piątek, 22 września 2017

„Żałując macierzyństwa” Orna Donath

„Kiedy mówimy o równości i równouprawnieniu często pada argument o możliwości realizacji kobiet w sferze zawodowej czy naukowej. W opozycji do równouprawnienia przedstawiane są kobiety, które wybrały tzw. tradycyjny model i poświęciły się pracy opiekuńczej. Nic nie irytuje mnie bardziej niż określanie wykonywanej przez nie pracy jako ‘siedzenia w domu’.” 
Małgorzata Maciaszek, Codziennik Feministyczny 

foto: Wydawnictwo Kobiece

Orna Donath jest socjolożką i antropolożką, pracuje w Beer Szewie, na prestiżowym Uniwersytecie Ben-Guriona. Jej zainteresowania dotyczą głównie macierzyństwa, społecznych oczekiwań kobiet. Sama świadomie zrezygnowała z posiadania dzieci, a w 2011 roku wywołała medialną burzę publikując artykuł naukowy opowiadający o izraelskich kobietach rezygnujących z macierzyństwa. Tekst ten zapoczątkował dyskusję w mediach, niezwykle potrzebną, jak się okazało. Dziś, kiedy i w naszym kraju prowadzi się debaty na temat praw reprodukcyjnych kobiet (a robią to głównie mężczyźni), warto przyjrzeć się bliżej tej prowokującej publikacji. 

W krajach, gdzie kwitnie patriarchat, popierany zarówno przez władze, jak i główne ośrodki kultu religijnego o wartości kobiety decyduje posiadania potomstwa. Brak dzieci w określonym wieku naraża kobietę w najlepszym wypadku na współczucie, uśmiech politowania, ewentualnie ostracyzm, nikogo nie zastanawia zaś, co kryje się za ową decyzją o pozostaniu „niczyją mamą”. Nie zawsze są to bowiem względy zdrowotne, kobiety próbują coraz odważniej mówić, że po prostu nie czują się gotowe na posiadanie dzieci i mają inne plany. Co więcej, jest to decyzja, do której mają święte, niezbywalne prawo. Podobnie jak do odczuwania żalu, już po urodzeniu potomstwa. 

Niezależnie od motywacji, która towarzyszy urodzeniu dziecka wszystkie rozmówczynie Orny Donath odczuwają żal i silne poczucie winy odnośnie do swojej decyzji o zostaniu matką. Część z nich upatrywała w macierzyństwie sposobu na ratowanie małżeństwa, inne po prostu nie chciały odbiegać od „normy”. Wszechobecny kult matki i przedstawianie wychowywania dzieci jako bezstresowej przygody, nienastręczającej żadnych trudności, także mogą stanowić przyczynę decyzji o posiadaniu potomstwa, podobnie jak nieustające pytania o dzieci ze strony rodziny. Potem zaś następuje zderzenie z rzeczywistością. I nie kwestionuję tego, że wiele kobiet jest stworzonych do tego, by zostać matkami. Potrafią odnaleźć się znakomicie w nowej roli, już po porodzie. Są jednak takie, które począwszy od porodu, a potem już po powrocie do domu odczuwają mieszaninę bólu, lęku, rozpaczy i żalu oraz tęsknoty za dawnym życiem. Tyle, że nie mogą o tym mówić głośno, bo to temat tabu, nie wypada nie cieszyć się z zostania matką. 

Z tym tematem tabu rozprawia się autorka i grupa odważnych kobiet, które zdecydowały się mówić otwarcie o swoich odczuciach. Orna Donath w swojej książce opisuje macierzyństwo z perspektywy społecznych oczekiwań względem kobiet, mówi o wymaganiach, które są im stawiane, nagonce na matki, o tym, że często pozostają one same ze swoimi obowiązkami i uczuciami, a rola mężczyzny kończy się na spłodzeniu potomka i utrzymywaniu rodziny. Nie pomaga także fakt, że kobiety, które decydują się na pozostanie z dziećmi w domu uważane są z jakichś, niezrozumiałych dla mnie powodów, za gorsze. Pomijając sformułowania o „siedzeniu w domu” czy „nieustających wakacjach” dochodzą jeszcze głosy samych kobiet – „ja to pracowałam i wychowywałam n (wstaw odpowiednią liczbę) dzieci i dom ogarniałam, a teraz to te młode matki leniwe takie etc.”. Otóż nie, jeśli kobieta pracuje zawodowo na pełen etat to wychowywaniem jej dzieci zajmuje się niania, bądź instytucja do tego powołana – żłobek lub przedszkole albo inny członek rodziny – babcia, ciocia  (zauważcie, że prawie zawsze nie jest to mężczyzna). Ja z kolei uważam, że jeśli tylko istnieje taka możliwość matka powinna być obecna przy dziecku w pierwszych, kluczowych dla jego rozwoju, latach życia. Oczywiście jest to mój świadomy wybór i nie krytykuję tych kobiet, które miesiąc po porodzie wracają do pracy. To jest wyłącznie ich decyzja. Podobnie daleka jestem od osądzania matek, które otwarcie przyznają, że mają dość i że chociaż bardzo kochają swoje dzieci, potrzebują chwili wytchnienia, czasu tylko dla siebie, a przed oczami często majaczą im wizje szczęśliwych czasów sprzed macierzyństwa. Rozmówczynie Donath idą jeszcze dalej, otwarcie przyznają, że lepiej by im się żyło bez dzieci, a jednocześnie kochają je i biorą odpowiedzialność za ich wychowanie i kształcenie. 

Książka Orny Donath ma postać rozprawy naukowej poprzetykanej wypowiedziami poszczególnych rozmówczyń autorki. I chociaż celem socjolożki jest pokazanie, że żal, który towarzyszy często macierzyństwu jest zrozumiały, trzeba o nim mówić, oswoić go, to przekaz ten rozmywa się poprzez liczne powtórzenia, osobiste dygresje autorki i pseudonaukowy język. Niemniej jednak to ważny głos w dyskusji na temat macierzyństwa i warto zapoznać się z tą lekturą. 

PS Diana z bloga Bardziej lubię książki niż ludzi wyjęła mi z ust pewne sformułowanie. Kiedy stajesz się matką, przestajesz być kobietą i zaczynasz być postrzegana przez pryzmat macierzyństwa, a tak nie powinno być. „Matka jest przedstawiana jako naturalnie poświęcająca samą siebie, nieprzerwanie spełniająca potrzeby, bezgranicznie cierpliwa i oddana trosce o innych w sposób, który niemalże żąda od niej, by zapomniała, że ma swoją własną osobowość i potrzeby.”


„Żałując macierzyństwa” Orna Donath
tłumaczenie: Elżbieta Filipow
tytuł oryginału: Regretting Motherhood
data wydania: 20 lipca 2017
ISBN: 9788365506825
liczba stron: 312

czwartek, 31 sierpnia 2017

„Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy” Paweł Reszka

„Praca nasza to jest walka ze śmiercią. Co może się porównać z pracą lekarza? Czy praca na roli, czy w fabryce, czy "zajęcie" urzędnika, kupca, rzemieślnika nawet żołnierza? Każda myśl tutaj, każdy krok, każdy czyn, musi być zwyciężaniem ślepych i strasznych sił natury.” 
„Ludzie bezdomni” Stefan Żeromski 

foto: Wydawnictwo Czerwone i Czarne


Paweł Reszka, wielokrotnie nagradzany dziennikarz, obecnie związany z redakcją Newsweeka postanowił zastosować metodę znaną z reportaży Güntera Wallraffa, wcielił się w sanitariusza i zatrudnił w szpitalu, aby obserwować od wewnątrz działanie systemu, który od wielu lat uważany jest niewydolny, bezduszny wręcz, stojący na straży publicznych pieniędzy a za nic mający zdrowie i życie pacjenta. 

„Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy” to wstrząsający reportaż dotyczący patologii systemu ochrony zdrowia w Polsce. Winne tej dramatycznej sytuacji są przede wszystkim kolejne ekipy rządzące, dla których problem służby zdrowia jest czysto teoretyczny, werbalny, dobrze się sprzedaje w postaci obietnic wyborczych. Rzeczywistość jest tymczasem przerażająca, brakuje miejsc w szpitalach, sprzętu, lekarzy, pielęgniarek, sanitariuszy, w systemie brak przede wszystkim pieniędzy, w tym funduszy na godziwe wynagrodzenia dla personelu medycznego. Lekarze pracują w kilku miejscach naraz, często po kilkadziesiąt godzin bez przerwy, zdarza się, że liczba przepracowanych w miesiącu godzin często przekracza trzysta. Gdzie w tym miejsce na odpoczynek, na rodzinę, na życie? 

Zmienił się również stosunek pacjentów do lekarzy. Cały czas pokutuje przekonanie, że zawód ten wiąże się z ogromnymi zarobkami, że wędrówka młodych medyków od jednego do drugiego miejsca pracy powodowana jest chciwością, chęcią szybkiego dorobienia się. To bzdura. Pacjenci są coraz bardziej roszczeniowi, wymagają wiele, gdyż są przekonani, że w publicznej służbie zdrowia wszystko im się należy, od ręki, bez oczekiwania (to echa systemu Siemaszki). Ponadto często źródłem informacji chorego bywa internet, teksty tam zamieszczone traktują jak prawdy objawione dopatrując się w lekarskiej diagnozie złej woli, czy wręcz oszustwa. Sami lekarze są przemęczeni, sfrustrowani, gburowaci, nie mają czasu tłumaczyć dokładnie pacjentom procedur i podjętego leczenia. Ma to miejsce zwłaszcza na szpitalnych oddziałach ratunkowych, gdzie liczy się czas. Często pacjenci nie rozumieją, że SORy to miejsca ratowania życia, że stan pacjenta determinuje kolejność udzielania pomocy. Tak więc chory, który przychodzi na zdjęcie szwów, gipsu lub wykonać podstawowe badania (w przychodni czas oczekiwania może być bardzo długi albo może natrafić na wyczerpane limity) musi liczyć się z wielogodzinnym oczekiwaniem. 

Kolejnym problemem są procedury i konieczność wykonywania działań administracyjnych przez lekarzy, tony dokumentacji, każda decyzja musi być potwierdzona zleceniem, wszystko musi się znaleźć w historii choroby pacjenta oraz w systemie elektronicznym. Z tego powodu i tak już ograniczony czas przeznaczony na badanie i diagnozowanie pacjenta staje się jeszcze szczuplejszy. Mało tego, w szpitalach często oddelegowuje się do tych czynności młodych, niedoświadczonych lekarzy, który przecież nie po to pojawili się na oddziale. Mieli się uczyć, a tymczasem toną w dokumentacji. Paweł Reszka pisze też o zatrważających brakach kadrowych, które doprowadziły do tego, że zdarzają się sytuacje, w których zaledwie jeden lekarz podczas dyżuru odpowiada za cały szpital. Procedury zlecane przez lekarzy pacjentom nie zawsze są wykonywane, również z powodu braków personelu. 

W sytuacji, gdy lekarz obarczony jest tyloma obowiązkami trudno się dziwić, że nie uśmiecha się od ucha do ucha i nie przemawia czułym głosem do pacjenta. Sytuacja jest patowa, bo chorzy też mają prawo do zmęczenia, frustracji, a przede wszystkim do świadczeń zdrowotnych na najwyższym poziomie wykonywanych przez przytomnego, wypoczętego lekarza, który nie martwi się, że wygeneruje zbyt wysokie koszty dla szpitala, tylko dba o leczenie zgodnie z najnowszą wiedzą i sztuką lekarską. Być może trzeba by było wprowadzić dodatkowe opłaty za podstawowe badania czy usługi lekarskie, niewielkie, ale na tyle odstraszające, że wszystkim tym, którzy przychodzą do przychodni w celach towarzyskich i na pogaduszki odechciałoby się takich wizyt. 

Powołanie powołaniem, służba służbą, ale lekarz jest takim samym człowiekiem jak my. Ma prawo do odpoczynku, do życia osobistego, może mieć gorszy dzień czy zły humor. W naszym interesie leży zapewnienie lekarzom takich warunków pracy, żeby nie musieli zasuwać po trzysta godzin w miesiącu. Moje doświadczenia ze służbą zdrowia są na szczęście w większości pozytywne, i to i jako pacjenta, i jako uczestnika systemu, także pełniącego zawód zaufania publicznego. Może oprócz pieniędzy przydałoby się trochę więcej empatii tak ze strony lekarzy, jak i ze strony pacjentów? Zachęcam do lektury reportażu „Mali bogowie”. Po tej książce z pewnością spojrzycie inaczej na nasz system opieki zdrowotnej. 

„Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy” Paweł Reszka 
data wydania: 11 kwietnia 2017 
ISBN: 9788377002827 
liczba stron: 294

środa, 23 sierpnia 2017

„Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie” Katarzyna Tubylewicz

"Jeśli wolność w ogóle coś oznacza, to jest nią prawo do mówienia ludziom tego, czego nie chcą słyszeć." 
George Orwell 


foto: Wielka Litera



Katarzyna Tubylewicz jest pisarką, publicystką, kulturoznawczynią i tłumaczką z języka szwedzkiego oraz nauczycielką jogi. Napisała „Własne miejsca”, „Rówieśniczki” i „Ostatnią powieść Marcela”, była również pomysłodawczynią i współautorką antologii „Szwecja czyta. Polska czyta”. W latach 2006-2012 kierowała Instytutem Polskim w Sztokholmie, prowadziła również zajęcia z zakresu kultury polskiej na Uniwersytecie Sztokholmskim. Jest autorką zachwycających tłumaczeń szwedzkiej prozy, między innymi książek, uwielbianej przeze mnie, Majgull Axelsson. 

Najnowsza książka Katarzyny Tubylewicz to zbiór rozmów autorki ze znanymi Szwedami, pisarką Elisabeth Åsbrink, biskup Evą Brunne czy reporterem Niklasem Orreniusem. Wśród bohaterów wywiadów znajdziemy również zwykłych ludzi, policjanta o afgańskich korzeniach, kuratorkę wystaw, która postanowiła zmienić zawód i zająć się organizacją pogrzebów, Polaków mieszkających na stałe w Szwecji. Choć tematyka rozmów autorki jest różnorodna na pierwszy plan wysuwają się problemy związane z wielokulturowością, globalizacją, upadkiem moralności będącym skutkiem zarówno postępującego islamskiego terroryzmu, jak i narastającego nacjonalizmu i obecnego w życiu politycznym populizmu. Szwecja, uznawana dotąd za państwo wzorcowe pod względem tolerancji dla odmienności, innych kultur, koloru skóry, obyczajów, związków jednopłciowych zaczęła dostrzegać problemy, które wiążą się ze sporym napływem imigrantów, niewyrażających woli asymilacji. Zamiast straszyć widmem przelewanej przez terrorystów islamskich krwi, gwałtów na autochtonach, łamania prawa przez przybyszów, Szwedzi coraz śmielej otwierają usta i próbują dialogu. To ważny przełom. 

Ludzkie opowieści, niezmiernie zresztą ciekawe, są tu najważniejsze. Rozmówcy Katarzyny Tubylewicz trafnie identyfikują zagrożenia mówiąc nie tylko o islamizmie, ale wskazując także na nacjonalistyczny ekstremizm prawicowy, jako zagrożenie dla demokracji liberalnej. Te dwie skrajne ideologie są zresztą, moim zdaniem, wzajemnie napędzającą się machiną. To właśnie promowany przez populistów, nie tylko w Polsce, strach przed uchodźcami utożsamianymi niesłusznie z terrorystami otworzył Puszkę Pandory, z której wylały się wszelkie negatywne emocje, w tym nienawiść. Przeraża fala hejtu rozlewająca się na internetowych forach, ale również przekuwanie w czyn gróźb pod adresem obcokrajowców. Spoglądam czasem na stronę Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, naprawdę jestem przerażona, że w ciągu zaledwie dwóch lat tak mocno wzrósł u moich współobywateli poziom agresji. Nie ma nic złego w promowaniu umiłowania Ojczyzny, w pokazywaniu historycznych osiągnięć, w byciu dumnym ze swojego państwa, jest natomiast haniebnym nawoływanie do nienawiści, atakowanie innych ludzi ze względu na kolor skóry, wyznawaną religię czy prywatne poglądy albo życie intymne. 

Bohaterowie rozmów Katarzyny Tubylewicz śmiało wskazują na błędy popełniane podczas integracji imigrantów, takie jak chociażby niestawianie wyraźnych wymagań względem nauki języka, dostosowywania się do obyczajów kraju, do którego się przybywa, zbyt długie przetrzymywanie przybyszy w ośrodkach dla uchodźców, gdzie ci siedzą bezczynnie, zamknięci w swoich pokojach. Duże znaczenie odgrywa tu też brak rozmów dotyczących różnic kulturowych i pewien rodzaj pobłażliwości dla imigrantów, wynikający prawdopodobnie z chęci niesienia pomocy, ale też z przeświadczenia, że mamy przed sobą ofiary konfliktu zbrojnego i musimy im dać więcej czasu na zrozumienie, na asymilację. To właśnie unikanie rozmów, publicznej debaty, zamiatanie problemów pod dywan, takich jak molestowanie kobiet w miejscach publicznych między innymi na basenach czy koncertach, spowodowały znużenie ludzi i zwrot w kierunku tych partii, które zaczęły prowadzić dialog na ten temat z wyborcami (niestety w dużej mierze siejąc strach i rozpowszechniając tylko część prawdy, a momentami wręcz zręcznie żonglując faktami przedstawiającymi uchodźców w jak najgorszym świetle). 

Zderzenie kultur zawsze powoduje problemy. Nie da się ich rozwiązać milcząc na ten temat, udając, że nic się nie dzieje, zasłaniając usta kulturowym relatywizmem. Kwestia przyznania azylu powinna być uzależniona od gotowości przyjęcia przez przybysza obyczajów i kultury kraju, w którym przebywa (w tym respektowania obowiązującego prawa). Podobnie chęci wejścia na rynek pracy danego państwa (zasiłek jest planem B, a nie opcją na ułożenie sobie wygodnego życia, kosztem innych). Części imigrantów to się znakomicie udaje, przykładem niech będzie jeden z rozmówców autorki „Moralistów”, Mustafa Panshiri. 

Katarzyna Tubylewicz pisze nie tylko o problemach związanych z polityką migracyjną, podejmuje również temat feminizmu i praw kobiet, tolerancji względem związków jednopłciowych, a także potrzeby oswajania się ze śmiercią. Długo czekałam na książkę, w której pojawią się te wszystkie wątki, opisane w sposób niezwykle wyważony i mądry, z przykładami rozwiązań, z zagrożeniami nazwanymi po imieniu, z wyzwaniami w obliczu których stoi obecnie Europa, bez histeryzowania i straszenia konsekwencjami udzielania pomocy potrzebującym. „Moraliści” to pozycja obowiązkowa dla każdego człowieka, któremu leży na sercu dobro wspólnej, zintegrowanej Europy i chęć ocalenia Wspólnoty, nad którą pracowaliśmy latami. 

„Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie” Katarzyna Tubylewicz 
data wydania: 10 maja 2017 
ISBN: 9788380321731 
liczba stron: 408

piątek, 11 sierpnia 2017

„Krwawa Luna” Patrycja Bukalska

„Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciwko władzy ludowej, niechaj będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie, w interesie klasy robotniczej, w interesie chłopstwa pracującego i inteligencji, w interesie walki o podnoszenie stopy życiowej ludności, w interesie dalszej demokratyzacji naszego życia, w interesie naszej Ojczyzny.” 
Józef Cyrankiewicz, w przemówieniu radiowym po wydarzeniach w Poznaniu w 1956 r. 


foto: Wielka Litera

Patrycja Bukalska jest dziennikarką Tygodnika Powszechnego i autorką książek historycznych „Rysiek z Kedywu. Niezwykłe losy Stanisława Aronsona” oraz „Sierpniowe dziewczęta ‘44”. Dziennikarka tym razem wzięła na siebie trud odtworzenia losów komunistycznej zbrodniarki, Julii Prajs-Brystygier (1902-1975), chciała bowiem sprawdzić ile prawdy kryje się w mrocznych epitetach określających szefową bezpieki oraz zweryfikować jej rzekome nawrócenie się na chrześcijaństwo.

Autorka zbierając materiały do książki korzystała z akt personalnych Brystygierowej znajdujących się w Instytucie Pamięci Narodowej, dotarła także do prowadzonych przez nią spraw, przeglądała również notatki przygotowane przez Teresę Torańską, która przymierzała się do napisania biografii Luny, wykorzystała fragmenty wypowiedzi świadków poczynań „Pani na Koszykowej”. Dlaczego kobieta tak niezwykle inteligentna, posiadająca doktorat z filozofii, literackie zdolności, władająca kilkoma językami, zaangażowana społecznie stała się jedną z najbardziej znienawidzonych komunistycznych zbrodniarek, o wymownym przezwisku „Krwawa Luna”? Czy rzeczywiście uznawała, że cel uświęca środki, zezwalała zatem na tortury oraz sama brutalnie obchodziła się z więźniami? Na te pytania próbuje odpowiedzieć Patrycja Bukalska. Trzeba przyznać, że dziennikarka nie miała łatwego zadania. Materiałów dotyczących życia prywatnego Julii Brystygier jest niewiele, część odpowiedzi dotyczących jej poglądów i egzystencji można znaleźć w utworach literackich jej autorstwa, m.in. w powieści „Krzywe litery” oraz zbiorze opowiadań „Przez ucho igielne”. Pewne informacje na temat szefowej bezpieki znajdowały się również w wywiadzie, który Teresa Torańska przeprowadziła z jej synem, Michałem Brystygierem, znanym profesorem muzykologii. Akta IPN i zeznania współpracowników Luny, a także więźniów politycznych przetrzymywanych na Koszykowej były uzupełnieniem materiału zebranego przez autorkę. Mimo to w książce czytelnik znajdzie wiele niewiadomych, Patrycja Bukalska pewnych rzeczy się domyśla, miejscami spekuluje, a często mówi wprost, że „nie wiadomo”, „nie udało mi się znaleźć odpowiedzi”.

Książka ma bardzo uporządkowany układ, składa się z dwunastu rozdziałów, które po kolei opowiadają o losach Julii Prajs-Brystygier. Luna urodziła się w Stryju, a wychowywała w Jagielnicy, w otoczeniu przyrody, gdzie podziwiała piękne rośliny i pisała sentymentalne wiersze. Jej ojciec był aptekarzem, matka zajmowała się domem i rodzeństwem. Poglądy Luny wykrystalizowały się dosyć wcześnie, szybko wstąpiła do partii i nieustannie pięła się w jej strukturach, swoje zobowiązanie pracownika bezpieki podpisała w Lublinie, 20 grudnia 1944 roku, wkrótce została dyrektorką Departamentu V, pozostała wierna idei komunistycznej do końca swych dni. W 1960 roku opublikowała swoją pierwszą i jedyną powieść „Krzywe litery”, był to, uznany przez krytykę za obiecujący, debiut.

Nie ma zeznań naocznych świadków ani współpracowników stwierdzających jakoby Julia Brystygier osobiście torturowała więźniów, na pewno uczestniczyła w przesłuchaniach i zezwalała na liczne nadużycia, sama wolała stosować przemoc psychiczną, niż fizyczną. Do takich wniosków doszła autorka, analizując losy Luny, skąd zatem przydomek „krwawa”, który nawet dziś ktoś odmalowuje na grobie Brystygierowej? Co więcej, zdarzało się, że niektórych wypuszczała na wolność, a innych, takich jak Pawła Jasienicę darzyła nawet pewnym sentymentem.

Nie znajdziemy w książce Bukalskiej potwierdzenia plotek o rzekomym nawróceniu Luny. Rzeczywiście, za sprawą przyjaźni z siostrą Bonifacją często odwiedzała Zakład dla Niewidomych w Laskach i prowadziła długie rozmowy z tamtejszym duchowieństwem, ale po zorientowaniu się, że jest śledzona przez SB zaprzestała dalszych wizyt. Nie ma również żadnych dokumentów potwierdzających jej domniemany chrzest.

Sięgnęłam po książkę Patrycji Bukalskiej zaintrygowana postacią Julii Brystygier, po obejrzeniu filmu „Zaćma” w reżyserii Ryszarda Bugajskiego, gdzie w rolę Luny znakomicie wcieliła się Maria Mamona. Liczyłam, że ten reportaż poszerzy moją wiedzę na temat „królowej bezpieki”. Niestety, niewiele tu nowych informacji, zaś sporo niedopowiedzeń i domysłów. Autorka świetnie opisała tło historyczne, działania bezpieki, materiał wzbogaciła licznymi zdjęciami, ale z racji skąpej ilości danych na temat kontrowersyjnej Luny, nie udało jej się odpowiedzieć na zasadnicze pytanie, dlaczego piękna kobieta o rozmarzonym, sarnim wzroku, która spogląda na nas z fotografii umieszczonej wewnątrz książki stała się w opinii wielu potworem, niezasługującym na wybaczenie, tytułową „Krwawą Luną”?

„Krwawa Luna” Patrycja Bukalska
data wydania: 12 października 2016
ISBN: 9788380321229
liczba stron: 238

piątek, 28 lipca 2017

„Terremoto” Jarosław Mikołajewski

„Ziemia to fundament. Matka. Wszystko pęknie, wszystko rozsypie się w pył, ale nie ona. Chyba że się trzęsie o dziecko. Także dla Włochów ziemia jest fundamentem i matką, tylko kryje w sobie tajemnicę, jakiej my nie znamy, a raczej znamy jedynie z przenośni: że nagle usuwa się spod nóg. Dosłownie.” 
„Terremoto” Jarosław Mikołajewski 

foto: Dowody na Istnienie


Jarosław Mikołajewski to poeta, eseista, tłumacz z języka włoskiego, autor książek dla dzieci i ostatnio także pięknych, poetyckich reportaży. Miłość do Italii, jaką żywi pisarz, zaowocowała utworzeniem w 2015 roku Nagrody Literackiej im. Leopolda Staffa. Z inicjatywy Jarosława Mikołajewskiego corocznie nagradzani są tłumacze z języka włoskiego, autorzy książek o Włoszech oraz wydawnictwa, które publikują teksty o Italii. 

Terremoto – wyraz ten w języku włoskim oznacza trzęsienie ziemi, w sensie metaforycznym zaś zamieszanie, chaos, co nierozerwalnie wiąże się z ową katastrofą naturalną. W swoim kolejnym poetyckim reportażu Jarosław Mikołajewski zabiera czytelników do Włoch, gdzie na przełomie 2016 i 2017 roku krajem wstrząsnęła seria trzęsień ziemi. Podobnie jak w reportażu „Wielki przypływ”, tak w „Terremoto” autor swoją opowieść przedstawia w sposób nietypowy dla literatury faktu, nie ma tu liczb, suchych danych, są przede wszystkim emocje, poezja, myśli i wspomnienia Mikołajewskiego, stworzona przez niego baśń, przepis kulinarny na amatricianę oraz nietuzinkowi, odważni ludzie. 

W „Wielkim przypływie” reporter skupiał się na dramacie uchodźców, którzy przybywali na Lampedusę w poszukiwaniu lepszego życia. Pierwszą pomoc medyczną uzyskiwali z rąk doktora Pietra Bartolo. Jarosław Mikołajewski bardzo mocno podkreśla jego zasługi w ratowaniu imigrantów, ale również pomoc, którą okazuje mieszkańcom wyspy. W „Terremoto” na pierwszy plan wysuwa się postać Luki Cariego, który jest rzecznikiem straży pożarnej i obrony cywilnej do spraw nadzwyczajnych. Cari zajmuje się ponadto dziennikarstwem oraz sam aktywnie działa jako strażak na miejscu kataklizmów. Tak było również podczas trzęsień ziemi w Amatrice, Nursji i Castelluccio. 

Jarosław Mikołajewski wraz z Luką Carim odwiedzają miejscowości dotknięte wstrząsami, strażak opowiada reporterowi o zniszczeniach, o ratowaniu ludzi z gruzów, rodzajach trzęsień ziemi. Autor podejmuje też rozmowy z mieszkańcami, między innymi z konstruktorem domów, który wskazuje, w jaki sposób powinno się stawiać budynki na terenach zagrożonych trzęsieniami ziemi. 

„Terremoto” przesycone jest emocjami, tak jak poprzedni reportaż poety. Autor nie stroni od metafor, ciekawych porównań, nietypowych rozwiązań stylistycznych. W zasadzie trudno tę książkę zaszufladkować jako literaturę faktu, gdyż czerpie ona zarówno z prozy, jak i poezji, znajdują się tu liczne nawiązania, między innymi do „Burzy” Szekspira oraz „Boskiej Komedii” Dantego, a także wspomniana przeze mnie wcześniej baśń – legenda. Podobnie jak w „Wielkim przypływie” tu także niewielka objętość może być zwodnicza. Mikołajewski zmusza bowiem do zatrzymania się, refleksji, zadawania pytań, a przede wszystkim pięknie ukazuje bezradność człowieka wobec potęgi żywiołu. Polecam. 

„Terremoto” Jarosław Mikołajewski 
data wydania: 14 maja 2017 
ISBN: 9788394725457 
liczba stron: 135

piątek, 7 lipca 2017

„Tydzień w Korei Północnej” Christian Eisert

„Człowiek jest nieskończenie podatny na formowanie.” 
„Rok 1984” George Orwell 

foto: Prószyński i S-ka


Christian Eisert urodził się w 1976 roku w Berlinie Wschodnim. Korea Północna fascynowała go od wczesnego dzieciństwa. W 1988 roku do jego szkoły zawitała delegacja z Pjongjangu, uczniowie na cześć zagranicznych gości dumnie wyśpiewywali robotnicze pieśni bojowe. Wśród pamiątek zgromadzonych tamtego dnia znalazło się zdjęcie zjeżdżalni o pięknych tęczowych barwach, napis w tle fotografii głosił „Światu nie mamy czego zazdrościć”. Autor wraz z przyjaciółką Sandrą Schäfer udali się w podróż po Korei Północnej, aby odnaleźć tamtejszy park rozrywki i ową kolorową zjeżdżalnię. 

Książka „Tydzień w Korei Północnej” nie jest reportażem, jak głoszą okładkowe opisy. To raczej luźne zapiski wspomnień z podróży, gdzieniegdzie upchnięto powszechnie znane fakty na temat Chosŏn, w wielu miejscach autor i jego towarzyszka podśmiewają się ze zwyczajów panujących w kraju i zastanej tam rzeczywistości (tak jakby w losach ludzi uwięzionych w totalitarnym reżimie było coś zabawnego). Sandra i Christian wybrali opcję zwiedzania indywidualnego Korei, rzecz jasna w towarzystwie wszystkowidzących i wszystkosłyszących przewodników. 

Podróżnicy, na początku wycieczki, od swoich przewodników otrzymują przyśpieszony kurs jedynie słusznej historii powstania państwa koreańskiego. Dowiadują się między innymi, jak Kim Ir Sen własnoręcznie wypędził z kraju wszystkich Japończyków oraz jak pchał naprzód industrializację Korei Północnej z niewielkim wsparciem państw bloku wschodniego, a do 1975 roku państwo rządzone przez Kim Ir Sena gospodarczo górowało nad sąsiadami z Południa. 

Christian i Sandra oglądają ćwierć miliona prezentów zgromadzone dla Kim Ir Sena w górach Myohyang, zwiedzają świątynię Pohyon i Kwangbop, wspinają się na górę Taesŏng, odwiedzają wiedeńską kawiarnię w Pjongjangu, Wieżę Idei Dżucze i typową rolniczą rodzinę z Chonsan, zwiedzają także historyczne miasto Kaesong, oczywiście na trasie wycieczki nie mogło zabraknąć strefy zdemilitaryzowanej. Podróżnicy udają się ponadto do metra oraz mają okazję ujrzeć wystawę kwiatów Kimilsungii i Kimdzongilii. Wszystko to okraszone specyficznym, niezbyt górnolotnym poczuciem humoru autora i grymasami jego rozkapryszonej towarzyszki. 

Ta na wskroś osobista relacja zaciekawi przede wszystkim tych czytelników, którzy jak dotąd nie interesowali się losem mieszkańców Korei Północnej, nie śledzą informacji pojawiających się chociażby na stronie internetowej Centrum Studiów Polska- Azja, nie czytali innych książek na ten temat. Na tych, którzy mają już za sobą lektury takie jak „Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej” Barbary Demick, „Korea Północna. Tajna misja w kraju wielkiego blefu” Johna Sweeney czy chociażby „Łzy mojej duszy” Kim Hyon Hui albo „Oskarżenie” Bandiego lektura ta nie zrobi specjalnego wrażenia. Nie dowiedziałam się z tej książki niczego, czego wcześniej bym już nie wiedziała, żarty autora nie wywoływały u mnie uśmiechu, a raczej zażenowanie (szczególnie ten o ryżu). Czytajcie na własną odpowiedzialność. 

Dziękuję  Natalii z Kroniki Kota Nakręcacza za możliwość zapoznania się z tą lekturą.

„Tydzień w Korei Północnej. 1500 kilometrów po najdziwniejszym kraju świata” Christian Eisert 
tłumaczenie: Bartosz Nowacki 
tytuł oryginału: Kim & Struppi. Ferien in Nordkorea 
data wydania: 26 maja 2015 
ISBN: 9788380690066 
liczba stron: 372

piątek, 30 czerwca 2017

„Koniec samotności” Benedict Wells

„Tak oto dążymy naprzód, kierując łodzie pod prąd, który nieustannie znosi nas w przeszłość.” 
„Wielki Gatsby” Francis Scott Fitzgerald 

foto: MUZA SA


Benedict Wells urodził się w 1984 roku, w Monachium. Jego debiutancka powieść Becks letzter Sommer ukazała się w 2008 roku, a kilka lat później została sfilmowana. Prawdziwe nazwisko Benedicta Wellsa brzmi von Schirach, jest on wnukiem nazistowskiego zbrodniarza Baldura von Schiracha, kuzynem innego znakomitego niemieckiego pisarza – Ferdinanda von Schiracha oraz bratem Ariadny von Schirach, która również publikuje książki. 

O młodym autorze niemieccy krytycy (i nie tylko) wypowiadają się w samych superlatywach, z mieszaniną niedowierzania i zachwytu. Przede wszystkim potrafi on niesamowicie plastycznie opowiadać o cierpieniu, tworzy znakomite postaci, których losy zyskują empatię czytelnika, doskonale operuje emocjami, nie używa przy tym skomplikowanego języka. Jest autentyczny. Nie inaczej rzecz ma się z powieścią „Koniec samotności”. 

Większość czytelników szukających lektur głębokich, takich, które wywołają emocjonalne katharsis, prawdopodobnie nie sięgnie po tę książkę. To wielki błąd. Choć okładka sugeruje romansidło i rzeczywiście wątek miłosny jest obecny w powieści, to absolutnie daleko jej do "harlequinowskiej" rzeczywistości. Główni bohaterowie – rodzeństwo Jules, Marty i Liz dosyć wcześnie tracą rodziców, w nieszczęśliwym wypadku. Cała trójka trafia w następstwie tego tragicznego wydarzenia do szkoły z internatem i w zasadzie ich drogi się rozchodzą. Każde na swój sposób przeżywa utratę rodziców, można powiedzieć, że aż do końca opowieści bohaterowie są naznaczeni traumą z dzieciństwa. Jules, dotąd otwarty i bez trudu nawiązujący przyjaźnie staje się ponurym samotnikiem. Liz w otchłani rozpaczy sięga po narkotyki, utarta rodziców wywołuje u niej szereg zachowań autodestrukcyjnych, nie potrafi również odnaleźć się w żadnym z licznych związków. U Marty’ego nasila się zaś nerwica natręctw. Losy Julesa odmieni jego rówieśniczka, pojawiająca się nagle, tajemnicza Alva. Kto kiedykolwiek miał przyjaciela, na którego zawsze mógł liczyć, z którym czas płynął inaczej, a trudy codziennego życia wydawały się łatwiejsze do zniesienia, może sobie teraz wyobrazić jak wyglądała relacja Julesa i Alvy. Niestety pewnego dnia nić przyjaźni i wspólnych przeżyć dwojga młodych ludzi zostaje przerwana. Jules i Alva odnajdą się po latach, nie mogę oczywiście zdradzić, co z tego wyniknie. 

Tragedia rodzeństwa powraca wielokrotnie w powieści, kształtuje bohaterów. Zwłaszcza Julesa, który był pupilkiem matki. Chłopak staje się nieufny, nie potrafi okazywać uczuć, jego relacje z Alvą cechuje lęk przed jej utratą, może dlatego tak wiele czasu zajmuje mu zorientowanie się, ile tak naprawdę dziewczyna dla niego znaczy. Nie bez powodu w książce możemy odnaleźć zdanie: "Każde trudne dzieciństwo jest jak niewidzialny wróg: nigdy nie wiadomo kiedy uderzy". Jules stara się, próbuje pokonać traumę i kiedy wreszcie jego życie zaczyna przypominać egzystencję normalnego, zwyczajnego człowieka, na bohatera spada kolejne nieszczęście (oczywiście nie zdradzę jakie, odsyłam zainteresowanych czytelników do powieści). 

Nie bez powodu umieściłam słowa Francisa Scotta Fitzgeralda jako cytat wstępny tej wypowiedzi (Benedict Wells również wybrał cytat tego autora, jako wstęp do swojej książki). Jules jest narratorem „Końca samotności”, a jego opowieść zaczyna się od wypadku motocyklowego, któremu uległ. Bohater budzi się w szpitalu i stara się przypomnieć sobie dokładnie wydarzenia z przeszłości, a czytelnik towarzyszy mu w tej dojmująco smutnej podróży w czasie. 

Benedict Wells napisał dobrze skonstruowaną powieść, z solidną dawką emocji, bez zbędnego patosu, nieokraszoną strumieniem wyszukanych metafor. Polecam. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu MUZA SA. 

„Koniec samotności” Benedict Wells 
tłumaczenie: Viktor Grotowicz 
tytuł oryginału: Vom Ende der Einsamkeit 
data wydania: 19 kwietnia 2017 
ISBN: 9788328706118 
liczba stron: 384