przedmiotowy seks, który wywołuje skojarzenia z Murakamim...Wisienka na torcie- opisy Paryża, Wiednia, Florencji. I odwieczne pytanie, zawarte w ostatnim akapicie powieści: “Życie...dlaczego nic się nie zmienia, choć idziesz coraz dalej i dalej...?...”. Bardzo dobra książka. Polecam. * Przygotowując opisy obrazów korzystałam z książki "Historia Malarstwa" Siostry Wendy Beckett

“Miłość za kilka włosów” Mohammed Mrabet

foto: archiwum własne
Z pozoru mało skomplikowana historia napisana prostym językiem, bez zbędnych ozdobników. Oto mamy chłopca- Mohammeda, który zakochuje się w dziewczynie z sąsiedztwa- Minie. Dawniej bawili się razem, świetnie rozumieli, teraz młoda kobieta nie chce słyszeć o chłopaku, nie odwzajemnia jego fascynacji. Mohammed niewiele myśląc udaje się do starej wróżbiarki, która po otrzymaniu kilku włosów Miny rzuca zaklęcie. “Nie ma nic złego w świecie, gdzie można dostać miłość za kilka włosów.”I tu rodzi się pytanie czy sztucznie wygenerowane uczucie jest w stanie przetrwać próbę czasu, a także niechęć otoczenia (rodzice obojga nie akceptują związku)? Początkowo Mina i Mohammed spędzają ze sobą coraz więcej czasu, oczywiście dochodzi między nimi do zbliżenia, chłopak obiecuje dziewczynie ślub. Jednak ślepe przywiązanie Miny, miłość, która wylewa się z niej wszystkimi porami skóry, zaczyna Mohammedowi ciążyć. Czyżby jego fascynacja była tylko chwilowa? Dopiero groźba spędzenia wielu lat w więzieniu przekonuje go do wizyty u urzędnika. Po ślubie Mina, z pomocą swojej matki odkrywa, że padła ofiarą zaklęcia, że to, co czuje to czary, a nie miłość. I zaczynają się problemy...wzajemnie animozje, które raz słabną raz przybierają na sile. Nie chcę tu zdradzać treści. Przewrotne jest to, że gdybyśmy nie wiedzieli nic o zaklęciu to mielibyśmy wrażenie, że czytamy o parze wyjątkowo niedobranych ludzi, którzy po tym, jak wyczerpała się więź fizyczna odkryli, że nic ich jednak nie łączy. Uczucia zmieniają się, przygasają, jeśli nie towarzyszy im przyjaźń, wspólna pasja, czy zrozumienie dla potrzeb drugiej osoby związek nie ma racji bytu. Czy trzeba zaklęcia, żeby to zrozumieć? Wydaje się, że taka jest po prostu kolej rzeczy. Z miłością nie należy igrać, nikogo nie można do niej zmusić, a za każdy czyn ponosi się srogie konsekwencje, o czym przekonał się Mohammed. Po burzliwym rozstaniu Mina postanawia zabić męża i prawie jej się to udaje. Chłopak przez cały okres małżeństwa, a także po nim pozostaje jednocześnie w homoseksualnym związku ze swoim patronem- Panem Davidem, Anglikiem, właścicielem hotelu. Układ ten stanowi jego główne źródło utrzymania. Na okładce książki czytamy, że jest to opowieść między innymi o zderzeniu kultury marokańskiej z zachodnim stylem życia. Ja bym zaryzykowała stwierdzenie, że zderzenie to zbyt mocne określenie, raczej wzajemne przenikanie się, fascynacja, przynajmniej w tym pierwszym utworze. W książce, oprócz tytułowego opowiadania, możemy odnaleźć przepiękne ilustracje, będące dziełem samego autora i trzy inne, krótkie utwory: “El Fellah”, “Święty przez przypadek”, “Sajjad”. Ciekawe jest to, że Mohammed Mrabet sam nie spisał swych opowiadań, przekazał je ustnie swojemu przyjacielowi Paulowi Bowlesowi, który przetłumaczył je na angielski i wydał. Polecam ja i Henry Miller, który powiedział: “Mrabet rozumie siłę prostoty”.