piątek, 11 sierpnia 2017

„Krwawa Luna” Patrycja Bukalska

„Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciwko władzy ludowej, niechaj będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie, w interesie klasy robotniczej, w interesie chłopstwa pracującego i inteligencji, w interesie walki o podnoszenie stopy życiowej ludności, w interesie dalszej demokratyzacji naszego życia, w interesie naszej Ojczyzny.” 
Józef Cyrankiewicz, w przemówieniu radiowym po wydarzeniach w Poznaniu w 1956 r. 


foto: Wielka Litera

Patrycja Bukalska jest dziennikarką Tygodnika Powszechnego i autorką książek historycznych „Rysiek z Kedywu. Niezwykłe losy Stanisława Aronsona” oraz „Sierpniowe dziewczęta ‘44”. Dziennikarka tym razem wzięła na siebie trud odtworzenia losów komunistycznej zbrodniarki, Julii Prajs-Brystygier (1902-1975), chciała bowiem sprawdzić ile prawdy kryje się w mrocznych epitetach określających szefową bezpieki oraz zweryfikować jej rzekome nawrócenie się na chrześcijaństwo.

Autorka zbierając materiały do książki korzystała z akt personalnych Brystygierowej znajdujących się w Instytucie Pamięci Narodowej, dotarła także do prowadzonych przez nią spraw, przeglądała również notatki przygotowane przez Teresę Torańską, która przymierzała się do napisania biografii Luny, wykorzystała fragmenty wypowiedzi świadków poczynań „Pani na Koszykowej”. Dlaczego kobieta tak niezwykle inteligentna, posiadająca doktorat z filozofii, literackie zdolności, władająca kilkoma językami, zaangażowana społecznie stała się jedną z najbardziej znienawidzonych komunistycznych zbrodniarek, o wymownym przezwisku „Krwawa Luna”? Czy rzeczywiście uznawała, że cel uświęca środki, zezwalała zatem na tortury oraz sama brutalnie obchodziła się z więźniami? Na te pytania próbuje odpowiedzieć Patrycja Bukalska. Trzeba przyznać, że dziennikarka nie miała łatwego zadania. Materiałów dotyczących życia prywatnego Julii Brystygier jest niewiele, część odpowiedzi dotyczących jej poglądów i egzystencji można znaleźć w utworach literackich jej autorstwa, m.in. w powieści „Krzywe litery” oraz zbiorze opowiadań „Przez ucho igielne”. Pewne informacje na temat szefowej bezpieki znajdowały się również w wywiadzie, który Teresa Torańska przeprowadziła z jej synem, Michałem Brystygierem, znanym profesorem muzykologii. Akta IPN i zeznania współpracowników Luny, a także więźniów politycznych przetrzymywanych na Koszykowej były uzupełnieniem materiału zebranego przez autorkę. Mimo to w książce czytelnik znajdzie wiele niewiadomych, Patrycja Bukalska pewnych rzeczy się domyśla, miejscami spekuluje, a często mówi wprost, że „nie wiadomo”, „nie udało mi się znaleźć odpowiedzi”.

Książka ma bardzo uporządkowany układ, składa się z dwunastu rozdziałów, które po kolei opowiadają o losach Julii Prajs-Brystygier. Luna urodziła się w Stryju, a wychowywała w Jagielnicy, w otoczeniu przyrody, gdzie podziwiała piękne rośliny i pisała sentymentalne wiersze. Jej ojciec był aptekarzem, matka zajmowała się domem i rodzeństwem. Poglądy Luny wykrystalizowały się dosyć wcześnie, szybko wstąpiła do partii i nieustannie pięła się w jej strukturach, swoje zobowiązanie pracownika bezpieki podpisała w Lublinie, 20 grudnia 1944 roku, wkrótce została dyrektorką Departamentu V, pozostała wierna idei komunistycznej do końca swych dni. W 1960 roku opublikowała swoją pierwszą i jedyną powieść „Krzywe litery”, był to, uznany przez krytykę za obiecujący, debiut.

Nie ma zeznań naocznych świadków ani współpracowników stwierdzających jakoby Julia Brystygier osobiście torturowała więźniów, na pewno uczestniczyła w przesłuchaniach i zezwalała na liczne nadużycia, sama wolała stosować przemoc psychiczną, niż fizyczną. Do takich wniosków doszła autorka, analizując losy Luny, skąd zatem przydomek „krwawa”, który nawet dziś ktoś odmalowuje na grobie Brystygierowej? Co więcej, zdarzało się, że niektórych wypuszczała na wolność, a innych, takich jak Pawła Jasienicę darzyła nawet pewnym sentymentem.

Nie znajdziemy w książce Bukalskiej potwierdzenia plotek o rzekomym nawróceniu Luny. Rzeczywiście, za sprawą przyjaźni z siostrą Bonifacją często odwiedzała Zakład dla Niewidomych w Laskach i prowadziła długie rozmowy z tamtejszym duchowieństwem, ale po zorientowaniu się, że jest śledzona przez SB zaprzestała dalszych wizyt. Nie ma również żadnych dokumentów potwierdzających jej domniemany chrzest.

Sięgnęłam po książkę Patrycji Bukalskiej zaintrygowana postacią Julii Brystygier, po obejrzeniu filmu „Zaćma” w reżyserii Ryszarda Bugajskiego, gdzie w rolę Luny znakomicie wcieliła się Maria Mamona. Liczyłam, że ten reportaż poszerzy moją wiedzę na temat „królowej bezpieki”. Niestety, niewiele tu nowych informacji, zaś sporo niedopowiedzeń i domysłów. Autorka świetnie opisała tło historyczne, działania bezpieki, materiał wzbogaciła licznymi zdjęciami, ale z racji skąpej ilości danych na temat kontrowersyjnej Luny, nie udało jej się odpowiedzieć na zasadnicze pytanie, dlaczego piękna kobieta o rozmarzonym, sarnim wzroku, która spogląda na nas z fotografii umieszczonej wewnątrz książki stała się w opinii wielu potworem, niezasługującym na wybaczenie, tytułową „Krwawą Luną”?

„Krwawa Luna” Patrycja Bukalska
data wydania: 12 października 2016
ISBN: 9788380321229
liczba stron: 238

piątek, 28 lipca 2017

„Terremoto” Jarosław Mikołajewski

„Ziemia to fundament. Matka. Wszystko pęknie, wszystko rozsypie się w pył, ale nie ona. Chyba że się trzęsie o dziecko. Także dla Włochów ziemia jest fundamentem i matką, tylko kryje w sobie tajemnicę, jakiej my nie znamy, a raczej znamy jedynie z przenośni: że nagle usuwa się spod nóg. Dosłownie.” 
„Terremoto” Jarosław Mikołajewski 

foto: Dowody na Istnienie


Jarosław Mikołajewski to poeta, eseista, tłumacz z języka włoskiego, autor książek dla dzieci i ostatnio także pięknych, poetyckich reportaży. Miłość do Italii, jaką żywi pisarz, zaowocowała utworzeniem w 2015 roku Nagrody Literackiej im. Leopolda Staffa. Z inicjatywy Jarosława Mikołajewskiego corocznie nagradzani są tłumacze z języka włoskiego, autorzy książek o Włoszech oraz wydawnictwa, które publikują teksty o Italii. 

Terremoto – wyraz ten w języku włoskim oznacza trzęsienie ziemi, w sensie metaforycznym zaś zamieszanie, chaos, co nierozerwalnie wiąże się z ową katastrofą naturalną. W swoim kolejnym poetyckim reportażu Jarosław Mikołajewski zabiera czytelników do Włoch, gdzie na przełomie 2016 i 2017 roku krajem wstrząsnęła seria trzęsień ziemi. Podobnie jak w reportażu „Wielki przypływ”, tak w „Terremoto” autor swoją opowieść przedstawia w sposób nietypowy dla literatury faktu, nie ma tu liczb, suchych danych, są przede wszystkim emocje, poezja, myśli i wspomnienia Mikołajewskiego, stworzona przez niego baśń, przepis kulinarny na amatricianę oraz nietuzinkowi, odważni ludzie. 

W „Wielkim przypływie” reporter skupiał się na dramacie uchodźców, którzy przybywali na Lampedusę w poszukiwaniu lepszego życia. Pierwszą pomoc medyczną uzyskiwali z rąk doktora Pietra Bartolo. Jarosław Mikołajewski bardzo mocno podkreśla jego zasługi w ratowaniu imigrantów, ale również pomoc, którą okazuje mieszkańcom wyspy. W „Terremoto” na pierwszy plan wysuwa się postać Luki Cariego, który jest rzecznikiem straży pożarnej i obrony cywilnej do spraw nadzwyczajnych. Cari zajmuje się ponadto dziennikarstwem oraz sam aktywnie działa jako strażak na miejscu kataklizmów. Tak było również podczas trzęsień ziemi w Amatrice, Nursji i Castelluccio. 

Jarosław Mikołajewski wraz z Luką Carim odwiedzają miejscowości dotknięte wstrząsami, strażak opowiada reporterowi o zniszczeniach, o ratowaniu ludzi z gruzów, rodzajach trzęsień ziemi. Autor podejmuje też rozmowy z mieszkańcami, między innymi z konstruktorem domów, który wskazuje, w jaki sposób powinno się stawiać budynki na terenach zagrożonych trzęsieniami ziemi. 

„Terremoto” przesycone jest emocjami, tak jak poprzedni reportaż poety. Autor nie stroni od metafor, ciekawych porównań, nietypowych rozwiązań stylistycznych. W zasadzie trudno tę książkę zaszufladkować jako literaturę faktu, gdyż czerpie ona zarówno z prozy, jak i poezji, znajdują się tu liczne nawiązania, między innymi do „Burzy” Szekspira oraz „Boskiej Komedii” Dantego, a także wspomniana przeze mnie wcześniej baśń – legenda. Podobnie jak w „Wielkim przypływie” tu także niewielka objętość może być zwodnicza. Mikołajewski zmusza bowiem do zatrzymania się, refleksji, zadawania pytań, a przede wszystkim pięknie ukazuje bezradność człowieka wobec potęgi żywiołu. Polecam. 

„Terremoto” Jarosław Mikołajewski 
data wydania: 14 maja 2017 
ISBN: 9788394725457 
liczba stron: 135

piątek, 7 lipca 2017

„Tydzień w Korei Północnej” Christian Eisert

„Człowiek jest nieskończenie podatny na formowanie.” 
„Rok 1984” George Orwell 

foto: Prószyński i S-ka


Christian Eisert urodził się w 1976 roku w Berlinie Wschodnim. Korea Północna fascynowała go od wczesnego dzieciństwa. W 1988 roku do jego szkoły zawitała delegacja z Pjongjangu, uczniowie na cześć zagranicznych gości dumnie wyśpiewywali robotnicze pieśni bojowe. Wśród pamiątek zgromadzonych tamtego dnia znalazło się zdjęcie zjeżdżalni o pięknych tęczowych barwach, napis w tle fotografii głosił „Światu nie mamy czego zazdrościć”. Autor wraz z przyjaciółką Sandrą Schäfer udali się w podróż po Korei Północnej, aby odnaleźć tamtejszy park rozrywki i ową kolorową zjeżdżalnię. 

Książka „Tydzień w Korei Północnej” nie jest reportażem, jak głoszą okładkowe opisy. To raczej luźne zapiski wspomnień z podróży, gdzieniegdzie upchnięto powszechnie znane fakty na temat Chosŏn, w wielu miejscach autor i jego towarzyszka podśmiewają się ze zwyczajów panujących w kraju i zastanej tam rzeczywistości (tak jakby w losach ludzi uwięzionych w totalitarnym reżimie było coś zabawnego). Sandra i Christian wybrali opcję zwiedzania indywidualnego Korei, rzecz jasna w towarzystwie wszystkowidzących i wszystkosłyszących przewodników. 

Podróżnicy, na początku wycieczki, od swoich przewodników otrzymują przyśpieszony kurs jedynie słusznej historii powstania państwa koreańskiego. Dowiadują się między innymi, jak Kim Ir Sen własnoręcznie wypędził z kraju wszystkich Japończyków oraz jak pchał naprzód industrializację Korei Północnej z niewielkim wsparciem państw bloku wschodniego, a do 1975 roku państwo rządzone przez Kim Ir Sena gospodarczo górowało nad sąsiadami z Południa. 

Christian i Sandra oglądają ćwierć miliona prezentów zgromadzone dla Kim Ir Sena w górach Myohyang, zwiedzają świątynię Pohyon i Kwangbop, wspinają się na górę Taesŏng, odwiedzają wiedeńską kawiarnię w Pjongjangu, Wieżę Idei Dżucze i typową rolniczą rodzinę z Chonsan, zwiedzają także historyczne miasto Kaesong, oczywiście na trasie wycieczki nie mogło zabraknąć strefy zdemilitaryzowanej. Podróżnicy udają się ponadto do metra oraz mają okazję ujrzeć wystawę kwiatów Kimilsungii i Kimdzongilii. Wszystko to okraszone specyficznym, niezbyt górnolotnym poczuciem humoru autora i grymasami jego rozkapryszonej towarzyszki. 

Ta na wskroś osobista relacja zaciekawi przede wszystkim tych czytelników, którzy jak dotąd nie interesowali się losem mieszkańców Korei Północnej, nie śledzą informacji pojawiających się chociażby na stronie internetowej Centrum Studiów Polska- Azja, nie czytali innych książek na ten temat. Na tych, którzy mają już za sobą lektury takie jak „Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej” Barbary Demick, „Korea Północna. Tajna misja w kraju wielkiego blefu” Johna Sweeney czy chociażby „Łzy mojej duszy” Kim Hyon Hui albo „Oskarżenie” Bandiego lektura ta nie zrobi specjalnego wrażenia. Nie dowiedziałam się z tej książki niczego, czego wcześniej bym już nie wiedziała, żarty autora nie wywoływały u mnie uśmiechu, a raczej zażenowanie (szczególnie ten o ryżu). Czytajcie na własną odpowiedzialność. 

Dziękuję  Natalii z Kroniki Kota Nakręcacza za możliwość zapoznania się z tą lekturą.

„Tydzień w Korei Północnej. 1500 kilometrów po najdziwniejszym kraju świata” Christian Eisert 
tłumaczenie: Bartosz Nowacki 
tytuł oryginału: Kim & Struppi. Ferien in Nordkorea 
data wydania: 26 maja 2015 
ISBN: 9788380690066 
liczba stron: 372

piątek, 30 czerwca 2017

„Koniec samotności” Benedict Wells

„Tak oto dążymy naprzód, kierując łodzie pod prąd, który nieustannie znosi nas w przeszłość.” 
„Wielki Gatsby” Francis Scott Fitzgerald 

foto: MUZA SA


Benedict Wells urodził się w 1984 roku, w Monachium. Jego debiutancka powieść Becks letzter Sommer ukazała się w 2008 roku, a kilka lat później została sfilmowana. Prawdziwe nazwisko Benedicta Wellsa brzmi von Schirach, jest on wnukiem nazistowskiego zbrodniarza Baldura von Schiracha, kuzynem innego znakomitego niemieckiego pisarza – Ferdinanda von Schiracha oraz bratem Ariadny von Schirach, która również publikuje książki. 

O młodym autorze niemieccy krytycy (i nie tylko) wypowiadają się w samych superlatywach, z mieszaniną niedowierzania i zachwytu. Przede wszystkim potrafi on niesamowicie plastycznie opowiadać o cierpieniu, tworzy znakomite postaci, których losy zyskują empatię czytelnika, doskonale operuje emocjami, nie używa przy tym skomplikowanego języka. Jest autentyczny. Nie inaczej rzecz ma się z powieścią „Koniec samotności”. 

Większość czytelników szukających lektur głębokich, takich, które wywołają emocjonalne katharsis, prawdopodobnie nie sięgnie po tę książkę. To wielki błąd. Choć okładka sugeruje romansidło i rzeczywiście wątek miłosny jest obecny w powieści, to absolutnie daleko jej do "harlequinowskiej" rzeczywistości. Główni bohaterowie – rodzeństwo Jules, Marty i Liz dosyć wcześnie tracą rodziców, w nieszczęśliwym wypadku. Cała trójka trafia w następstwie tego tragicznego wydarzenia do szkoły z internatem i w zasadzie ich drogi się rozchodzą. Każde na swój sposób przeżywa utratę rodziców, można powiedzieć, że aż do końca opowieści bohaterowie są naznaczeni traumą z dzieciństwa. Jules, dotąd otwarty i bez trudu nawiązujący przyjaźnie staje się ponurym samotnikiem. Liz w otchłani rozpaczy sięga po narkotyki, utarta rodziców wywołuje u niej szereg zachowań autodestrukcyjnych, nie potrafi również odnaleźć się w żadnym z licznych związków. U Marty’ego nasila się zaś nerwica natręctw. Losy Julesa odmieni jego rówieśniczka, pojawiająca się nagle, tajemnicza Alva. Kto kiedykolwiek miał przyjaciela, na którego zawsze mógł liczyć, z którym czas płynął inaczej, a trudy codziennego życia wydawały się łatwiejsze do zniesienia, może sobie teraz wyobrazić jak wyglądała relacja Julesa i Alvy. Niestety pewnego dnia nić przyjaźni i wspólnych przeżyć dwojga młodych ludzi zostaje przerwana. Jules i Alva odnajdą się po latach, nie mogę oczywiście zdradzić, co z tego wyniknie. 

Tragedia rodzeństwa powraca wielokrotnie w powieści, kształtuje bohaterów. Zwłaszcza Julesa, który był pupilkiem matki. Chłopak staje się nieufny, nie potrafi okazywać uczuć, jego relacje z Alvą cechuje lęk przed jej utratą, może dlatego tak wiele czasu zajmuje mu zorientowanie się, ile tak naprawdę dziewczyna dla niego znaczy. Nie bez powodu w książce możemy odnaleźć zdanie: "Każde trudne dzieciństwo jest jak niewidzialny wróg: nigdy nie wiadomo kiedy uderzy". Jules stara się, próbuje pokonać traumę i kiedy wreszcie jego życie zaczyna przypominać egzystencję normalnego, zwyczajnego człowieka, na bohatera spada kolejne nieszczęście (oczywiście nie zdradzę jakie, odsyłam zainteresowanych czytelników do powieści). 

Nie bez powodu umieściłam słowa Francisa Scotta Fitzgeralda jako cytat wstępny tej wypowiedzi (Benedict Wells również wybrał cytat tego autora, jako wstęp do swojej książki). Jules jest narratorem „Końca samotności”, a jego opowieść zaczyna się od wypadku motocyklowego, któremu uległ. Bohater budzi się w szpitalu i stara się przypomnieć sobie dokładnie wydarzenia z przeszłości, a czytelnik towarzyszy mu w tej dojmująco smutnej podróży w czasie. 

Benedict Wells napisał dobrze skonstruowaną powieść, z solidną dawką emocji, bez zbędnego patosu, nieokraszoną strumieniem wyszukanych metafor. Polecam. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu MUZA SA. 

„Koniec samotności” Benedict Wells 
tłumaczenie: Viktor Grotowicz 
tytuł oryginału: Vom Ende der Einsamkeit 
data wydania: 19 kwietnia 2017 
ISBN: 9788328706118 
liczba stron: 384

czwartek, 29 czerwca 2017

„Turcja. Obłęd i melancholia” Ece Temelkuran

„A szczyt niesprawiedliwości to: uchodzić za sprawiedliwego nie będąc nim.” 
„Państwo”, księga II, Platon 

foto: Książkowe Klimaty


Ece Temelkuran jest autorką powieści i komentatorką polityczną, a z wykształcenia prawniczką. Jej teksty ukazywały się zarówno w prasie rodzimej, jak i międzynarodowej (m.in. w The Guardian, Newstatesmen czy Le Monde Diplomatique). Mieszkała w Turcji, Libanie i Tunezji. Temelkuran często podejmuje tematy uznawane przez rząd turecki za kontrowersyjne, takie jak prześladowania Kurdów, problematyka ormiańska, prawa kobiet oraz wolność słowa. W tym roku odwiedziła Polskę, w ramach festiwalu Big Book Festival 2017. W naszym kraju wydano trzy książki autorki: „Taniec w rytmie rewolucji” (PWN 2013), „Odgłosy rosnących bananów” (Książkowe Klimaty 2016) oraz „Turcja. Obłęd i melancholia” (Książkowe Klimaty 2017). 

Przez długie lata Turcja stawiana była za wzór innym bliskowschodnim krajom. Amerykańscy i europejscy dyplomaci oraz dziennikarze prześcigali się wzajemnie w peanach na cześć Recepa Tayyipa Erdoğana i jego muzułmańskiej wersji demokracji. Drobne pęknięcia na tym idealnie gładkim wizerunku, takie jak prześladowania polityczne, aresztowania dziennikarzy, ograniczanie wolności obywateli, uważane były za sprawy marginalne, zwłaszcza, że w grę wchodziło udowodnienie całemu światu, że ustrój demokratyczny w państwach arabskich ma rację bytu i sprawuje się wręcz doskonale. Kolejnym argumentem, aby nie wspominać zbyt głośno potknięć tureckiego rządu była kwestia uchodźców. I tu Erdoğan jawił się Zachodowi jako istny wybawiciel, człowiek zatrzymujący falę zagrażających nam obcych, którzy (nie jest istotne w tym momencie, że uciekają przed śmiercią i prześladowaniami z obszarów objętych wojną) zdemontowaliby zaraz po wylądowaniu na naszej ziemi ukochaną demokrację, zabrali nam wolność. Oczywiście nie była to przysługa darmowa, nie chodziło też o euro, które popłynęły w stronę Turcji wartkim strumieniem, aby rozwiązać, rzecz jasna tymczasowo, ten palący problem. Chodziło o to, że prezydent Erdoğan zyskał cenną kartę przetargową i jednocześnie obietnicę, że nikt nie będzie mu właził z butami w tureckie zawirowania polityczne. I oto stało się: 16 kwietnia 2017 Turcja zmieniła ustrój z parlamentarnego na prezydencki, a dziś na czele kraju stoi jeden człowiek (od prawie 20 lat ten sam nawiasem mówiąc), który dzierży w swoich rękach pełnię władzy. 

Książka „Turcja. Obłęd i melancholia” opowiada pięknie o tym, jak doszło do tego, że Recep Tayyip Erdoğan zaistniał jako polityk. Co sprawiło, że dotarł na sam szczyt i pokochały go całe rzesze wyborców? Otóż wódz ma misję, do 2023 roku Turcja ma się odrodzić jako wielkie Imperium Osmańskie, czerpiąc z tradycji, ale jednocześnie jedną nogą będąc w nowoczesności (czy nie przypomina to przypadkiem naszych odwołań do wielkiego Imperium Lechitów? oczywiście osmańska potęga to historia prawdziwa, Imperium Lechitów niekoniecznie). Temelkuran barwnie opisuje wszelkie działania rządu powodujące ograniczenie swobód obywatelskich, protesty, które kończą się użyciem gazu łzawiącego i pałek, a także demagogiczne wiece wyborcze. Kluczowa jest tu retoryka dzieląca naród na dwa obozy – my i wy. „My” to oczywiście rząd i jego wyborcy, prawdziwi patrioci, a „wy” to element o nowoczesnych, skrajnie liberalnych poglądach, artyści i dziennikarze niesprzyjający AKP (Partia Sprawiedliwości i Rozwoju), krótko mówiąc wrogowie ojczyzny (czy to również nie brzmi znajomo?). 

Ece Temelkuran jest naturalnie jedną z tych zbuntowanych, patrzących rządowi na ręce i krytykujących. Nie boi się głośno i dosadnie wypowiadać o zdarzeniach nękających jej kraj. Pierwsza część książki obfituje w opisy wydarzeń historycznych, buntów, zmian w prawie i ustroju, od zdobycia Stambułu 29 maja 1453 roku, poprzez czasy Wielkiej Porty, aż po pojawienie się Mustafy Kemala Atatürka. Oczywiście wydarzenia nakreślone są schematycznie, a autorka podobnie jak w swoich poprzednich książkach raczej stroni od chronologii. Pozwala jej na to zabieg, polegający na przedstawianiu poszczególnych scen w formie fotografii, zamiast czytać nudny historyczny tekst, czytelnik otrzymuje wyimki z różnych ważniejszych wydarzeń, tak jakby Temelkuran w naszej obecności przeglądała stary, rodzinny album. Narracja zaś wartko płynie dalej. 

Po fotografiach pora na część współczesną. Ece Temelkuran opisuje tu między innymi referendum konstytucyjne z 2010, które przeprowadzono z zamiarem „poprawienia” ustawy zasadniczej celem udoskonalenia jej i wprowadzenia w kraju pełni demokracji, w rzeczywistości chodziło o zmianę składu Sądu Konstytucyjnego na taki, który popierałby rząd. To właśnie w tej części książki znaleźć możemy dość frapujące zdanie: Partia rządząca, której ordynacja wyborcza zapewniła już pełną kontrolę nad legislatywą i egzekutywą, teraz zyskała wpływ na sądownictwo- ostatnią niezależną władzę w państwie. Warto również pochylić się nad mechanizmem, według którego rządząca obecnie partia AKP zdobywa władzę i ją utrzymuje. Autorka cytuje za politologiem Fethim Açıkelem: Ideologiczne zwycięstwo polega na zdolności do przenoszenia negatywnej energii tłumów na wyższy poziom polityki i upowszechnieniu optymistycznej wiary, że negatywizm społeczny rozładuje się w dążeniu do wyższego celu. Nagromadzenie energii opozycyjnej, wynikające z niezadowolenia społecznego, zostaje opóźnione dzięki obietnicy przyszłego zwycięstwa […].[Uświęcona ofiara] skupia rzesze ubogich wokół jakiegoś na wpół wiarygodnego, na wpół agresywnego telos [celu], które przyswajane jest na poziomie duchowym, i zarządza negatywną energią społeczeństwa

Dlaczego zatem Turcy pozostają bierni, nie buntują się, a ostatni pucz zgodnie z opinią światowych ekspertów został wyreżyserowany przez Erdoğana i dzięki temu przedstawieniu mógł on niezwłocznie pozbyć się niewygodnych dla niego dowódców (osłabiając przy tym armię)? Odpowiedź tkwi w wyborczych obietnicach, w „wyciąganiu pomocnej dłoni do potrzebujących”. Społeczeństwo uzależnione od rządowej pomocy nie buntuje się, a wszelkie perspektywy jej utraty napawają je przerażeniem. Warto także zwrócić uwagę na częste zmiany systemu edukacyjnego w Turcji. Wywołują one nie tylko przepaść międzypokoleniową, ale różnice w wykształceniu można zaobserwować u ludzi, u których różnica wieku nie przekracza pięciu lat. Jakie są tego konsekwencje? Według autorki przede wszystkim atrofia wspólnych zasad społecznych, a także spadek jakości nauczania, który zdefiniuje przyszłość. 

Opowieść Ece Temelkuran o Turcji kończą wybory z 7 lipca 2015 roku, w których AKP pierwszy raz nie uzyskała większości w Wielkim Zgromadzeniu Narodowym. Niestety mimo wielkich nadziei pokładanych przez autorkę w demokratyzacji parlamentu, gdzie po raz pierwszy udało się wprowadzić aż 81 członków HDP (Ludowa Partia Demokratyczna), rząd szybko uporał się z brakiem możliwość uformowania koalicji. Pod koniec sierpnia prezydent Erdoğan zarządził wcześniejsze wybory, odbyły się one 1 listopada 2015 roku. Odtąd jedynie słuszna AKP ponownie rządzi niepodzielnie w Turcji. 

Książka „Turcja. Obłęd i melancholia” jest jak uderzenie obuchem w głowę. Zatrważa podobieństwo pewnych procesów, które miały i mają miejsce w Turcji do wydarzeń, z którymi mamy do czynienia w Polsce. Coraz częściej kołacze mi w głowie myśl, że zgubiliśmy coś po drodze. Nie ma w tym kraju żadnej kultury politycznej, ani opozycji z prawdziwego zdarzenia. A co do protestów odnoszę wrażenie, że rządzący wzięli sobie do serca powiedzenie „psy szczekają, a karawana jedzie dalej”. Serdecznie polecam lekturę najnowszej książki Ece Temelkuran, ku przestrodze. 

„Turcja. Obłęd i melancholia” Ece Temelkuran 
tłumaczenie: Łukasz Buchalski 
tytuł oryginału: Turkey: The Insane and the Melancholy 
data wydania: kwiecień 2017 
ISBN: 9788365595430 
ilość stron: 270

wtorek, 27 czerwca 2017

„Plaża za szafą” Marcin Kącki

„Życie to taki dziwny teatr, gdzie tragedia miesza się z farsą, scenariusz piszą sami aktorzy, suflerem jest sumienie i nigdy nie wiadomo, kiedy otworzy się zapadnia.” 
Andrzej Majewski 

foto: Wydawnictwo Agora


Marcin Kącki jest dziennikarzem Gazety Wyborczej, redaktorem „Dużego Formatu”. Domeną autora są reportaże śledcze, społeczne i historyczne. Nie boi się zadawać trudnych pytań i walczy zawzięcie o szczere odpowiedzi. Podejrzewam, że jest typem człowieka, który wyrzucony drzwiami, wejdzie przez okno, wszystko po to, by dociec prawdy, która jest najważniejsza w jego tekstach. Kącki jest autorem reportaży „Lepperiada”, „Maestro. Historia milczenia”, „Białystok. Biała siła, czarna pamięć” oraz powieści „Fak Maj Lajf”. 

„Plaża za szafą” to owoc wieloletniej pracy reporterskiej Marcina Kąckiego, książka stanowi zbiór tekstów, które ukazywały się na przestrzeni dziesięciu lat w Gazecie Wyborczej. Autor prezentuje szeroki wachlarz tematów, jego teksty wywołują czasem oburzenie, innym razem konsternację, niektóre rozbawienie, przede wszystkim zaś zdziwienie, że oto obok nas, dzieją się rzeczy, których nie wymyśliłby nawet najzdolniejszy scenarzysta filmowy. 

W pierwszej części książki zatytułowanej „Medical thriller” odnajdujemy teksty dotyczące ratownika medycznego, usłużnego, pracowitego, cenionego przez współpracowników, ale mającego ogromną słabość do kobiet, które rozkochuje w sobie bez pamięci. Na przeszkodzie jego miłosnym podbojom stoi jednak żona…Kolejny reportaż dotyczy adopcji, znajdziemy też w tej części tekst o kumoterstwie wśród lekarzy oraz o ratowaniu małego chłopca cierpiącego na rzadką chorobę nerek. Jednak z mojego punktu widzenia najciekawszy jest reportaż dotyczący leku na Parkinsona o nazwie Requip, produkowanego przez znany koncern farmaceutyczny. Ropinirol, który jest substancją czynną tego produktu leczniczego może powodować uzależnienie od hazardu, nadpobudliwość seksualną oraz autoagresję. Sęk w tym, że nie w każdym kraju ulotka leku wyglądała jednakowo. W Stanach Zjednoczonych wpisano do niej możliwe działania powodujące chęć targnięcia się na życie, natomiast w europejskiej wersji ulotki takiej informacji brakowało. Koncern wykorzystał w tym wypadku luki prawne umożliwiające mu pominięcie pewnych danych odnośnie do działań niepożądanych leku w ulotce leku wprowadzanego na rynek europejski. Taka haniebna praktyka podważa zaufanie do sektora farmaceutycznego, nie powinno zatem budzić zdziwienia rosnące lobby antyszczepionkowców, czy specjalistów leczących raka wlewkami z witaminy C i innymi cudownymi sposobami. Szkoda, że firmy farmaceutyczne, ale też wszelkiej maści szarlatani dbają przede wszystkim o swoje interesy, a dobro pacjenta jest regularnie pomijane w ich wzajemnych rozgrywkach. 

Kolejna część książki to teksty o oszustce-naciągaczce z Konstancina, o gangu z Sanoka, na czele którego stała kobieta, o „Włoszce” trudniącej się najstarszym zawodem świata, która spotkała na swojej drodze życia prawdziwą miłość, o nauczycielu broniącym zawzięcie szkoły, w której uczy oraz najciekawszy reportaż - o awanturze o krzyż w Zespole Szkół Sportowych w Krapkowicach. To była bardzo głośna sprawa, pewna skromna i cicha matematyczka, tyle, że niewierząca postanowiła zdjąć krzyż wiszący w pokoju nauczycielskim. Tak zaczęły się jej problemy, z dyrektorką, z całym środowiskiem nauczycielskim, mieszkańcami Krapkowic. Przy okazji wyszły też na jaw dużo ważniejsze, lecz pozostawione przez dyrekcję szkoły bez rozwiązania, problemy. 

Trzecią część „Plaży za szafą” rozpoczyna niezwykła opowieść o brawurowej kradzieży obrazu „Plaża w Pourville” Moneta, której dokonał prosty pracownik sezonowy, ukrywający się pod fałszywym nazwiskiem - Jacek Walewski. Wcale mnie nie dziwi to, że właśnie ten reportaż autor umieścił w tytule swojej książki. Kto sięgnie po tę lekturę przekona się, dlaczego ten tekst jest niezwykły. Dalej czytelnik może przeczytać o zamachach bombowych w sklepach IKEA, o napadzie na bank dokonanym przez księdza oraz o gangu oszustów podających się za komorników bądź radców prawnych. 

Przedostatnia część książki zawiera reportaże o braciach K., gangsterach z Głubczyc, koło Opola, o problemach zamkniętego osiedla mieszkaniowego, o kradzieży w Kościele, o wypadku w małym jeziorku pod Murowaną Gośliną k. Poznania, o Cyganach kierujących się kodeksem romanipen, o tajemniczym morderstwie i ukrywaniu zwłok przez prawie rok w chłodni zakładu medycyny sądowej. Najciekawsze teksty w tej części książki dotyczą załamania nerwowego szyfranta Stefana Zielonki oraz znikających funduszy operacyjnych Urzędu Ochrony Państwa. Szczególnie ostatni reportaż może budzić zaniepokojenie, gdyż wyraźnie wskazuje, że nie ma absolutnie żadnej kontroli nad pieniędzmi w kasie operacyjnej tajnych służb. Nie można i chyba nie powinno się tłumaczyć defraudacji funduszy na taką skalę wyłącznie „zagubioną agenturą”. 

Ostatnia część „Plaży za szafą” to reportaże na temat „złego” dotyku. Pierwszy dotyczy molestowania i psychicznego znęcania się nad czternastoletnimi zawodniczkami drużyny siatkarskiej przez ich trenera. Drugi tekst opowiada zaś o nietypowych zamiłowaniach abp. Juliusza Paetza. 

Życie pisze czasem zupełnie nieprawdopodobne scenariusze. Obok nas, często za ścianą albo w sąsiednim bloku dzieją się rzeczy, o których nie mamy pojęcia. Czasem Ci, którzy jakąś wiedzę posiadają nie chcą się nią dzielić w obawie o życie własne i najbliższych, czasem nie wiedzą, do kogo się zwrócić z prośbą o pomoc lub liczą na to, że ktoś inny w porę zareaguje. Na szczęście są reporterzy, tacy jak Marcin Kącki. Dociekliwi, oddani pracy, nieodpuszczający, „natrętni jak muchy”, ale działający w dobrej wierze, zawsze dążący do odkrycia prawdy. Ich teksty zmieniają rzeczywistość, w tym także tę polityczną (tekst autora o „Pracy za seks” doprowadził do rozpadu koalicji PiS i Samoobrony). Doprowadzają do nagłośnienia bulwersujących opinię publiczną spraw, takich jak działalność Wojciecha Kroloppa, dyrektora chłopięcego chóru Polskie Słowiki, skazanego za pedofilię. 

Zbiór reportaży „Plaża za szafą” to niezwykła podróż po kryminalnej Polsce. Sprawy opisywane przez Marcina Kąckiego głównie oburzają, po pierwszym, mocnym zdaniu, autor wyrzuca z siebie kolejne, stale zwiększając tempo. Mistrzowskie historie, odwaga reportera, podejmowane trudne tematy, wszystko to sprawia, że od lektury ciężko się oderwać, a na koniec pozostaje uczucie niedosytu. Serdecznie polecam. 

„Plaża za szafą. Polska kryminalna” Marcin Kącki 
data wydania: 2 lutego 2017 
ISBN: 9788326824708 
liczba stron: 311

piątek, 16 czerwca 2017

„Sznurówki” Domenico Starnone

„Miłość łatwiej znosi nieobecność lub śmierć niż zwątpienie lub zdradę.” 
André Maurois 

foto: W.A.B.


Domenico Starnone to włoski pisarz, dziennikarz i scenarzysta. Obecnie kojarzony jest przede wszystkim za sprawą swej żony Anity Rai, która opublikowała, pod pseudonimem Elena Ferrante, tetralogię neapolitańską. Choć Starnone cieszy się we Włoszech sporą popularnością, w 2001 roku otrzymał najbardziej prestiżową nagrodę literacką Premio Strega za powieść Via Gemito, a jego książki często są filmowane, polscy wydawcy dopiero teraz, po sukcesie książek Anity Rai, sięgają po twórczość autora, a ta zdecydowanie jest warta uwagi. 

„Sznurówki” to literackie studium zdrady, rozpadu związku, cierpienia. Bohaterowie – Vanda i Aldo pobrali się młodo, szybko na świat przyszły ich dzieci, syn Sandro i córka Anna. Vanda zrezygnowała z pracy, kariery, aby opiekować się dziećmi i domem oraz pielęgnować małżeństwo. Aldo pracował, utrzymywał rodzinę i nieustannie tęsknił za wolnością. Gdy tylko nadarzyła się okazja postanowił odejść, oczywiście do młodszej, atrakcyjniejszej i samotnej kobiety. Bez mrugnięcia okiem przekreślił dwanaście lat wspólnego życia, potrzeby dzieci i małżonki, dla własnego kaprysu postanowił zrujnować całej trójce przyszłość, bo się zakochał. Dramat, ale i historia stara jak świat. 

Gdyby tylko Aldo zadowolił się definitywnym porzuceniem dotychczasowego spokojnego, z pozoru udanego życia u boku wiernej i oddanej kobiety. Mężczyzna jednak nie może się zdecydować na całkowite zaprzestanie kontaktów z żoną i dziećmi, tak więc przychodzi i odchodzi kiedy mu wygodnie, stale otwiera rany, nie daje im szansy na zagojenie się. Torturuje i jątrzy, wpędza Vandę w coraz większy obłęd, a w końcu doprowadza do tragedii. Jego ego, wolność są najważniejsze. Uczucia innych się nie liczą. Co z tego, że ktoś poświęcił najlepsze lata życia, zaprzepaścił karierę, aby Aldo mógł wygodnie żyć, z dala od problemów, zajmując się jedynie pracą i od czasu do czasu przypominając sobie, że ma córkę i syna, najczęściej w krótkich chwilach rozmów przy okazji wspólnych posiłków? On się przebudził, nie jest szczęśliwy, nic już nie będzie takie samo, jeśli nie zrealizuje swojej wizji wspólnego życia z nową, młodą kochanką. 

I kiedy wydaje się, że to historia taka jak wszystkie, mężczyzna był i zniknął realizować się gdzie indziej, Aldo trzeźwieje, wraca na łono rodziny. Jednak nic nie jest w stanie naprawić krzywd, jakie wyrządził, nie tylko Vandzie, ale przede wszystkim dzieciom. Aldo wraca, ale wraz z nim myśli o kochance, jej imię nigdy niewypowiadane, ale będące zarazem jak brzęczenie natrętnego komara krąży stale wokół małżonków. Starają się ułożyć na nowo wspólne życie, ale nie da się cofnąć czasu, oschłość Vandy, poczucie winy Aldo będą im towarzyszyć już zawsze, podobnie jak ironia i drobne złośliwości w rozmowach. Dzieci zaś wyrosną w poczuciu, że rodzina to pojęcie przereklamowane, że los płata figle i coś, co powinno być filarem, ostoją, może stać się źródłem bólu i udręki. Sandro będzie powielał zachowanie ojca, płodząc dzieci z kim popadnie, Anna z kolei nie będzie potrafiła nikomu zaufać i stworzyć żadnej trwałej relacji. Oto właśnie konsekwencje nieodpowiedzialnego postępowania, zbytniej koncentracji na własnej osobie. 

Małżeństwo to nie spotkanie dwojga indywidualności, z których każda samorealizuje się, często kosztem drugiej. Związek wymaga kompromisów, ustępstw. Źle się jednak dzieje, gdy ułatwienia, pomoc pochodzą tylko z jednej strony, a jedno z małżonków obarczone jest odpowiedzialnością za dzieci, dom, drugie zaś sądzi, że wypowiadanie niczym mantry kwestii „ja zarabiam, chcesz się zamienić?” załatwia wszystko. „Sznurówki” należy potraktować jak lekcję. Nigdy nie można niczego być pewnym. Nie wiem też czy stawianie wszystkiego na jedną kartę, poświęcanie swojego czasu, najlepszych lat, umiejętności i pozostawanie w domowym zaciszu, po to, aby druga osoba mogła spełniać się zawodowo jest idealnym rozwiązaniem. W sytuacji, jakiej doświadczyła Vanda na pewno nie. Bohaterka kochała, ufała, a została z niczym, dotkliwie zraniona, całkowicie upokorzona. 

Dzieci, o nich należy myśleć w pierwszej kolejności. Takie sytuacje jak zdrada, odejście jednego z rodziców, wieczne awantury i szarpaniny wpływają na ich psychikę, prowadzą do utraty stabilizacji, wiary w instytucję małżeństwa. Mogą powodować daleko idące konsekwencje w ich przyszłym, rodzinnym życiu. 

„Sznurówki” to powieść ciekawie skonstruowana. Autor przedstawia opisywaną historię z trzech punktów widzenia, zdradzanej żony, niewiernego męża i cierpiących dzieci. Najdobitniej całą tę sytuację po latach podsumowuje Anna, mówiąc: „Rodzice podsunęli nam cztery kolejne scenariusze, bardzo pouczające. Pierwszy: mama i tato młodzi i szczęśliwi, dzieci rozkoszują się rajskim ogrodem; drugi: tato znajduje sobie inną kobietę, mama odchodzi od zmysłów, dzieci tracą rajski ogród; trzeci: ojciec opamiętuje się i wraca do domu, dzieci próbują dostać się do ogrodu ziemskiego, mama i tata codziennie im dowodzą, że to daremny wysiłek; czwarty: dzieci odkrywają, że żaden ogród nigdy nie istniał i w życiu trzeba zadowolić się piekłem”. Bardzo pouczająca, a zarazem przygnębiająca powieść. Polecam. 

„Sznurówki” Domenico Starnone 
tłumaczenie: Stanisław Kasprzysiak 
tytuł oryginału: Lacci 
data wydania: 10 maja 2017 
ISBN: 9788328044357 
liczba stron: 221