niedziela, 26 marca 2017

„Co się zdarzyło na ulicy Szafranowej” Gamal al-Ghitani

"Na czterech rzeczach nie można bezpiecznie polegać: na pieniądzach, nawet gdy jest ich wiele, na władcy, nawet gdy łączą was bliskie stosunki, na kobiecie, nawet gdy od dawna z nią żyjesz, i na czasie, nawet gdy nic go nie mąci." 
"Co się zdarzyło na ulicy Szafranowej" Gamal al-Ghitani 
tłumaczenie: Hanna Jankowska 

foto: archiwum własne


„Co się zdarzyło na ulicy Szafranowej” Gamala al-Ghitaniego to krótka powieść egipskiego pisarza, znakomicie przełożona z języka arabskiego przez Hannę Jankowską. Miała ukazać się w Polsce już przeszło ćwierć wieku temu, ale podobnie jak „Barakat” autora, traktujący o patologiach władzy, przeszła by zapewne niezauważona. Teraz, z racji ciągłego szafowania kartą „uchodźcy to zło”, można liczyć na coraz większe zainteresowanie arabską kulturą i w zasadzie dzięki temu polski czytelnik ma szansę zapoznać się z tą ciekawą, satyryczną dystopią, a zapewniam, że warto. 

Pewnego dnia tajemniczy Szajch z ulicy Szafranowej rzuca na mieszkających tamże mężczyzn zaklęcie, które całkowicie pozbawia ich potencji. Tym sposobem dostojny mędrzec ma zamiar wpłynąć na losy świata, położyć kres wszelkim konfliktom i zaprowadzić harmonię wśród mieszkańców globu. Starzec codziennie wydaje rozkazy, a mężczyźni pewni tego, że jedynym sposobem cofnięcia czarów jest spełnianie wszelkich rozkazów i zachcianek Szajcha skrupulatnie wykonują, niekiedy absurdalne polecenia. Kobiety również starają się dostosować do zaleceń, gdyż także ich potrzeby na skutek zaklęcia pozostają niezaspokojone. Mieszkańcy Szafranowej muszą zatem m.in. wstawać i kłaść się spać o określonych porach, jeść tylko to, co zaleca ich guru oraz witać się formułką „pora uciekać”. Przerażone władze próbują ukryć prawdę o tym, co dzieje się na jednej z ulic miasta, jednocześnie różne oddziały tajnej policji prowadzą śledztwo próbując ustalić tożsamość Szajcha. 

Al-Ghitani kreśli niezwykle barwne portrety bohaterów i co ciekawe na pierwszy plan wysuwają się kobiety – wyraziste, pewne siebie, kłótliwe, lubujące się w ploteczkach. Samo sięgnięcie po temat seksu jest przejawem odwagi autora. Teoretycznie zwyczajna fizjologiczna czynność, a pozbawienie mieszkańców Szafranowej możliwości jej wykonywania wywołuje napięcia i konflikty, czyli efekt przeciwny do zamierzonego przez Szajcha. Ostatecznie do buntu przeciw samozwańczemu przywódcy nie dochodzi, za to pojawiają się sygnały, że klątwa zaczyna rozprzestrzeniać się na cały kraj. 

Powieść Gamala al-Ghitaniego ukazuje jak jeden człowiek może zawładnąć ulicą, dzielnicą, a w dalszej perspektywie całym krajem kładąc na szali tak hołubioną przez płeć brzydką szeroko rozumianą „męskość”. Wprawdzie czyni to żartobliwie, z przekorą, ale wydarzenia mające miejsce na ulicy Szafranowej mogą pobudzić wyobraźnię. Kontrolowanie płodności, rozrodu, dzietności to znany środek przymusu wszelkich dyktatur i prawie zawsze w nich obecny. Jest się czego bać. Polecam, ku przestrodze. 

„Co się zdarzyło na ulicy Szafranowej” Gamal al-Ghitani 
tłumaczenie: Hanna Jankowska 
tekst tłumaczenia powieści ukazał się w czasopiśmie „Literatura na świecie” nr 11-12 [544-545] 
PL ISSN 0324-8305 
NR INDEKSU 364088

foto: Literatura na świecie

czwartek, 23 marca 2017

„Zwierzęta nocy” Austin Wright

„Cała idea zemsty i kary to dziecięca fantazja. W istocie nie ma czegoś takiego jak zemsta. Zemsta to akt wynikający z bezsilności – gdy tylko zniknie poczucie bezsilności, znika również pragnienie zemsty.” 
George Orwell 

foto: W.A.B.


Zmarły w 2003 roku Austin Wright był amerykańskim pisarzem, krytykiem literackim i wykładowcą. Jego powieść, „Zwierzęta nocy” (pierwsze polskie wydanie nosiło tytuł „Tony i Susan”) przeżywała niedawno renesans za sprawą znakomitego filmu o tym samym tytule, wyreżyserowanego przez znanego projektanta mody Toma Forda. 

Susan Morrow, bogata i nieszczęśliwa mieszkanka przedmieść, przykładna żona i matka otrzymuje list od byłego męża. Edward napisał powieść, za pośrednictwem listu prosi Susan o jej uważne przeczytanie i naniesienie swoich ewentualnych uwag. Tak zaczyna się książka, która nie tylko olśniewa pomysłem, ale przede wszystkim niepokoi, jeszcze po paru miesiącach od ukończenia lektury wibruje gdzieś w podświadomości wywołując jednocześnie zachwyt i obrzydzenie. Wright bowiem doskonale łączy w swym dziele elementy powieści psychologicznej i krwawego dreszczowca. 

Powieść „Zwierzęta nocy” posiada klasyczną konstrukcję szkatułkową. Czytelnik zaznajamia się z treścią debiutu literackiego Edwarda dokładnie w takim tempie, w jakim pochłania książkę Susan. Czytając kobieta myślami wraca do przeszłości i powoli ujawnia okoliczności rozpadu pierwszego małżeństwa, na wierzch wychodzą także jej lęki, sytuacje, które podświadomość wyparła. 

Książka Edwarda to pełen przemocy, brutalny thriller. Jego bohater, Tony Hastings udaje się wraz z rodziną – żoną Laurą i córką Helen do letniego domu w Maine. Pod osłoną nocy podróżują autostradą międzystanową przez północną Pensylwanię. W pewnym momencie niewinne z pozoru wygłupy trojga pasażerów sąsiedniego auta zamieniają się w otwarty konflikt na drodze, który kończy się wypadkiem samochodowym. Od tego momentu akcja powieści Edwarda gwałtownie przyspiesza, a czytelnik równie niecierpliwie jak Susan ma ochotę pochłaniać kolejne rozdziały. Długo nie trzeba czekać na dalsze, mrożące krew w żyłach wydarzenia. Dość powiedzieć, że ta historia nie kończy się dobrze dla żadnego z bohaterów. W zasadzie od początku mamy świadomość, że coś nie gra w przedstawionej sytuacji na drodze, że zachowanie pasażerów auta, które wymusiło na Tonym kraksę jest dziwne, ale i zamierzone. Ten niepokój nie pozwala nam oderwać się od lektury, mimo nieuchronności tego, co nastąpi. 

Niewątpliwie wspaniałym zabiegiem Austina Wrighta jest pokazywanie jak Susan przeżywa czytanie książki. Jest wstrząśnięta, przerażona, a jednocześnie zaintrygowana. Czasami natłok emocji nakazuje jej przerwać lekturę, wtedy czytelnik ma możliwość zaobserwowania migawek z jej życia. Bawiące się dzieci, wiecznie nieobecny, zapracowany mąż, wspomnienia wspólnych chwil z Edwardem, o tym myśli kobieta, gdy na krótko odrywa się od powieści. 

Ekranizacja, także zatytułowana „Zwierzęta nocy”, to obraz równie frapujący, jak powieść Wrighta. Tom Ford wprawdzie dokonał wielu zmian, dodał też sporo swoich pomysłów, ale film, podobnie jak książka, bardzo przypadł mi do gustu, choć niektórzy widzowie opuszczali kino już na początku seansu. Ja dotrwałam do końca i nie żałuję. Film jest krwawy, brutalny, dobrze skonstruowany, a przy tym (poza sekwencją początkowych scen) niezwykle dopracowany estetycznie (tak samo zachwycałam się pierwszym filmem reżysera, ekranizacją powieści „Samotny mężczyzna” Christophera Isherwooda). Na uwagę zasługuje także doskonała ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Abla Korzeniowskiego. Zachwyciłam się podwójną rolą Jake’a Gyllenhaala oraz kreacją Amy Adams. Portret psychopaty stworzony przez Aarona Tylera-Johnsona również zasługuje na uwagę, nie bez powodu aktor otrzymał za tę rolę Złoty Glob. 

„Zwierzęta nocy” Austina Wrighta oraz obraz Toma Forda, o tym samym tytule to nie tylko wyrafinowane opowieści o zemście, ale także i może przede wszystkim o niespełnieniu. Skłamałabym mówiąc, że ta lektura niesie ze sobą przyjemne doznania. Czasem jednak warto porzucić czystą rozrywkę dla chwili refleksji i niepokoju, dać się oczarować brutalnemu pięknu. Polecam. 

„Zwierzęta nocy” Austin Wright 
tłumaczenie: Jędrzej Polak 
tytuł oryginału: Tony and Susan 
data wydania: 23 listopada 2016 
ISBN: 9788328037946 
liczba stron: 400

środa, 15 marca 2017

„Książka o czytaniu” Justyna Sobolewska

„Bardzo wiele książek należy przeczytać po to, aby sobie uświadomić, jak mało się wie.” 
Nikołaj Gogol 

foto: Wydawnictwo ISKRY, autor zdjęcia okładkowego: Szymon Szcześniak


Justyna Sobolewska to krytyczka literacka związana z tygodnikiem „Polityka”, zasiada również w jury Środkowoeuropejskiej Nagrody Literackiej „Angelus” oraz Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej „Silesius”. „Książka o czytaniu” jej autorstwa była trzecią lekturą omawianą przez nas w tym roku w ramach Domowego Klubu Książki u Natalii z Kroniki Kota Nakręcacza. Nasze skromne posiedzenia doczekały się zresztą wzmianki w rozdziale „I Ty zostań klubowiczem”, na stronie 90 omawianej książki. I nie, nie spotykamy się w Sabatowie (to tylko pieszczotliwe określenie na naszą wesołą gromadę), tylko w Warszawie. 

Justyna Sobolewska sięgnęła w swej książce po niezwykle wdzięczną tematykę: czytanie, przyszłość czytelnictwa, książki, zwyczaje moli książkowych, sposoby układania książek na półkach etc. Czytelnik znajdzie w tej lekturze wiele literackich odwołań, a na pierwszy plan wysuwają się „Moja historia czytania” Alberta Manguela oraz „Ex libris” Anne Fadiman. Autorka często oddaje głos pisarzom, przytacza również swoje rodzinne historie związane z czytaniem, mnie zaś ujęło jej poczucie humoru. 

Dzięki „Książce o czytaniu” dowiedziałam się też nieco o sobie. Przede wszystkim jestem uzależniona od czytania, książka towarzyszy mi zawsze i wszędzie, nie potrafię wyjść z domu bez lektury. A nuż znajdzie się pięć minut na czytanie. Przy tym często paraliżuje mnie uczucie lęku, że wielu interesujących książek po prostu nie zdążę przeczytać. Wtedy zaczynam czytać kompulsywnie, aż dochodzę do dziesięciu symultanicznie pochłanianych lektur, a stąd już mały krok do szaleństwa. 

Z książkami robię straszne rzeczy – zaginam rogi, piszę na marginesach, podkreślam, oklejam różnymi karteczkami indeksującymi. Z tego względu nie przepadam za czytnikami i e- bookami. Ja po prostu, mówiąc kolokwialnie, muszę miętolić papier, czuć jego zapach i fakturę, a dzięki bazgraniu łatwo powracam do interesujących mnie fragmentów i więcej zapamiętuję. 

Na ogół starannie dobieram lektury, gdyż podobnie jak Schopenhauer uważam, że „zła literatura to intelektualna trucizna, która niszczy mózg”. Unikam romansów, wszelkiej maści poradników (czekam na oświecenie w postaci książki o życiu, zadrukowanej jedynie dwoma wyrazami- wdech i wydech), różnych odcieni szarości, bardzo rzadko sięgam po kryminały i zdecydowanie preferuję literaturę faktu nad wszelkie inne rodzaje dzieł literackich. 

Nie zawsze sięgam po nowości, ale przyznaję, że czasem daję się nabrać na marketingowe sztuczki. Uwielbiam tropić błędy w książkach, chociaż mam świadomość jak trudno ich uniknąć oraz że nie zależą one tylko i wyłącznie od korektora. Do tej pory tylko w przypadku jednego wydawnictwa nie spotkałam się jeszcze z błędem. 

Myślę, że każdemu czytelnikowi, który sięgnie po „Książkę o czytaniu” będą się nasuwały podobne refleksje, postanowi wykonać swoisty czytelniczy rachunek sumienia. Jest to lektura doskonała do omawiania na wszelkiego rodzaju spotkaniach literackich, takich jak nasz Domowy Klub Książki. Zwyczaje czytelnicze, anegdotki związane z ulubionymi książkami, najlepsze pierwsze i ostatnie zdania, najdziwniejsze tytuły, okładki to tzw. temat- rzeka. I tak jak w podtytule pierwszego wydania „Książki o czytaniu” resztę, każdy z czytelników, niech dopisze sobie sam. Polecam. 

„Książka o czytaniu” Justyna Sobolewska 
data wydania: maj 2016 (data przybliżona) 
ISBN: 9788324404407 
liczba stron: 244

„Czasem, kiedy trafiam na irytujące błędy, poprawiam je, stawiając znaki korektorskie.” 
"Książka o czytaniu" Justyna Sobolewska

wtorek, 14 marca 2017

„Wysoki. Śmierć Camerona Doomadgee” Chloe Hooper

„Może to naiwne, co powiem, ale jestem rozczarowana, że sprawiedliwość nie zawsze zwycięża, a reguły gry są różne dla ludzi zależnie od koloru ich skóry. Zadziwia mnie to, choć może nie powinno.” 
Chloe Hooper w rozmowie z Agnieszką Wójcińską 
„Perspektywa mrówki. Rozmowy z reporterami świata” Agnieszka Wójcińska 

foto: Wydawnictwo Czarne


Australia - piękno krajobrazu, niezwykła fauna i flora, raj dla surferów, egzotyczne wakacje, boksujące się kangury, urocze misie Koala, można się odprężyć i zapomnieć o kłopotach. Czyżby? Otóż wszystko to schodzi na dalszy plan za sprawą wciągającego reportażu Chloe Hooper "Wysoki" sprzed kilku lat, opowiadającego o tajemniczej śmierci Camerona Doomadgee, Aborygena. 

Chloe Hooper to australijska dziennikarka, reporterka i pisarka. Jej prozatorski debiut, „Morderstwo przy Klifie Czarnego Łabędzia”, otrzymał tytuł Notable Book of The Year magazynu „The New York Times” w 2002 roku. Sławę i światowy rozgłos przyniósł autorce artykuł o śmierci aborygeńskiego aresztanta Camerona Doomadgee, mieszkańca Palm Island, który opublikowała w 2005 roku na łamach „The Monthly”. Reportaż został nagrodzony prestiżową australijską nagrodą Walkley Award, a na jego kanwie powstała książka „Wysoki. Śmierć Camerona Doomadgee”. 

Co naprawdę zdarzyło się na rajskiej wyspie Palm Island? Czy rzeczywiście to "Wysoki" Christopher Hurley, powszechnie szanowany policjant, dobrze znany aborygeńskiej społeczności, zamordował swego równolatka? Czy była to zbrodnia popełniona z nienawiści? Czy nawet w australijskim raju rasizm, prześladowania na tle rasowym, nienawiść mają się dobrze? Na te pytania stara się odpowiedzieć Chloe Hooper w swoim reportażu będącym połączeniem kryminału, dokumentu oraz przewodnika po kulturze i historii Aborygenów. 

19 listopada 2004 roku starszy sierżant Chris Hurley zatrzymał spacerującego i nucącego pod nosem piosenkę „Who Let the Dogs Out?” Camerona Doomadgee, rzekomo za przeklinanie i obrazę funkcjonariuszy porządku publicznego. Niecałą godzinę później aresztowany nie żył. Camerona znaleziono na podłodze celi, z podbitym okiem, połamanymi żebrami i pękniętą wątrobą. Mimo to biegły patolog nie dopatrzył się śladów przemocy. Mieszkańcy Palm Island nie chcieli przyjąć do wiadomości informacji o śmierci Aborygena, ani wyników sekcji zwłok. Tydzień później rozwścieczony tłum zaatakował posterunek i spalił dom sierżanta Hurleya. Policjant uciekł na ląd. 

Sprawa Camerona poruszyła opinię publiczną całej Australii, zdecydowano o przeprowadzeniu śledztwa koronerskiego, a następnie policjantowi postawiono zarzuty. Chloe Hooper opisuje śledztwo koronera, późniejszy proces sądowy, ale także rozpacz rodziny po śmierci Camerona oraz ścieżkę kariery zawodowej i życie Chrisa Hurleya. Policjant miał za sobą lata służby, był znany nie tylko w Palm Island, ze swego oddania i pracy na rzecz pojednania społeczności aborygeńskiej z białymi mieszkańcami Australii. Tym bardziej zadziwia ten nieoczekiwany akt agresji, który zakończył się tragicznie dla Camerona Doomadgee. Starszy sierżant odmówił dziennikarce spotkania, mimo to autorka opisała zarówno jego, jak i ofiarę w sposób obiektywny i wnikliwy. Nie pominęła również patologii szerzących się w wymiarze sprawiedliwości. Miały miejsce próby zatuszowania winy Hurleya przez kolegów i jego przełożonych. Ostatecznie policjant został oczyszczony z zarzutów. 

Warto nadmienić, że śmierć Camerona Doomadgee była sto czterdziestym siódmym przypadkiem zgonu aresztanta pochodzenia aborygeńskiego od 1990 roku, czyli już po utworzeniu przez rząd australijski Królewskiej Komisji ds. zgonów Aborygenów w areszcie. Dopiero ten nieszczęśliwy przypadek zbulwersował opinię publiczną i doprowadził do postawienia zarzutów białemu policjantowi. Chris Hurley obecnie nie pełni obowiązków służbowych, w 2016 roku dopuścił się napaści na Luka Cole’a, ponownie zasiadł na ławie oskarżonych, proces trwa. 

Chloe Hooper napisała wciągający reportaż, który opisuje nie tylko jedną z najbardziej zagadkowych spraw kryminalnych w historii australijskiego sądownictwa, ale także przedstawia obraz życia Aborygenów, historię ich prześladowań, system wierzeń oraz stale napięte relacje autochtonów z białymi. „Wysoki” to opowieść o zderzeniu światów, odmiennych kultur, zdecydowanie warta polecenia. 

„Wysoki. Śmierć Camerona Doomadgee” Chloe Hooper 
tłumaczenie: Agnieszka Nowakowska 
tytuł oryginału: The Tall Man: Death and Life on Palm Island 
data wydania: 20 września 2010 
ISBN: 9788375362183 
liczba stron: 288

piątek, 24 lutego 2017

„Kwietniowa czarownica” Majgull Axelsson

„Każda dusza jest nieśmiertelna, bo to, co znajduje się w ciągłym ruchu, jest nieśmiertelne.” 
Platon 

foto: W.A.B.


Majgull Axelsson to szwedzka pisarka i dziennikarka. Jest autorką felietonów w „Dagens Nyheter”, tworzy reportaże, napisała kilka książek publicystycznych oraz sztukę teatralną. Począwszy od 2002 przetłumaczono na język polski i wydano siedem powieści jej autorstwa. 

Pierwszy raz zetknęłam się z twórczością Majgull Axelsson kilkanaście lat temu. Wtedy to przeczytałam „Kwietniową czarownicę”. Zachwyciła mnie mroczna głębia powieści, dojmujące uczucie smutku i beznadziei płynące z lektury, ciekawie nakreślone postaci kobiece. Teraz, z upływem czasu moje zainteresowanie wzbudziła nie tyle sama treść książki, którą pamiętałam dosyć dobrze, ale opisany przez szwedzką pisarkę włoski kult benandanti oraz inspiracja, jaką stanowiło dla autorki opowiadanie Raya Bradbury’ego, zatytułowane The April Witch

Benandanti posiadali zdolność opuszczania swego ciała podczas snu (działo się to w wybrane czwartki w roku), walczyli dzięki takiej wędrówce dusz ze złośliwymi czarownicami niszczącymi uprawy, mieli za zadanie zapewnić wiosce, w której mieszkali obfite plony. Wiele z tych "dobrych istot" zostało oskarżonych o herezję, związki z Szatanem i straconych, działo się to na fali słynnych procesów czarownic. Wierzono, że benandanti zostawał człowiek w czepku urodzony. Mieli oni ponadto moc uzdrawiania. Częściowo te cechy (głównie zdolność opuszczania ciała w czasie snu) nadaje Axelsson dwójce opisywanych bohaterów – ciężko chorej Desiré oraz lekarzowi Hubertssonowi. 

W The April Witch Ray Bradbury opowiada historię nietypowej rodziny obdarzonej ponadnaturalnymi zdolnościami. Siedemnastoletnia dziewczyna, o imieniu Cecy, pragnie kochać i być kochana. Jednakże od rodziców otrzymuje ostrzeżenie: miłość do zwykłego śmiertelnika spowoduje utratę magicznych mocy. Sprytna dziewczyna postanawia zatem opuścić swoje ciało, znaleźć schronienie w organizmie innej kobiety i rozkochać w tej postaci obiekt swoich westchnień, Toma. 

Desiré z powieści Axelsson to ciężko chora, unieruchomiona na szpitalnym łóżku „siostra” Christiny, Birgitty i Margarety. Swoje zdolności opuszczania ludzkiego ciała i zamieszkiwania w innych stworzeniach wykorzystuje, żeby śledzić przybrane rodzeństwo i sprawiać „siostrom” niezbyt przyjemne niespodzianki. Całe swoje życie Desiré podporządkowuje próbie odnalezienia odpowiedzi na pytanie, dlaczego rodzona matka ją porzuciła. Christina, Birgitta, Margareta to byłe mieszkanki rodzinnego domu dziecka, który prowadziła „ciocia” Ellen. One również zostały porzucone przez rodziców, jednak otoczone troskliwą opieką i miłością zastępczej mamy pokonały traumę z dzieciństwa, co nie oznacza, że w dorosłym życiu nie borykają się z różnymi problemami. 

W powieści „Kwietniowa czarownica” czytelnik znajdzie mocno zarysowane, nietuzinkowe bohaterki, których wzajemne relacje są bardzo skomplikowane. Kobiety, którym przyszło zmierzyć się z bólem odtrącenia. Dużo tu przytłaczających emocji – smutku, pragnienia zemsty, rozpaczy. Mężczyźni, poza Hubertssonem, zarysowani są raczej schematycznie, praktycznie nie istnieją w książce, a jeśli Axelsson o nich wspomina, to na ogół są to postacie bardzo negatywne. Prawdopodobnie jest to świadomy zabieg autorki, próba ukazania wielowymiarowości kobiecych dusz. Zresztą fabuła większości książek pisarki oparta jest właśnie na takim schemacie – silnie zarysowane, targane wieloma sprzecznymi emocjami kobiety, zazwyczaj ukazane na przestrzeni kilku pokoleń, a mężczyźni albo nie istnieją albo nakreśleni są bardzo schematycznie. 

„Kwietniowa czarownica” Majgull Axelsson to wciągające studium ludzkiego cierpienia, ale też próba pokazania jak wyglądała rzeczywistość w Szwecji, w latach pięćdziesiątych, a zwłaszcza codzienność osób niepełnosprawnych. Jedyna rzecz, do której mogę się, mówiąc kolokwialnie, przyczepić to tłumaczenie cytatu wstępnego z rozdziału zatytułowanego „Dryfujące drewno”. Są to słowa Cecy, z opowiadania The April Witch Raya Bradbury’ego. Otóż Cecy „pomyślała”, a nie „pomyślał”, gdyż jak wiadomo była to siedemnastoletnia dziewczyna. Lekturę tej i innych powieści Majgull Axelsson gorąco polecam. 

„Kwietniowa czarownica” Majgull Axelsson 
tłumaczenie: Halina Thylwe 
tytuł oryginału: Aprilhäxan 
data wydania: kwiecień 2008 
ISBN: 9788374146081 
liczba stron: 492

poniedziałek, 20 lutego 2017

„Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro” Karolina Domagalska

„Prawdziwa wolność to wtedy, kiedy człowiek może decydować, jak chce żyć.” 
Hans Hellmut Kirst 

foto: Wydawnictwo Czarne



Młoda reporterka Wysokich Obcasów, Karolina Domagalska, sięgnęła w swej książce „Nie przeproszę, że urodziłam” po niezwykle kontrowersyjny, wzbudzający lęk, a wśród ludzi Kościoła i wszelkiej maści konserwatystów histeryczne wręcz reakcje temat, jakim jest zapłodnienie pozaustrojowe. Omawiany reportaż w zeszłym roku znalazł się w ścisłym finale Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, co samo w sobie stanowi już doskonałą rekomendację do zapoznania się z tą ważną lekturą. 

Największe emocje temat procedury in vitro wzbudził w 2007 roku za sprawą Ewy Kopacz, która oświadczyła publicznie, że należy podjąć się refundacji tej metody leczenia niepłodności i postanowiła przedstawić szczegóły swojego planu ówczesnemu premierowi, Donaldowi Tuskowi. W 2008 roku prace nad projektem ustawy bioetycznej zakończyła komisja Gowina. Projekt wzbudził ogromne kontrowersje zarówno pośród zwolenników, jak i przeciwników in vitro. Choć zakładał dopuszczalność tej metody, to poprzez obostrzenia dotyczące samej procedury w praktyce obniżał znacząco jej skuteczność (chodziło o zakaz mrożenia zarodków i nakaz zapłodnienia jedynie dwóch komórek jajowych). Mniej więcej w tym samym czasie ukazała się watykańska instrukcja dotycząca niektórych problemów bioetycznych, zatytułowana Dignitas personae. Temat był również szeroko komentowany w polskich mediach przez ludzi Kościoła, polityków, stowarzyszenia, w tym „Nasz Bocian”. Jedni przyrównywali in vitro do zabawy w tworzenie Frankensteina i stawiali je na równi z morderstwem i aborcją, inni doszukiwali się „bruzd dotykowych” wśród dzieci poczętych w ten sposób, jeszcze inni wskazywali na uśmiercanie ludzkich zarodków podczas procedury, aborcję selektywną. Te i inne, jak słynny „krzyk zarodków”, populistyczne hasła trafiały na pierwsze strony gazet wzbudzając masę negatywnych emocji i odzierając ludzi niepłodnych z godności. 

Słuszne było oburzenie par starających się o dziecko koniecznością tłumaczenia się z własnych wyborów, bezowocnymi próbami wyjaśnienia, że nie chodzi jedynie o egoistyczną chęć przekazania własnych genów, ale o cud rodzicielstwa. Obrzydliwe były także insynuacje, że dzieci poczęte drogą in vitro nie rozwijają się normalnie, nie są równie inteligentne, jak te poczęte naturalnie. Nawet stosunkowo niedawno pewien poseł rządzącej partii porównał dzieci poczęte drogą zapłodnienia pozaustrojowego do truskawek, pozbawionych smaku, a rada Krakowa odrzuciła projekt finansowania z budżetu miasta zabiegów zapłodnienia in vitro. Tymczasem w Częstochowie procedura ta jest finansowana przez miasto już piąty rok z rzędu… 

Nawet jeśli odrzucimy wszelkie polityczne zagrywki i chęć przypodobania się wyborcom i hierarchom Kościoła to muszę przyznać, że zawsze zadziwia mnie poziom argumentacji we wszelkich dyskusjach dotyczących in vitro. Jeśli tę drogę wspomagania rozrodu uważa się za wchodzenie w kompetencje Stwórcy to czymże jest w takim razie transplantologia i czemu dopuszczono do rozwoju takiej nauki. Wszak, jeśli Bóg chciał, żeby serce przestało bić, a nerki pracować, to czemu lekarze ratują życie za wszelką cenę sprzeciwiając się woli Wszechmogącego? Dalej, czemu jeśli tę metodę leczenia niepłodności uważamy za nieetyczną i z gruntu złą dopuszczamy do używania antybiotyków i szczepionek (już niedługo zapewne, ruchy antyszczepionkowe zwiększają bowiem kolosalnie swoją aktywność, a specjaliści, znaczy się znachorzy, zyskują głos w publicznej telewizji), przecież powinniśmy wszystko zawierzyć woli Nieba (z nią się zawsze zgadzać trzeba, jak mawiał Fredro)? Jeśli już dochodzimy do woli, to warto sobie przypomnieć pojęcie wolnej woli, którą to istoty rozumne, czyli my, zostaliśmy obdarzeni nie bez powodu przez Stwórcę (Ci, którzy nie wierzą, mają łatwiej, bo po prostu wolna wola nie podlega u nich dyskusji, jest i tyle, dla celów tej dygresji pomińmy proszę kompatybilizm i inkompatybilizm, podział na wschodnią i zachodnią filozofię etc.), po to, byśmy mogli dokonywać własnych wyborów decydując i ponosząc konsekwencje naszego postępowania. Jednakże w temacie in vitro, aborcji, czy eutanazji okazuje się, że należy pozbawić ludzi, w pierwszych dwóch przypadkach kobiety (jak wiadomo nie dla wszystkich równość między pojęciami kobieta i człowiek jest oczywista) wolnej woli. Tu dochodzimy do słynnego scio me nihil scire, co po części tłumaczy wypowiedzi niektórych polityków i osób potępiających postępy embriologii i technik wspomaganego rozrodu. Czyli wiem, że nic nie wiem, ale się wypowiem. Tyle, że o wiele łatwiej i przyjemniej żyłoby nam się, gdybyśmy zatrzymali się na stwierdzeniu, że skoro nie popierasz in vitro to go sobie nie rób, nie zgadzasz się na aborcję i towarzyszące jej zabijanie – nie dokonuj tych czynów, nie ma przymusu. Tak jak nie ma przymusu, nie powinno być zakazów ww. I taka jest moja filozofia, w skrócie. Tymczasem kończę tę przydługą dygresję, która miała być jedynie wstępem i tłem do zaprezentowania książki Karoliny Domagalskiej. 

Reportaż „Nie przeproszę, że urodziłam” opisuje bardzo szeroko kontrowersje związane ze stosowaniem metody in vitro. Przede wszystkim redefiniuje pojęcie rodziny, dopuszczając do głosu nie tylko heteroseksualne pary starające się o dziecko, lecz także samotne matki spragnione rodzicielstwa oraz pary lesbijskie i gejowskie. Karolina Domagalska rozmówców szuka na terenie Polski, ale podróżuje także do Holandii, Wielkiej Brytanii, Izraela, krajów skandynawskich. Przedstawia różne rozwiązania prawne odnośnie do omawianej procedury, które zastosowały powyższe kraje, pisze o historii metody, o zasadach działania banków nasienia, o dawstwie anonimowym i nieanonimowym, rozmawia z dawcami, rodzicami i samymi dziećmi pochodzącymi z in vitro. Przy czym czyni to z taktem, delikatnością i unikając oceniania rozmówców. 

Książka Karoliny Domagalskiej obudziła we mnie niespodziewanie pierwiastek konserwatywny, o którym nie sądziłam, że kiedykolwiek dojdzie do głosu. I choć daleka jestem od oceniania ludzkich wyborów, a zwłaszcza, jeżeli nigdy nie byłam w podobnej sytuacji, to moje wątpliwości natury etycznej wzbudziły dwie historie przedstawione w reportażu – dawstwo wewnątrzrodzinne oraz reprodukcje post mortem. W pierwszym przypadku nie sposób uniknąć podejrzeń o wywieranie presji na dawców ze strony rodziny, niezależnie od tego, co się mówi. W drugim nie jestem w stanie sobie wyobrazić, w jaki sposób osoba bliska śmierci, na przykład na skutek choroby nowotworowej, mogłaby świadomie zdecydować o posiadaniu potomstwa po odejściu z tego świata. Dostrzegam w tym egoizm krewnych i chęć zatrzymania cząstki ukochanej osoby dla siebie. Niedopuszczalna jest dla mnie sytuacja, w której kobieta w przypadku nagłej śmierci mężczyzny występuje o sądowe pozwolenie na użycie nasienia w celu zapłodnienia. Nikt przecież nie jest w stanie zapytać denata o zdanie. Jest to rażące naruszenie autonomii i praw zmarłego, o ile nie pozostawił w tej kwestii jasno sprecyzowanej woli, na piśmie. 

„Nie przeproszę, że urodziłam” to lektura zdecydowanie warta polecenia. Rozchwiała mnie emocjonalnie, uruchomiła kaskadę myśli i wątpliwości odnośnie do stosowania procedury in vitro. Spowodowała również dalszą chęć zgłębiania tematu leczenia niepłodności. Wzmogła we mnie współczucie dla osób starających się bezskutecznie o dziecko. Nie oceniam ich wyborów i życzę, żeby w końcu spełnili się w roli rodziców. Największe znaczenie ma tu miłość i późniejszy trud wychowania potomstwa, a wybór metody zapłodnienia powinien pozostać sprawą indywidualną. 

Za wypożyczenie egzemplarza książki do recenzji dziękuję serdecznie Gosi z bloga "Czytelniczy". 

„Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro” Karolina Domagalska 
data wydania: 18 lutego 2015 
ISBN: 9788380490161 
liczba stron: 208

sobota, 18 lutego 2017

„Anders Morderca i przyjaciele oraz kilkoro wiernych nieprzyjaciół” Jonas Jonasson

„Wielka sława to żart, 
książę błazna jest wart, 
złoto toczy się w krąg, 
z rąk do rąk, z rąk do rąk.” 
„Baron cygański” Ignatz Schnitzer 

foto: W.A.B.


Jonas Jonasson to szwedzki pisarz, który podbił rynek wydawniczy powieścią „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął”. Kolejna książka autora, „Analfabetka, która potrafiła liczyć”, równie szybko stała się światowym bestsellerem. W obu powieściach Jonasson opisywał zabawne perypetie nietuzinkowych bohaterów balansujących na granicy rzeczywistości i absurdu, kreśląc przy tym znakomicie tło historyczne przedstawianych wydarzeń. Z wielkim entuzjazmem podeszłam do lektury trzeciej książki autora, spodziewając się rozrywki na jeszcze wyższym poziomie. Niestety spotkało mnie srogie rozczarowanie. 

Tytułowy Anders to morderca, utracjusz, bandzior, który w pewnym momencie życia spotyka Jezusa. W związku z tym postanawia się nawrócić i odtąd czynić wyłącznie dobro. Rozdaje pieniądze, zarobione dzięki zleceniom przestępczego półświatka, instytucjom charytatywnym oraz różnej maści fundacjom. Oczywiście taka postawa spotyka się z ostrym sprzeciwem ze strony bandyckiego kręgu dawnych zleceniodawców mordercy, a także jego najbliższych towarzyszy – pastor Johanny Kjellander oraz recepcjonisty Pera Perssona, którzy w suto opłacanych zadaniach Andersa widzą szansę na szybkie wzbogacenie się. 

Oczywiście, co jest do przewidzenia, Anders plus towarzysze zmuszeni są uciekać przed bandytami, którym nie podoba się dobroczynna działalność ekszabójcy. Johanna i Per nie zamierzają jednakże rezygnować z raz zdobytego źródła dochodów, namawiają mordercę do stworzenia nowego kościoła- Kościoła Andersa. Bohater staje się zatem duchowym przywódcą i teraz wyciąga pieniądze od wiernych, w zamian za towarzyszące nabożeństwom oświecenie ciemnych mas uczęszczających na kościelne spotkania, suto zakrapiane tanim, mołdawskim winem. 

Może stało się tak, że wraz z zyskaniem pierwiastka konserwatywnego (po lekturze reportażu „Nie przeproszę, że urodziłam” Karoliny Domagalskiej) utraciłam poczucie humoru. Historia Andersa ani przez moment nie wydała mi się zabawna, chwilami była wręcz nużąca, a najgorsze wydało mi się zakończenie i wplątanie w całą aferę Świętego Mikołaja. Niemniej jednak trzeba oddać wydawcy sprawiedliwość, nie zauważyłam w książce błędów, a i czyta się ją dosyć szybko. 

Rzeczywiście można powiedzieć, że książka opowiada o chciwości, szaleństwie, nieodpowiedzialności mediów i religijnym fanatyzmie, tylko, że właśnie dlatego wcale nie jest zabawna, a boleśnie prawdziwa. Polecam jedynie chętnym i fanom twórczości pisarza. 

„Anders Morderca i przyjaciele oraz kilkoro wiernych nieprzyjaciół” Jonas Jonasson 
tłumaczenie: Elżbieta Ptaszyńska- Sadowska 
tytuł oryginału: Mördar-Anders och hans vänner (samt en och annan ovän) 
data wydania: 30 maja 2016 
ISBN: 9788328027732 
liczba stron: 348