piątek, 28 kwietnia 2017

„Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki” Wolfgang Bauer

„Terroryzm umożliwia dyscyplinarne interwencje tam, gdzie nadmiar demokracji utrudnia rządzenie.” 
„Semiologia życia codziennego” Umberto Eco 

foto: Wydawnictwo Czarne


Wolfgang Bauer jest niemieckim dziennikarzem, korespondentem wojennym i reporterem „Die Zeit”. Polscy czytelnicy zapewne pamiętają książkę autora, „Przez morze. Z Syryjczykami do Europy”, wydaną w zeszłym roku przez Wydawnictwo Czarne, wzbogaconą o wspaniałe fotografie Stanislava Krupara (więcej na temat tej lektury znajduje się w moim wpisie na blogu – tu). 

W reportażu „Porwane” Wolfgang Bauer opisuje powstanie, działalność i niebezpieczeństwa związane z jedną z najbardziej tajemniczych i krwawych sekt, operującą głównie na terenie Nigerii i państw sąsiednich, organizacją terrorystyczną, nazywaną „Boko Haram”. Punktem wyjścia tej opowieści reporterskiej są wydarzenia z nocy z 14 na 15 kwietnia 2014 roku, kiedy to z internatu w mieście Chibok bojownicy „Boko Haram” uprowadzili dwieście siedemdziesiąt sześć dziewcząt (do tej pory większość z nich nie wróciła do domu). 

Cały świat nagle zwrócił swe oczy ku Nigerii i jej problemom, a informacje o sekcie, jej brutalnych metodach działania, ideologii i postulatach politycznych znalazły się na pierwszych stronach gazet. Sławne osobistości publikowały zdjęcia opatrzone hasztagiem #bringbackourgirls. Pojawiały się głosy o potrzebie międzynarodowej interwencji zbrojnej na terenie Nigerii, organizowano szczyty celem ratowania dziewcząt. Parlament Europejski wydał między innymi rezolucję z dnia 17 lipca 2014 roku w sprawie Nigerii, dotyczącą zamachów dokonywanych przez „Boko Haram”, a wcześniej rezolucję dotyczącą sytuacji w Nigerii organ ten wydał 15 marca 2012 roku. 

Szok nie trwał jednak zbyt długo, wkrótce sytuacja na północnym wschodzie Nigerii przestała wzbudzać aż takie emocje. Problem pozostał nierozwiązany. Wtedy to o los zapomnianych dziewcząt upomniał się Wolfgang Bauer. Autor w towarzystwie fotografa i tłumacza przeprowadził wywiady z ponad sześćdziesięcioma dziewczętami i kobietami, którym udało się uciec z niewoli „Boko Haram”. Te relacje, spisywane często zaledwie kilka dni po odzyskaniu wolności przez rozmówczynie, rzucają nieco światła na zbrodnie „Boko Haram”, brutalność jej członków, mówią o życiu wewnętrznym tej organizacji. Jednak najważniejsze pytania takie jak sposób zarządzania sektą, źródła finansowania, sposób podejmowania decyzji, nadal pozostają bez odpowiedzi. 

Nazwa „Boko Haram” wywodzi się z języka hausa, to tradycyjne narzędzie międzyetnicznego porozumiewania się w Nigerii. „Boko” to wersja angielskiego słowa „book”, „haram” zaś oznacza w języku arabskim „zakazany”. Można zatem tę nazwę przetłumaczyć jako „książki są zakazane”, „zachodnia edukacja jest zakazana” albo ogólniej „zepsuta kultura Zachodu jest zakazana”, choć to również będzie pewne uproszczenie, bowiem „Boko Haram” neguje całość europejskiego dziedzictwa kulturowego zaszczepionego Nigerii przez brytyjskich kolonizatorów. Wiemy na pewno, że strukturę i ideologię sekta zyskała w 2002 roku, wtedy to pozycję lidera organizacji objął Ustaz Mohammed Yusuf (ważna postacią jest także Abubakr Shekau). 

„Boko Haram” żąda utworzenia kalifatu, gdzie obowiązującym prawem stanie się szariat. Przedstawiciele świata zachodniego mają zostać wydaleni z kraju, a wszelkie wytwory zachodniej cywilizacji zniszczone. Wrogami organizacji nie są jedynie „niewierni” i obcokrajowcy, ale także przedstawiciele skorumpowanego rządu, wymiaru sprawiedliwości czy administracji. Zakazane mają być europejskie stroje, tytoń, alkohol, muzyka, filmy oraz dominacja u władzy przedstawicieli południowych plemion. Tutaj polityka rzeczywiście odgrywa, oprócz religii bardzo istotną rolę. Rząd Nigerii dolewał jeszcze oliwy do ognia, gdyż łamał zasadę rotacyjności prezydentury. Według tego zwyczaju po chrześcijańskim prezydencie wywodzącym się z południa kraju, władzę powinien objąć muzułmanin z północy. Tymczasem długi czas sprawował władzę prezydent Goodluck Jonathan (południe), który objął stanowisko po poprzedniku Umarze Musa Yar’Adudzie (panował zaledwie trzy lata, ze względu na chorobę opuścił kraj), wywodzącym się z tej samej partii politycznej PDP (Ludowa Partia Demokratyczna), a wcześniej przez dwie kadencje władzę sprawował Oluseguna Obasanjo (południe). Od 29 maja 2015 roku prezydentem jest Muhammadu Buhari. 

„Boko Haram” prawdopodobnie dąży do wskrzeszenia imperium Kanem- Borno. Było to państwo, które obejmowało swoim terytorium dzisiejszy Czad, Niger, Kamerun i Nigerię, istniało między VII a XIX wiekiem. Co ciekawe, obszar działalności sekty pokrywa się częściowo z mapą sułtanatu sprzed stuleci. Istnieją doniesienia, że w 2015 roku liczba członków „Boko Haram” przekroczyła trzydzieści tysięcy i stale rośnie. Organizacja odnosi sukcesy nie tylko za sprawą terroru. Nigeria jest krajem o ogromnym rozwarstwieniu ekonomicznym. Bieda, brak perspektyw, brak szans na awans społeczny czy ekonomiczny popycha, zwłaszcza ludzi młodych, do szukania „sprawiedliwości” w łonie sekty. 

„Boko Haram” finansowana jest poprzez datki sympatyków, być może także organizacji terrorystycznych spoza Afryki. Źródłem pieniędzy organizacji są również dobra zagrabione podczas napadów na wsie i miasta, okupy płacone za porwanych cudzoziemców oraz handel żywym towarem, głównie porwanymi kobietami. 

Książka „Porwane” jest zapisem relacji kobiet, ich cierpienia. Bojownicy nie tylko uprowadzili dziewczęta, kobiety, ale również wielokrotnie bili, wykorzystywali seksualnie, zmusili do przejścia na islam i ożenku wbrew ich woli. Wiele z nich, po odzyskaniu wolności, musi zmierzyć się z kolejnym problemem – niechcianą ciążą. Choć Wolfgang Bauer starał się wyłuskać wiele informacji z relacji porwanych, to często trauma kobiet jest tak wielka, że nie są w stanie przypomnieć sobie szczegółów uprowadzenia i niewoli. Część z nich przetrzymywana była w zamknięciu, bez kontaktów ze światem zewnętrznym. Inne wprawdzie mogły przebywać na odkrytym terenie, ale w głębi dzikiego, nieokiełznanego lasu, na bagnach Sambisy, skąd ucieczka była niemożliwa. 

Reportaż Wolfganga Bauera jest świadectwem odwagi kobiet, ich siły i determinacji. Jednocześnie przedstawia słabość i obojętność Zachodu w obliczu terroru, który tylko w teorii nie stanowi zagrożenia dla Europy. Kto nam zagwarantuje, że jakiś „samotny wilk” z „Boko Haram” czuły na ideologię Państwa Islamskiego nie zaatakuje w którejś z europejskich stolic? To nie jest tylko problem Nigerii i państw ościennych. Nigeryjskie władze pomimo swej brutalnej odpowiedzi na działania „Boko Haram” nadal nie potrafią znaleźć wyjścia z sytuacji, a przemoc wobec cywili narasta po obu stronach konfliktu. Doskonałym uzupełnieniem książki są przepiękne czarno-białe fotografie autorstwa Andy’ego Spyra. Polecam. Dodatkowo zachęcam do przeczytania tekstu, który dla Biura Analiz Sejmowych przygotował dr Błażej Popławski, zatytułowanego „Boko Haram- ideologia i działalność”. 

„Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki” Wolfgang Bauer 
tłumaczenie: Elżbieta Kalinowska 
zdjęcia: Andy Spyra 
tytuł oryginału: Die geraubten Mӓdchen: Boko Haram und der Terror im Herzen Afrikas 
data wydania: 22 marca 2017 
ISBN: 9788380494640 
liczba stron: 208

czwartek, 27 kwietnia 2017

Przeczytane w 2017 roku :)

1. „Opowieść o miłości i mroku” Amos Oz
2. „Zima w Lizbonie” Antonio Muñoz Molina
3. „Podróż po Ameryce” Oriana Fallaci
4. „Śmierć w rzece Kura i inne zagadki kryminalne” Włodzimierz Spasowicz
5. „Zwierzęta nocy” Austin Wright
6. „Wysoki. Śmierć Camerona Doomadgee” Chloe Hooper
7. „Kwietniowa czarownica” Majgull Axelsson
8. „Irańska historia miłosna. Ocenzurowano” Shahriar Mandanipour
9. „Nie przeproszę, że urodziłam. Historie dzieci z in vitro” Karolina Domagalska
10. „Anders Morderca i przyjaciele oraz kilkoro wiernych nieprzyjaciół” Jonas Jonasson
11. „Co się zdarzyło na ulicy Szafranowej?” Gamal al-Ghitani
12. „Gra w kości Einsteina i kot Schrödingera” Paul Halpern
13. „Piłat i Jezus” Giorgio Agamben
14. „Książka o czytaniu” Justyna Sobolewska
15. „Mniej niż nic” Elizabeth Kim
16. „Pochwała cienia” Jun’ichirō Tanizaki
17. „Trzech panów w łódce nie licząc psa” Jerome K. Jerome
18. „Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki” Wolfgang Bauer
19. „Wszystkie dzieci Louisa” Kamil Bałuk
20. „Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli. Depesze z Syrii” Janine di Giovanni

piątek, 21 kwietnia 2017

„Wszystkie dzieci Louisa” Kamil Bałuk

„Człowiek mógłby żyć samotnie przez całe życie. Ale, chociaż sam mógłby wykopać swój grób, musi mieć kogoś, kto go pochowa.” 
James Joyce 

foto: Dowody na Istnienie




Kamil Bałuk jest absolwentem filologii niderlandzkiej, socjologii i dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim, ukończył ponadto Polską Szkołę Reportażu. Czytelnicy mogli zapoznać się z jego twórczością sięgając po „Przekrój”, „Duży Format” oraz antologie „Grzech jest kobietą” i “Tutaj drzwi trzeba otwierać powoli”. Dziennikarz jest także laureatem V edycji Stypendium im. Ryszarda Kapuścińskiego, które otrzymał na napisanie zbioru reportaży o współczesnej Holandii. „Wszystkie dzieci Louisa” to pierwsza książka autora. 

Reportaż „Wszystkie dzieci Louisa” Kamila Bałuka zgłębia problemy etyczne, moralne, prawne i egzystencjalne dotyczące metody wspomagania rozrodu, zwanej inseminacją. W książce opisany jest jeden z wariantów tej metody leczenia niepłodności, zapłodnienie nasieniem dawcy tzw. AID, ang. Artificial Donor Insemination. Do napisania omawianego reportażu zainspirował dziennikarza artykuł, który ukazał się w holenderskiej prasie. Jedna z klinik, Centrum Medyczne Bijdorp, mieszcząca się w Barendrechcie dopuściła się oszustwa na wielką skalę. Fałszowano paszporty dawców nasienia, dopuszczano możliwość mieszania próbek spermy pochodzących od różnych mężczyzn, panował chaos w dokumentacji medycznej poszczególnych przypadków inseminacji. Okazało się, że biologicznym ojcem najprawdopodobniej dwusetki dzieci jest jeden mężczyzna, tytułowy Louis. 

W reportażu „Wszystkie dzieci Louisa” ta fascynująca historia przedstawiona jest z szerokiej perspektywy. Autor dociera zarówno do dzieci, które narodziły się w wyniku inseminacji, jak i ich rodziców, dawcy oraz lekarza, założyciela kliniki Bijdorp, Jana Karbaata. Istotny jest tu także sposób opowiadania jaki przyjął Kamil Bałuk, konstrukcja książki. Motywacje, intencje bohaterów odkrywamy stopniowo, stąd też łatwo możemy wpaść w pułapkę oceniania, kategoryzowania, szukania winnych w niewłaściwym miejscu, przed czym przestrzegam czytelników in spe

Wszystkie drogi nie prowadzą, przynajmniej w przypadku tego reportażu, do Rzymu, a do Surinamu. Była kolonia, niegdyś zwana Gujaną Holenderską leży w północno-wschodniej części Ameryki Południowej, nad Oceanem Atlantyckim. Niewielki kraj graniczy z Gujaną, Brazylią, Gujaną Francuską. Co wspólnego mają ze sobą holenderskie dzieci, dawca będący w połowie potomkiem surinamskich niewolników oraz szanowany lekarz, były dyrektor jednego z rotterdamskich szpitali, właściciel banku spermy, doktor Jan Karbaat i Surinam? Jaką rolę w całej historii odegrała egzotyczna kraina, w której jedyną regułą jest brak reguł? Tego czytelnik dowie się podczas lektury znakomitego debiutu Kamila Bałuka. 

Tym, którzy przeczytawszy będą mieli niedosyt historii Louisa i jego "dzieci" polecam zapisanie się do newslettera: http://www.kamilbaluk.pl/ciagdalszy.html.
Ta opowieść wciąż trwa, jeden z jej bohaterów, Bjorn, dalej szuka braci i sióstr…

Bardzo dziękuję wydawnictwu Dowody na Istnienie za możliwość zapoznania się z debiutancką książką Kamila Bałuka. 

„Wszystkie dzieci Louisa” Kamil Bałuk 
data wydania: 21 kwietnia 2017 
ISBN: 9788394725426 
liczba stron: 305

piątek, 14 kwietnia 2017

„Piłat i Jezus” Giorgio Agamben

„Każda prawda jest wyłącznie prawdą tego, kto ją wypowiada.” 
„Ewangelia według Piłata” Éric-Emmanuel Schmitt 

„Cóż to jest prawda?” 
 J 18, 38 

foto: Wydawnictwo Znak




Włoski filozof, heideggerysta, Giorgio Agamben, autor takich prac jak „Profanacje”, „Homo sacer. Suwerenna władza i nagie życie”, „Stan wyjątkowy” czy „Co zostaje z Auschwitz. Archiwum i świadek” w swoim eseju „Piłat i Jezus” opisuje jedno z najważniejszych spotkań w dziejach chrześcijaństwa, sześciogodzinne przesłuchanie, jakiemu został poddany Jezus przed wydaniem go żądnemu krwi tłumowi. 

Poncjusz Piłat, prefekt Judei, jest postacią niejednoznaczną, przez co niezwykle fascynującą. Wprawdzie został opisany dosyć szczegółowo przez Ewangelistów, niemniej jednak Agamben analizując jego postać stawia całkiem nowe pytania i poddaje w wątpliwość skrajnie negatywny wizerunek Piłata. Włoski filozof przedstawia zarówno „czarną”, jak i „białą” legendę prefekta. 

Kim naprawdę był Piłat? Dlaczego jego imię pojawiło się w Credo dopiero po soborze konstantynopolitańskim, w 381 roku? Czy tylko po to, aby umiejscowić historycznie ukrzyżowanie? Ewangeliści opisują go, jako człowieka niewierzącego, przedstawiają jego ciągłe zmiany zdania, wahanie, przytaczają enigmatyczne wypowiedzi. Prefekt miał świadomość, że oto stoi przed nim niewinny człowiek. Wiedział też, że sprzeciwienie się woli Sanhedrynu spowoduje jego odsunięcie od władzy, od której był uzależniony (jak każdy, kto choć raz posmakuje jej uroków). Może kalkulował, próbował zadowolić obie strony. Myślał, że wystarczy kara chłosty, a wtedy Żydzi odstąpią od zamiaru ukrzyżowania Sprawiedliwego. Agamben oprócz testów Ewangelistów sięga także po apokryfy Nowego Testamentu, głównie Ewangelię Nikodema, która bardzo szczegółowo przedstawia proces Jezusa. Poncjusz Piłat wyłaniający się z opisu Nikodema to zupełnie inna postać niż ta, którą znamy z ewangelii synoptycznych. Zdecydowanie staje po stronie Jezusa, dużą rolę odgrywa tu religijność jego małżonki, Klaudii Prokuli (26 października Kościół grecki obchodzi święto Prokli). 

Kolejne teksty hołdujące „białej” legendzie Piłata to Listy do Tyberiusza i Paradosis Pilati. Wynika z nich, że nie tylko Prokula była świadoma boskości Jezusa, ale również sam Piłat był gorliwym chrześcijaninem, z jednej strony przymuszony by wydać Chrystusa, z drugiej nie omieszkał wysłać do Tyberiusza listu, w którym opisuje cud Zmartwychwstania. Najpełniej nawrócenie Poncjusza Piłata przedstawia w swej ewangelii Gamaliel, zachowała się jej wersja etiopska. Stąd też Kościół obrządku etiopskiego uważa Piłata za świętego. 

Gdy sięgniemy z kolei po źródła pozabiblijne, takie jak „Poselstwo do Gajusza” czy „Śmierć Piłata, który skazał Chrystusa” otrzymujemy całkiem inny obraz prefekta Judei. Jawi się on, jako człowiek zawistny, małostkowy, mściwy i tchórzliwy, a ponadto zuchwały i uparty. Wydaje Jezusa Żydom, ponieważ kieruje nim zawiść. Woluzjanus, wysłannik Tyberiusza, wywołuje w Piłacie lęk, gdyż uświadamia mu poniewczasie, że ukrzyżowanie Mesjasza przypieczętowało jego własny los. 

Proces Jezusa ma wymiar nie tylko ludzki, ale też boski. Zachodzi w określonym czasie, ale jednocześnie trwa wiecznie. Ten paradoks zmusza do refleksji, nadaje temu wydarzeniu niezwykłą symbolikę. Czy człowiek jest w stanie osądzić Absolut, czy ma do tego prawo, skoro Królestwo Jezusa nie pochodzi z tego świata? Dlaczego Agamben tak usilnie próbuje wpisać sąd nad Chrystusem w ramy prawa rzymskiego? To, co zaszło między Piłatem a Jezusem nie ma precedensu. Z jednej strony mamy do czynienia z koniecznością dziejową, Syn Boży musiał zostać ukrzyżowany, a wcześniej zdradzony by zbawić ludzkość. Z drugiej strony niewinny człowiek stracił życie osądzony i skazany bez wydania wyroku, co dowodzi, że zbawienie nie jest sprawiedliwe, a działania Poncjusza Piłata noszą znamiona bezprawia albo też, jak pisze Agamben, „ziemski sąd nie jest tożsamy ze świadectwem prawdy”. 

Bardzo serdecznie polecam wszystkim, nie tylko osobom wierzącym, tekst „Piłata i Jezusa” Giorgia Agambena. Pamiętajcie proszę o tym, żeby interpretując ten esej nie traktować Ewangelii, jako dokumentów historycznych. Są to przede wszystkim teksty o wymiarze teologicznym, napisane przez twórców, a nie historyków. Stąd też niekiedy stoją w sprzeczności z innymi świadectwami, chociażby Porfiriusza (notabene zagorzałego przeciwnika chrześcijaństwa). Dopiero zebrawszy teksty biblijne, apokryficzne i inne możemy próbować zbliżyć się do prawdy, choć naturalnie nigdy jej nie poznamy. Należy także zwrócić uwagę na bardzo śmiałe porównanie procesu Jezusa z historią Józefa K. z „Procesu” Franza Kafki. W obu przypadkach mamy do czynienia z pozorem procesu, który nie kończy się wyrokiem skazującym, a egzekucją. 

Oprócz eseju czytelnik znajdzie w tej krótkiej lekturze posłowie autorstwa Mateusza Burzyka i Mikołaja Ratajczaka. Warto także sięgnąć po marcowy numer miesięcznika „Znak”, w którym spotkanie Piłata i Jezusa było tematem miesiąca, poświęcono mu kilka niezwykle interesujących tekstów. Uzupełniają one znakomicie esej Agambena. 

„Piłat i Jezus” Giorgio Agamben 
tłumaczenie: Monika Surma-Gawłowska, Andrzej Zawadzki 
tytuł oryginału: Pilato e Gesu 
data wydania: 27 lutego 2017 
ISBN: 9788324043910 
liczba stron: 112

środa, 12 kwietnia 2017

„Trzech panów w łódce nie licząc psa” Jerome K. Jerome

„Stale odnoszę wrażenie, iż robię więcej niż powinienem. Nie znaczy to, że mam wstręt do pracy-proszę dobrze mnie zrozumieć. Lubię pracować, a nawet palę się do roboty. Praca tak mnie urzeka, że mogę całymi godzinami siedzieć i patrzeć na nią.” 
„Trzech panów w łódce nie licząc psa” Jerome K. Jerome 


foto: Vesper



„Trzech panów w łódce nie licząc psa” autorstwa Jerome K. Jerome’a to klasyczna powieść humorystyczna, powstała w 1888 roku. Książka pierwotnie miała stanowić przewodnik zachwalający atrakcje turystyczne zlokalizowane wzdłuż brzegów Tamizy. Autor uzupełnił żartobliwe opisy historycznych miejsc anegdotkami dotyczącymi swojego życia i licznymi dygresjami. Bohaterowie (za wyjątkiem nieistniejącego psa) wzorowani są na autentycznych postaciach. 

Powieść Jerome K. Jerome’a była czwartą tegoroczną lekturą, którą postanowiłyśmy omówić w ramach Domowego Klubu Książki u Natalii, z Kroniki Kota Nakręcacza. Cieszyłyśmy się, że zgodnie ze złożoną sobie uprzednio obietnicą tym razem sięgniemy po klasykę. Jeszcze zanim rozpoczęłyśmy lekturę wielu znajomych komentowało, że dokonałyśmy świetnego wyboru, będziemy się dobrze przy niej bawić czy wręcz uśmiejemy się do łez. Niestety nic takiego nie nastąpiło. 

Powieść opowiada o wycieczce trzech, średnio rozgarniętych, a wręcz flegmatycznych i ciapowatych mężczyzn, łodzią po Tamizie oraz o przygotowaniach do tejże wyprawy. Znaleźć w niej można wiele ciekawych informacji na temat ówczesnych fascynacji i mód, tak dotyczących wycieczek rzecznych, jak i ubioru czy nonszalanckiego stosunku do pracy (podobno typowo wiktoriańskiego, vide cytat wstępny). O ile początkowe fragmenty, czyli wyznania hipochondryków i nierobów rzeczywiście mogą śmieszyć, to już naśmiewanie się ze zwłok topielicy może jedynie wywołać zażenowanie i niestrawność. Plusem jest natomiast opisywanie, często z przymrużeniem oka, miejsc historycznych. 

Panowie spotykają na swojej drodze wiele przeszkód, chociażby statki parowe, którym nieustannie i nie bez złośliwości blokują drogę. Sama wyprawa kończy się zaś porzuceniem łódki i powrotem do Londynu pociągiem (niestety deszcz nie jest sprzymierzeńcem amatorów rzecznej żeglugi). 

Nie czuję się w żaden sposób ubogacona tą lekturą (możecie to zrzucić na karb mojego braku poczucia humoru). Owszem, zaśmiałam się parę razy, ale to chyba jednak za mało, jak na powieść humorystyczną. Pewnie gdybym nie przeczytała „Trzech panów w łódce nie licząc psa” nie zaczęłabym używać sformułowania „wysztafirować się”. Zwróciłam również uwagę na nawiązanie do szkockiej piosenki folkowej The Campbells Are Coming, dlatego że niedawno czytałam wywiad z Jorge Luisem Borgesem, zamieszczony w „Sztuce powieści”. Lekturę książki pozostawiam do decyzji czytelnika. Z całą pewnością nie sięgnę po kolejną część, opowiadającą o rowerowej wycieczce. 

„Trzech panów w łódce nie licząc psa” Jerome K. Jerome 
tłumaczenie: Magdalena Gawlik-Małkowska 
tytuł oryginału: Three men in a boat, to say nothing of the dog 
data wydania: 2007 (data przybliżona) 
ISBN: 9788360159514 
liczba stron: 248

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

„Zima w Lizbonie” Antonio Muñoz Molina

„Nie sposób napisać powieść bez całkowitego oddania, bez bliskości tak kompletnej, że jest czystym wnętrzem. Powieść jest z tobą, jak jest z tobą twoja świadomość, pamięć o tym co zrobiłeś i czym jesteś. Powieść jest z tobą dopóki ją piszesz. Chcesz żyć w niej i chcesz ją skończyć.” 
Antonio Muñoz Molina 


foto: Dom Wydawniczy Rebis


Antonio Muñoz Molina to hiszpański pisarz, dziennikarz i historyk sztuki. Debiutował w latach 1982-83 zbiorem felietonów zatytułowanych El Robinsón urbano. W 1986 roku wydał swą pierwszą powieść- Beatus ille. „Zima w Lizbonie” ukazała się po raz pierwszy w 1987 roku, została przeniesiona na duży ekran w 1990 roku, a w trębacza Billy’ego Swanna wcielił się znakomity muzyk jazzowy - Dizzy Gillespie. W prozie Moliny wyraźne są wpływy Marcela Prousta, Juana Carlosa Onettiego oraz Juana Marsé. 

W zeszłym roku, nakładem Domu Wydawniczego Rebis, ukazało się drugie, poprawione wydanie „Zimy w Lizbonie”. Jest ono opatrzone epilogiem pióra autora, napisanym w 2014 roku. Antonio Muñoz Molina pisze w nim o swoim stosunku do powieści, o upływającym czasie, o jej odbiorze przez czytelników, o trudnej sztuce tworzenia. Co ciekawe, ani pisarz, ani wydawcy nie mieli względem „Zimy w Lizbonie” specjalnych oczekiwań, jej międzynarodowy sukces przyszedł niepodziewanie. Czytelnicy dopatrują się w tej powieści śladów „Szelmostw niegrzecznej dziewczynki” Mario Vargasa Llosy i choć rzeczywiście fabuła jest momentami podobna, nie ma takiej możliwości by książka noblisty stała się inspiracją dla Moliny, gdyż powstała ona w 2006 roku, a omawianą powieść Antonio Muñoz Molina napisał w ciągu paru miesięcy na przełomie 1986-87 roku. 

„Zima w Lizbonie” to klimatyczna opowieść o szorstkiej, męskiej przyjaźni, a także zakazanej, niemożliwej do spełnienia miłości osadzona w jednym z najpiękniejszych miast Portugalii, Lizbonie. Narrator opowiada o nocnym życiu miasta, nostalgicznej jazzowej muzyce rozbrzmiewającej w licznych knajpkach i barach przesiąkniętych papierosowym dymem. W takich okolicznościach poznajemy wybitnego pianistę, Santiago Biralba, trębacza- Billy’ego Swanna oraz tajemniczą Lukrecję, blond femme fatale. Kobiecie towarzyszy handlarz dzieł sztuki o nienajlepszej reputacji, zwany El Americano, Bruce Malcolm. Nietrudno się domyślić, że wkrótce wydarzy się coś, co zaważy na losach bohaterów. 

Kradzież dzieł sztuki, ucieczka i pościg, mafia, ciemne zaułki, pistolety, choć brzmi to jak scenariusz thrillera tutaj ma znaczenie marginalne, akcja powieści rozwija się bowiem nieśpiesznie i daleko jej do sensacji. Klimat powieści przypomina wprawdzie kino noir, ale pośpiech w lekturze nie jest wskazany. Warto smakować słowa, język autora, próbować wczuć się w sytuację mężczyzn, którzy spotykają się po latach i próbują odtworzyć przy szklaneczce whiskey wydarzenia z przeszłości. Rozmowy toczą się w małym pokoju podrzędnego hotelu do bladego świtu. Ich motywem jest oczywiście miłość Santiaga do Lukrecji. W jakich okolicznościach kobieta zniknęła? Co się wydarzyło? Gdzie zniknął cenny obraz? Na te pytania czytelnik znajdzie odpowiedź podczas lektury.

Choć tytułowa zima jest stosunkowo mało obecna w książce, wpływa znacząco na jej odbiór. Wyobraźcie sobie czarno- biały kadr, topiący się śnieg, krótkie dni, mgliste poranki i chłodne wieczory, delikatny blask świateł latarni, i mężczyznę podążającego śladem kobiety, która znika bezpowrotnie za zakrętem. W tle słychać dobiegającą z baru smutną, jazzową melodię i stukot damskich obcasów na brukowanej, wąskiej uliczce… ”W takie popołudnia jak to żadne towarzystwo nie zdoła złagodzić przygnębienia, które sączy się z blasku świateł odbijających się w asfalcie, neonów jaśniejących w wysokich ciemnościach zapadającego zmroku, różowawego jeszcze na linii horyzontu.” 
Polecam wszystkim, którzy lubią samotność i smutek oraz Lizbonę nocą. 

„Zima w Lizbonie” Antonio Muñoz Molina 
tłumaczenie: Wojciech Charchalis 
tytuł oryginału: El Invierno en Lisboa 
data wydania: 20 września 2016 
ISBN: 9788380620773 
liczba stron: 224

czwartek, 30 marca 2017

„Pochwała cienia” Jun’ichirō Tanizaki

„Światło potrzebuje cienia” 
Konrad Lorenz 

foto: Wydawnictwo Karakter


„Pochwała cienia” to esej z 1933 roku poświęcony japońskiej estetyce. Pierwodruk tekstu Tanizakiego ukazał się w antologii „Estetyka japońska. Estetyka życia i piękno umierania” pod redakcją Krystyny Wilkoszewskiej, w 2005 roku. W 2016 roku Wydawnictwo Karakter wznowiło „Pochwałę cienia” w przekładzie Henryka Lipszyca, ze znakomitym wstępem tłumacza. 

Esej Tanizakiego nie jest w zasadzie tekstem jednolitym, to zbiór krótkich zapisków, codziennych obserwacji autora nazywanych zuihitsu ("za pociągnięciem pędzla"). Japończyk przygląda się transformacji kraju, a zmiany, zachodzące w szybkim tempie zdają się niepokoić mistrza, czemu daje wyraz w swoich szkicach. Tematyka tekstów Jun’ichirō Tanizakiego jest niezwykle różnorodna. Autora fascynuje dawna japońska architektura, zarówno domów prywatnych, jak i świątyń oraz herbaciarni. Na dłużej zatrzymuje się przy tradycyjnej japońskiej toalecie (kawaywa), opisując ją, jako cudowne miejsce odosobnienia, idealne wręcz to tworzenia poezji haiku. Tanizaki z nostalgią wspomina czasy, gdy do oświetlenia pomieszczeń stosowano płomień świecy, który wydobywał ze zgromadzonych w nich przedmiotów, ukrytych w cieniu, prawdziwe piękno. Czytelnik dowie się też z lektury, jakie znaczenie ma oświetlenie i stroje w japońskim teatrze Nō, a także pozna podstawowe różnice między teatrem Nō a Kabuki. 

Autor wiele miejsca w eseju poświęca tradycyjnej damskiej garderobie oraz makijażowi. Opisuje m.in. zwyczaj czernienia zębów (ohaguro). Kobiety urodę ukrywały w ciemnościach, przywdziewały nijakie, szare stroje zasłaniające ciało, malowały zęby, goliły brwi, a na usta nakładały ciemnozieloną pomadkę. Wszystko po to, aby zniknąć, rozpłynąć się w cieniu, przypominać bladą zjawę, istotę eteryczną, niemal przezroczystą. W mroku można było dojrzeć jedynie bladość lica, połyskujące wargi, reszta zaś pozostawała nieodgadniona. 

Jest jedna rzecz, z którą trudno mi się zgodzić w „Pochwale cienia”, w rozdziale „Papier, patyna, nefryt”. Otóż autor utrzymuje, że Japończyk czułby się dużo lepiej w szpitalu, gdyby położono go na tradycyjnej macie, a ściany pomalowano na piaskowy kolor, a także zachowano fakturę tego budulca. Nie wiem czy Tanizaki zdołał przed śmiercią przeczytać „Kobietę z wydm” Kōbō Abe (tę powieść wydano w Japonii w 1962 roku, „Pochwałę cienia” w 1933 roku), ale może zweryfikowałby swój pogląd na temat piasku. Za każdym razem, gdy wspominam powieść Abe mam wrażenie, że piasek chrzęści mi między zębami i odruchowo zaczynam otrzepywać z nieistniejącego pyłu ubranie. 

Esej „Pochwała cienia” to interesujący zbiór przemyśleń i codziennych obserwacji Jun’ichirō Tanizakiego. Nie brakuje w nich refleksji, nostalgii, ale również humoru. Autor pięknie przedstawia światłocień i pustkę, jako kluczowe elementy japońskiej estetyki. Z tekstu czytelnik dowie się, że nie należy bać się pustki i cienia, bowiem stanowią one nieskończoną ilość możliwości, możemy dostrzec w nich wszystko, co tylko podpowiada nam wyobraźnia. 

Ciekawie na temat omawianego eseju pisze Katarzyna Boni w tekście „Zrób sobie pustkę”, który ukazał się w magazynie „Książki”, w grudniu zeszłego roku. 

„Pochwała cienia” Jun’ichirō Tanizaki 
tłumaczenie: Henryk Lipszyc 
tytuł oryginału: 陰翳礼讃 (In'ei Raisan) 
data wydania: 5 października 2016 
ISBN: 9788365271266 
liczba stron: 80