wtorek, 27 czerwca 2017

„Plaża za szafą” Marcin Kącki

„Życie to taki dziwny teatr, gdzie tragedia miesza się z farsą, scenariusz piszą sami aktorzy, suflerem jest sumienie i nigdy nie wiadomo, kiedy otworzy się zapadnia.” 
Andrzej Majewski 

foto: Wydawnictwo Agora


Marcin Kącki jest dziennikarzem Gazety Wyborczej, redaktorem „Dużego Formatu”. Domeną autora są reportaże śledcze, społeczne i historyczne. Nie boi się zadawać trudnych pytań i walczy zawzięcie o szczere odpowiedzi. Podejrzewam, że jest typem człowieka, który wyrzucony drzwiami, wejdzie przez okno, wszystko po to, by dociec prawdy, która jest najważniejsza w jego tekstach. Kącki jest autorem reportaży „Lepperiada”, „Maestro. Historia milczenia”, „Białystok. Biała siła, czarna pamięć” oraz powieści „Fak Maj Lajf”. 

„Plaża za szafą” to owoc wieloletniej pracy reporterskiej Marcina Kąckiego, książka stanowi zbiór tekstów, które ukazywały się na przestrzeni dziesięciu lat w Gazecie Wyborczej. Autor prezentuje szeroki wachlarz tematów, jego teksty wywołują czasem oburzenie, innym razem konsternację, niektóre rozbawienie, przede wszystkim zaś zdziwienie, że oto obok nas, dzieją się rzeczy, których nie wymyśliłby nawet najzdolniejszy scenarzysta filmowy. 

W pierwszej części książki zatytułowanej „Medical thriller” odnajdujemy teksty dotyczące ratownika medycznego, usłużnego, pracowitego, cenionego przez współpracowników, ale mającego ogromną słabość do kobiet, które rozkochuje w sobie bez pamięci. Na przeszkodzie jego miłosnym podbojom stoi jednak żona…Kolejny reportaż dotyczy adopcji, znajdziemy też w tej części tekst o kumoterstwie wśród lekarzy oraz o ratowaniu małego chłopca cierpiącego na rzadką chorobę nerek. Jednak z mojego punktu widzenia najciekawszy jest reportaż dotyczący leku na Parkinsona o nazwie Requip, produkowanego przez znany koncern farmaceutyczny. Ropinirol, który jest substancją czynną tego produktu leczniczego może powodować uzależnienie od hazardu, nadpobudliwość seksualną oraz autoagresję. Sęk w tym, że nie w każdym kraju ulotka leku wyglądała jednakowo. W Stanach Zjednoczonych wpisano do niej możliwe działania powodujące chęć targnięcia się na życie, natomiast w europejskiej wersji ulotki takiej informacji brakowało. Koncern wykorzystał w tym wypadku luki prawne umożliwiające mu pominięcie pewnych danych odnośnie do działań niepożądanych leku w ulotce leku wprowadzanego na rynek europejski. Taka haniebna praktyka podważa zaufanie do sektora farmaceutycznego, nie powinno zatem budzić zdziwienia rosnące lobby antyszczepionkowców, czy specjalistów leczących raka wlewkami z witaminy C i innymi cudownymi sposobami. Szkoda, że firmy farmaceutyczne, ale też wszelkiej maści szarlatani dbają przede wszystkim o swoje interesy, a dobro pacjenta jest regularnie pomijane w ich wzajemnych rozgrywkach. 

Kolejna część książki to teksty o oszustce-naciągaczce z Konstancina, o gangu z Sanoka, na czele którego stała kobieta, o „Włoszce” trudniącej się najstarszym zawodem świata, która spotkała na swojej drodze życia prawdziwą miłość, o nauczycielu broniącym zawzięcie szkoły, w której uczy oraz najciekawszy reportaż - o awanturze o krzyż w Zespole Szkół Sportowych w Krapkowicach. To była bardzo głośna sprawa, pewna skromna i cicha matematyczka, tyle, że niewierząca postanowiła zdjąć krzyż wiszący w pokoju nauczycielskim. Tak zaczęły się jej problemy, z dyrektorką, z całym środowiskiem nauczycielskim, mieszkańcami Krapkowic. Przy okazji wyszły też na jaw dużo ważniejsze, lecz pozostawione przez dyrekcję szkoły bez rozwiązania, problemy. 

Trzecią część „Plaży za szafą” rozpoczyna niezwykła opowieść o brawurowej kradzieży obrazu „Plaża w Pourville” Moneta, której dokonał prosty pracownik sezonowy, ukrywający się pod fałszywym nazwiskiem - Jacek Walewski. Wcale mnie nie dziwi to, że właśnie ten reportaż autor umieścił w tytule swojej książki. Kto sięgnie po tę lekturę przekona się, dlaczego ten tekst jest niezwykły. Dalej czytelnik może przeczytać o zamachach bombowych w sklepach IKEA, o napadzie na bank dokonanym przez księdza oraz o gangu oszustów podających się za komorników bądź radców prawnych. 

Przedostatnia część książki zawiera reportaże o braciach K., gangsterach z Głubczyc, koło Opola, o problemach zamkniętego osiedla mieszkaniowego, o kradzieży w Kościele, o wypadku w małym jeziorku pod Murowaną Gośliną k. Poznania, o Cyganach kierujących się kodeksem romanipen, o tajemniczym morderstwie i ukrywaniu zwłok przez prawie rok w chłodni zakładu medycyny sądowej. Najciekawsze teksty w tej części książki dotyczą załamania nerwowego szyfranta Stefana Zielonki oraz znikających funduszy operacyjnych Urzędu Ochrony Państwa. Szczególnie ostatni reportaż może budzić zaniepokojenie, gdyż wyraźnie wskazuje, że nie ma absolutnie żadnej kontroli nad pieniędzmi w kasie operacyjnej tajnych służb. Nie można i chyba nie powinno się tłumaczyć defraudacji funduszy na taką skalę wyłącznie „zagubioną agenturą”. 

Ostatnia część „Plaży za szafą” to reportaże na temat „złego” dotyku. Pierwszy dotyczy molestowania i psychicznego znęcania się nad czternastoletnimi zawodniczkami drużyny siatkarskiej przez ich trenera. Drugi tekst opowiada zaś o nietypowych zamiłowaniach abp. Juliusza Paetza. 

Życie pisze czasem zupełnie nieprawdopodobne scenariusze. Obok nas, często za ścianą albo w sąsiednim bloku dzieją się rzeczy, o których nie mamy pojęcia. Czasem Ci, którzy jakąś wiedzę posiadają nie chcą się nią dzielić w obawie o życie własne i najbliższych, czasem nie wiedzą, do kogo się zwrócić z prośbą o pomoc lub liczą na to, że ktoś inny w porę zareaguje. Na szczęście są reporterzy, tacy jak Marcin Kącki. Dociekliwi, oddani pracy, nieodpuszczający, „natrętni jak muchy”, ale działający w dobrej wierze, zawsze dążący do odkrycia prawdy. Ich teksty zmieniają rzeczywistość, w tym także tę polityczną (tekst autora o „Pracy za seks” doprowadził do rozpadu koalicji PiS i Samoobrony). Doprowadzają do nagłośnienia bulwersujących opinię publiczną spraw, takich jak działalność Wojciecha Kroloppa, dyrektora chłopięcego chóru Polskie Słowiki, skazanego za pedofilię. 

Zbiór reportaży „Plaża za szafą” to niezwykła podróż po kryminalnej Polsce. Sprawy opisywane przez Marcina Kąckiego głównie oburzają, po pierwszym, mocnym zdaniu, autor wyrzuca z siebie kolejne, stale zwiększając tempo. Mistrzowskie historie, odwaga reportera, podejmowane trudne tematy, wszystko to sprawia, że od lektury ciężko się oderwać, a na koniec pozostaje uczucie niedosytu. Serdecznie polecam. 

„Plaża za szafą. Polska kryminalna” Marcin Kącki 
data wydania: 2 lutego 2017 
ISBN: 9788326824708 
liczba stron: 311

piątek, 16 czerwca 2017

„Sznurówki” Domenico Starnone

„Miłość łatwiej znosi nieobecność lub śmierć niż zwątpienie lub zdradę.” 
André Maurois 

foto: W.A.B.


Domenico Starnone to włoski pisarz, dziennikarz i scenarzysta. Obecnie kojarzony jest przede wszystkim za sprawą swej żony Anity Rai, która opublikowała, pod pseudonimem Elena Ferrante, tetralogię neapolitańską. Choć Starnone cieszy się we Włoszech sporą popularnością, w 2001 roku otrzymał najbardziej prestiżową nagrodę literacką Premio Strega za powieść Via Gemito, a jego książki często są filmowane, polscy wydawcy dopiero teraz, po sukcesie książek Anity Rai, sięgają po twórczość autora, a ta zdecydowanie jest warta uwagi. 

„Sznurówki” to literackie studium zdrady, rozpadu związku, cierpienia. Bohaterowie – Vanda i Aldo pobrali się młodo, szybko na świat przyszły ich dzieci, syn Sandro i córka Anna. Vanda zrezygnowała z pracy, kariery, aby opiekować się dziećmi i domem oraz pielęgnować małżeństwo. Aldo pracował, utrzymywał rodzinę i nieustannie tęsknił za wolnością. Gdy tylko nadarzyła się okazja postanowił odejść, oczywiście do młodszej, atrakcyjniejszej i samotnej kobiety. Bez mrugnięcia okiem przekreślił dwanaście lat wspólnego życia, potrzeby dzieci i małżonki, dla własnego kaprysu postanowił zrujnować całej trójce przyszłość, bo się zakochał. Dramat, ale i historia stara jak świat. 

Gdyby tylko Aldo zadowolił się definitywnym porzuceniem dotychczasowego spokojnego, z pozoru udanego życia u boku wiernej i oddanej kobiety. Mężczyzna jednak nie może się zdecydować na całkowite zaprzestanie kontaktów z żoną i dziećmi, tak więc przychodzi i odchodzi kiedy mu wygodnie, stale otwiera rany, nie daje im szansy na zagojenie się. Torturuje i jątrzy, wpędza Vandę w coraz większy obłęd, a w końcu doprowadza do tragedii. Jego ego, wolność są najważniejsze. Uczucia innych się nie liczą. Co z tego, że ktoś poświęcił najlepsze lata życia, zaprzepaścił karierę, aby Aldo mógł wygodnie żyć, z dala od problemów, zajmując się jedynie pracą i od czasu do czasu przypominając sobie, że ma córkę i syna, najczęściej w krótkich chwilach rozmów przy okazji wspólnych posiłków? On się przebudził, nie jest szczęśliwy, nic już nie będzie takie samo, jeśli nie zrealizuje swojej wizji wspólnego życia z nową, młodą kochanką. 

I kiedy wydaje się, że to historia taka jak wszystkie, mężczyzna był i zniknął realizować się gdzie indziej, Aldo trzeźwieje, wraca na łono rodziny. Jednak nic nie jest w stanie naprawić krzywd, jakie wyrządził, nie tylko Vandzie, ale przede wszystkim dzieciom. Aldo wraca, ale wraz z nim myśli o kochance, jej imię nigdy niewypowiadane, ale będące zarazem jak brzęczenie natrętnego komara krąży stale wokół małżonków. Starają się ułożyć na nowo wspólne życie, ale nie da się cofnąć czasu, oschłość Vandy, poczucie winy Aldo będą im towarzyszyć już zawsze, podobnie jak ironia i drobne złośliwości w rozmowach. Dzieci zaś wyrosną w poczuciu, że rodzina to pojęcie przereklamowane, że los płata figle i coś, co powinno być filarem, ostoją, może stać się źródłem bólu i udręki. Sandro będzie powielał zachowanie ojca, płodząc dzieci z kim popadnie, Anna z kolei nie będzie potrafiła nikomu zaufać i stworzyć żadnej trwałej relacji. Oto właśnie konsekwencje nieodpowiedzialnego postępowania, zbytniej koncentracji na własnej osobie. 

Małżeństwo to nie spotkanie dwojga indywidualności, z których każda samorealizuje się, często kosztem drugiej. Związek wymaga kompromisów, ustępstw. Źle się jednak dzieje, gdy ułatwienia, pomoc pochodzą tylko z jednej strony, a jedno z małżonków obarczone jest odpowiedzialnością za dzieci, dom, drugie zaś sądzi, że wypowiadanie niczym mantry kwestii „ja zarabiam, chcesz się zamienić?” załatwia wszystko. „Sznurówki” należy potraktować jak lekcję. Nigdy nie można niczego być pewnym. Nie wiem też czy stawianie wszystkiego na jedną kartę, poświęcanie swojego czasu, najlepszych lat, umiejętności i pozostawanie w domowym zaciszu, po to, aby druga osoba mogła spełniać się zawodowo jest idealnym rozwiązaniem. W sytuacji, jakiej doświadczyła Vanda na pewno nie. Bohaterka kochała, ufała, a została z niczym, dotkliwie zraniona, całkowicie upokorzona. 

Dzieci, o nich należy myśleć w pierwszej kolejności. Takie sytuacje jak zdrada, odejście jednego z rodziców, wieczne awantury i szarpaniny wpływają na ich psychikę, prowadzą do utraty stabilizacji, wiary w instytucję małżeństwa. Mogą powodować daleko idące konsekwencje w ich przyszłym, rodzinnym życiu. 

„Sznurówki” to powieść ciekawie skonstruowana. Autor przedstawia opisywaną historię z trzech punktów widzenia, zdradzanej żony, niewiernego męża i cierpiących dzieci. Najdobitniej całą tę sytuację po latach podsumowuje Anna, mówiąc: „Rodzice podsunęli nam cztery kolejne scenariusze, bardzo pouczające. Pierwszy: mama i tato młodzi i szczęśliwi, dzieci rozkoszują się rajskim ogrodem; drugi: tato znajduje sobie inną kobietę, mama odchodzi od zmysłów, dzieci tracą rajski ogród; trzeci: ojciec opamiętuje się i wraca do domu, dzieci próbują dostać się do ogrodu ziemskiego, mama i tata codziennie im dowodzą, że to daremny wysiłek; czwarty: dzieci odkrywają, że żaden ogród nigdy nie istniał i w życiu trzeba zadowolić się piekłem”. Bardzo pouczająca, a zarazem przygnębiająca powieść. Polecam. 

„Sznurówki” Domenico Starnone 
tłumaczenie: Stanisław Kasprzysiak 
tytuł oryginału: Lacci 
data wydania: 10 maja 2017 
ISBN: 9788328044357 
liczba stron: 221

sobota, 10 czerwca 2017

„Całe życie” Robert Seethaler

„Gdy człowiek jest szczęśliwy, żyje w harmonii z samym sobą i swoim otoczeniem.” 
Oscar Wilde 

foto: Wydawnictwo Otwarte


Robert Seethaler jest austriackim pisarzem, scenarzystą i aktorem. W dzieciństwie cierpiał na bardzo silną wadę wzroku (- 19 dioptrii), z tego powodu uczęszczał do szkoły podstawowej dla dzieci niedowidzących. Szkołę aktorską ukończył w Wiedniu, grywał w tamtejszych produkcjach telewizyjnych oraz sztukach teatralnych. W 2015 roku zagrał epizodyczną rolę w filmie „Młodość” Paolo Sorrentino, u boku Rachel Weisz. Powieść „Całe życie”, w ubiegłym roku, znalazła się na krótkiej liście do Międzynarodowej Nagrody Bookera (Seethalera pokonała wówczas Han Kang i jej rewelacyjna powieść „Wegetarianka”). 

Andreas Egger niemal całe życie spędził w wiosce u podnóża austriackich Alp. Opuścił rodzinne strony tylko na czas wojny i niewoli w łagrze, w Woroszyłowgradzie (obecnie Ługańsk). Dorastał pod czujnym okiem brutalnego i niestroniącego od kar cielesnych wuja. Właśnie za sprawą niegodziwości krewnego stał się kaleką. Uczył się dość przeciętnie. Należy przyznać, że ani czytanie ani komponowanie dłuższych wypowiedzi nie należało do jego ulubionych zajęć. Od początku był cichy, zamknięty w sobie, milczący. Niemniej jednak bywał błyskotliwy, jak wtedy, gdy starał się o rękę Marie i namówił kolegów z pracy do ułożenia płonącego napisu na zboczu stoku, który podbił serce narzeczonej. 

Andreas obserwował jak w życie spokojnej wioski wkrada się nowoczesność, postęp. Był jednym z najbardziej solidnych i wytrzymałych pracowników kompanii zajmującej się budową kolejek linowych i infrastruktury dla narciarzy. Po powrocie z Rosji zaczął najmować się odwiedzającym wioskę turystom jako górski przewodnik. 

Choć Eggera nie omijały nieszczęścia i trudy, począwszy od dzieciństwa u surowego wujostwa, a skończywszy na lawinie, która odebrała mu to, co najcenniejsze, bohater potrafił iść przez życie z uniesioną głową, pogodzony z losem, cokolwiek ten przyniesie. Zupełnie jakby realizował wizję zawartą w wierszu „Odys” Leopolda Staffa, którego fragment brzmi: 

Niech cię nie niepokoją 
Cierpienia twe i błędy. 
Wszędy są drogi proste 
Lecz i manowce wszędy. 

O to chodzi jedynie, 
By naprzód wciąż iść śmiało, 
Bo zawsze się dochodzi 
Gdzie indziej, niż się chciało. 


Andreas Egger przeżył wojnę, niewolę, doświadczył miłości, ale i utracił najbliższych, ciężko pracował i nigdy nie narzekał na swój los. Przede wszystkim żył tak, jak chciał i jak potrafił, to spowodowało, że w chwili śmierci umierał spełniony, szczęśliwy. „Całe życie” to nie tyle piękna opowieść o zwykłym, prostym człowieku, to historia prostolinijnego bohatera, który w monotonii życia, samotności, oddany ciężkiej pracy fizycznej wiedzie spokojne, szczęśliwe życie. Ilu z nas może poszczycić się tym samym? 

„Całe życie” Roberta Seethalera to nie jest książka rewelacyjna, z której bucha geniusz autora. Niemniej jednak warto docenić tę oszczędną w słowach krótką opowieść o afirmacji życia, prostotę języka, mnogość wzruszających scen oraz zwykłego - niezwykłego bohatera. 

„Całe życie” Robert Seethaler 
tłumaczenie: Ewa Kochanowska 
tytuł oryginału: Ein ganzes Leben 
data wydania: 22 maja 2017 
ISBN: 9788375154412 
liczba stron: 184

piątek, 2 czerwca 2017

„Ludzie z Placu Słońca” Aleksandra Lipczak

„Wróg nie nosi już munduru: dziś jest to inflacja, bezrobocie, brak poczucia bezpieczeństwa, niezadowolenie.” 
„Mauricio, czyli wybory” Eduardo Mendoza 

foto: Dowody na Istnienie


„Ludzie z Placu Słońca” to debiut reporterski Aleksandry Lipczak, a zarazem kolejna książka wydawnictwa Dowody na Istnienie, na którą należy zwrócić w tym roku uwagę, po znakomitych „Wszystkich dzieciach Louisa” Kamila Bałuka. 

Kiedy wyobrażamy sobie Hiszpanię, z reguły przed oczami mamy obraz pięknych, zadbanych miast, słonecznych plaż, kolorowej i smacznej paelli na talerzu, a w kieliszku nasz wzrok cieszy widok orzeźwiającej sangrii. W uszach zaś brzmi flamenco bądź sardana, tańczona przez mieszkańców na palcu przed katedrą w Barcelonie. Ci, którzy podróżowali po Hiszpanii często wracają myślami do Kordoby i meczetu z wybudowaną w środku katedrą, Rondy i Hemingwaya, osiołkowego taxi z Mijas, kościoła Sagrada Familia, Parku Güel, muzeum Picassa w Maladze, madryckiego Prado, czy zespołu pałacowego w Grenadzie, żeby wymienić kilka najważniejszych atrakcji turystycznych i zabytków. Jednak Hiszpania to nie tylko kraj wiecznej szczęśliwości i słońca, a ten mit, powielany często w folderach biur podróży, stara się obalić Aleksandra Lipczak w swoim reportażu. 

Zbiór tekstów z książki „Ludzie z Placu Słońca” przypomina andaluzyjską mozaikę, mnóstwo drobnych elementów tworzy tu doskonałą całość. Zaczynamy lekturę mocnym, iście Springerowskim tekstem o miastach- widmach i postaci najsłynniejszego kanalarza, a następnie potentata rynku budowlanego, Francisco Hernando. Okazuje się, że podobnie jak w Polsce, również w Hiszpanii swego czasu rynek mieszkaniowy działał bez składu i ładu ani jakiegokolwiek planu zagospodarowania przestrzennego. Normą było budowanie wielkich osiedli bez dróg dojazdowych czy dostępu do podstawowych użyteczności, chociażby wody, na środku pustyni (przykładem może być tu opisywana przez autorkę Seseña). Kolejne przedstawiane problemy, takie jak życie na kredyt, eksmisje, w momencie niemożności spłaty zadłużenia, również przypominają nam sytuacje znane z naszego, polskiego podwórka. 

Bardzo ciekawe są teksty dotyczące hiszpańskiej wojny domowej, okresu rządów generała Franco, machismo, a także powstania i rozwoju hiszpańskiej Falangi, w 1933 roku. Niektórzy starsi czytelnicy zapewne pamiętają, jak po okresie zamordyzmu i skrajnego katolicyzmu, odbierania dzieci wrogom politycznym i rozwódkom, licznych represji, nastąpiła odwilż i przebudzenie. Totalna liberalizacja poglądów i życia za rządów premiera Zapatero spowodowała, że Hiszpania jako trzeci kraj w Europie zalegalizowała małżeństwa tej samej płci i adopcję dzieci przez pary o orientacji homoseksualnej. O tym opowiada Aleksandra Lipczak w tekście na temat Campillo de Ranas. To znakomita lekcja tolerancji dla całego świata. 

Równie interesujące są wzmianki o panowaniu Arabów w Al- Aldalus, o ogromnej bibliotece kalifa Al- Hakama II, o próbach uzyskania niepodległości i referendach w Katalonii, o przebywającym przeszło trzydzieści lat w ukryciu więźniu politycznym, Manuelu Cortezie (swoją drogą ukrywał się właśnie w malutkim miasteczku Mijas, na Costa del Sol). Wisienką na torcie są opowieści o słynnym hiszpańskim pisarzu Antoniu Mũnoz Molinie (polecam „We mgle czasów”, „Zimę w Lizbonie”, „Wiatr księżyca”) oraz katalońskiej autorce, Mercé Rodoredzie i jej najważniejszej powieści – „Diamentowym placu”. Aleksandra Lipczak wspomina także między innymi początki reżyserskiej kariery Pedro Almodóvara. Znakomitym zabiegiem stylistycznym są fragmenty, w których autorka wymienia autentyczne nagłówki z hiszpańskiego dziennika El País, ma to miejsce dwukrotnie w odniesieniu do bezrobocia w Hiszpanii. 

W tekście „Granica Południe” czytelnik odnajdzie informacje na temat polityki migracyjnej Hiszpanii. Mowa o wielkim ogrodzeniu, siatce składającej się z wielu elementów, zlokalizowanej na granicy hiszpańsko-marokańskiej. Stalowe liny, czujniki ruchu, oślepiające reflektory, które aktywuje alarm z owych czujników oraz chyba najstraszniejsza rzecz- koncertina, czyli drut kolczasty zakończony żyletkami. Zabezpieczenia te oddzielają między innymi ekskluzywne pole golfowe od ośrodków, w których koczują uchodźcy, znajdujących się po drugiej stronie ogrodzenia. Czy Europa rzeczywiście potrzebuje koncertiny? Czy to jedyny sposób by bronić naszych granic? 

Książka „Ludzie z Placu Słońca” Aleksandry Lipczak to interesujące studium tak współczesnej, jak i przeszłej Hiszpanii. Lektura ta jest zdecydowanie warta polecenia. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wytknęła na koniec jakiegoś ale…Autorka wspomina książkę Normana Lewisa, nosi ona tytuł „Głosy starego morza”, a nie „Opowieści starego morza”. 

Bardzo dziękuję wydawnictwu Dowody na Istnienie za egzemplarz recenzyjny. 

„Ludzie z Placu Słońca” Aleksandra Lipczak 
data wydania: 4 maja 2017 
ISBN: 9788379995982 
liczba stron: 256

sobota, 20 maja 2017

Warszawskie Targi Książki 2017

W czwartek, na Stadionie Narodowym w Warszawie, rozpoczęło się święto, które łączy księgarzy, wydawców, pisarzy, blogerów, dziennikarzy, czytelników, słowem wszelkich miłośników literatury. Warszawskie Targi Książki będą trwały cztery dni, od 18 do 21 maja. Gościem honorowym tegorocznej, ósmej już edycji, są Niemcy. 

foto: archiwum własne

Już po raz trzeci udałam się na Targi oficjalnie jako blogerka (trzy lata temu korzystałam z zaproszenia). Pojawiłam się na Stadionie Narodowym w sobotę około 12.00 i praktycznie od razu mogłam wyruszyć na łowy. Nie ma bowiem, podobnie jak w zeszłym roku specjalnej rejestracji, która generowała niepotrzebne kolejki, blogerzy dostają wcześniej bilety za pośrednictwem poczty elektronicznej, co uważam za ogromne udogodnienie. Kolejna pozytywna zmiana, którą zauważyłam od razu to fakt, że w zasadzie na wszystkich odwiedzanych przeze mnie stoiskach dostępna jest opcja płatności kartą. W bufecie można zaś upolować pyszne sałatki, kanapki, owoce i kawę, a kolejki nie są przerażająco długie, więc nie grozi nam śmierć głodowa w pogoni za wielką literaturą. 

foto: archiwum własne

foto: archiwum własne

foto: archiwum własne
foto: archiwum własne

Ja starałam się unikać tłumów, chociaż podczas tradycyjnego Dnia Reportażu jest to praktycznie niewykonalne, przechadzałam się nieśpiesznie pomiędzy stoiskami. Odwiedziłam między innymi Wydawnictwo IV Strona, Dom Wydawniczy Rebis, Wydawnictwo Znak, Wydawnictwo Czarne, Wydawnictwo Muza, stoisko Grupy Wydawniczej Foksal, Dowody na Istnienie, Książkowe Klimaty. Chociaż miałam ze sobą wizytówki specjalnie przygotowane na tę okazję nie mogłam się przemóc, żeby rozdawać je napotkanym wydawcom, czy autorom. Jednak nie jestem tak odważna, jak mi się wydawało. Widziałam wielu pisarzy, do których zwyczajnie nie miałam śmiałości podejść, ale Pani Kasi Bondzie po prostu musiałam powiedzieć chociaż skromne „dzień dobry”. Jak co roku przygotowałam listę książek, które zamierzałam zakupić (tylko 10 pozycji !!!!). Plan nie do końca się powiódł, gdyż zapomniałam swoich notatek z domu. W rezultacie z targów wróciłam z dziewięcioma książkami, w tym z pięcioma z listy. 

zdobycze targowe
foto: archiwum własne

Sobota, jak już wspominałam, jest rokrocznie na targach Dniem Reportażu, w sali LONDYN A odbywały się spotkania autorskie z tegorocznymi finalistami Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego oraz rozmowy z nominowanymi tłumaczami. Natomiast w sali LONDYN C miało miejsce spotkanie wokół książki „Islam. Jedenasta plaga” Hege Storhaug, które miał prowadzić Piotr Ibrahim Kalwas. Tymczasem Pani Storhaug przygotowała prezentację, na podstawie której wygłosiła krótki wykład, mający na celu utwierdzenie słuchaczy w przekonaniu, że islam to totalitaryzm i źródło wszelkiego zła, należy przywrócić granice i kontrole w Europie etc., inaczej czeka nas zagłada. Na samym początku zaś norweska dziennikarka stwierdziła, że w Polsce bardzo się jej podoba, ponieważ jest „czysto” i to dobrze, że nie daliśmy się wciągnąć w problemy, które są udziałem innych europejskich krajów. Lekki dysonans poznawczy odczuwałam patrząc na zdjęcia Marsylii, w roku 2013 (podobnie jak autorka książki) odwiedziłam to piękne, portowe miasto i byłam zachwycona architekturą oraz ludźmi, blokowiska wybudowane przez Le Corbusiera również widziałam z bliska i nie, nie musiałam zakładać hidżabu. Słuchając wypowiedzi Hege Storhaug czułam się tak, jakbyśmy zwiedzały dwie, diametralnie różniące się metropolie. 

spotkanie z Hege Storhaug
foto: archiwum własne


Zaraz po tej prelekcji przeniosłam się do sali LONDYN A, żeby uczestniczyć w spotkaniu z Edem Vulliamym, które prowadziła Milłada Jędrysik. Ideologicznie to był zwrot o 180 stopni. Można było posłuchać ciepłego, otwartego człowieka, który wiele ryzykował w pogoni za poszukiwaniem prawdy i sprawiedliwości. Który bez zażenowania krytykował polski, węgierski, amerykański i brytyjski rząd za mowę nienawiści, stwarzanie sztucznych podziałów, populistyczne hasła. To była naprawdę ciekawa, błyskotliwa i wciągająca rozmowa. 

spotkanie z Edem Vulliamym
foto: archiwum własne


Pamiętajcie, że targi trwają tylko do 21.05!




foto: archiwum własne
Do zobaczenia za rok!

czwartek, 11 maja 2017

„Milionerka. Zagadka Barbary Piaseckiej Johnson” Ewa Winnicka

„Pieniądze nie kupią szczęścia człowiekowi, który nie ma pojęcia, czego chce: pieniądze nie zapewnią mu systemu wartości, jeśli nie wie, co jest dla niego wartością, ani nie dostarczą mu celu, jeśli się nie zdecydował, ku czemu zmierzać. Pieniądze nie kupią inteligencji głupcowi, podziwu – tchórzowi, szacunku – nieudacznikowi. Człowiek usiłujący kupić mózgi tych, którzy go przewyższają, aby mu służyły, zastępując ocenę pieniędzmi, ostatecznie pada ofiarą gorszych od siebie. Ludzie inteligentni go opuszczają, ale oszuści zlatują się do niego, zwabieni zasadą, której nie odkrył: że nikt nie może być wart mniej niż jego pieniądze.” 
„Atlas zbuntowany” Ayn Rand 


foto: Wydawnictwo Znak



Ewa Winnicka, dziennikarka, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, jest autorką znakomitych książek: „Londyńczycy”, „Angole” oraz „Nowy Jork zbuntowany”. Czytelnicy mogli również zapoznać się z tekstami autorki sięgając po „Politykę”, „Tygodnik Powszechny” czy „Duży Format”. Reporterka została dwukrotnie uhonorowana nagrodą Grand Press za teksty o tematyce społecznej, jest również laureatką Okularów Równości, a w 2015 roku otrzymała Nagrodę Literacką Gryfia. Dodatkowo warto nadmienić, że to właśnie Ewa Winnicka „odkryła” dla literatury faktu mieszkającą na co dzień w Belfaście Aleksandrę Łojek, autorkę książki „Belfast. 99 ścian pokoju”. 

„Milionerka” to opowieść o losach jednej z najbogatszych kobiet na świecie, filantropce, koneserce i kolekcjonerce sztuki- Barbarze Piaseckiej Johnson. Ewa Winnicka tworzy ze wspomnień pracowników, znajomych, służących Państwa Johnsonów oraz akt głośnego procesu spadkowego interesujący kolaż. 

Barbara Piasecka urodziła się w 1937 roku w Staniewiczach, w rodzinie rolników. Nie miała łatwego dzieciństwa, w domu brakowało pieniędzy i podstawowych dóbr. Gdy była małą dziewczynką znalazła się w samym środku wojennej zawieruchy, rodzina często zmieniała miejsce zamieszkania. Popłoch, strach, niepewność jutra to uczucia, z którymi musiała się zmagać Barbara Piasecka od najmłodszych lat. Choć na świadectwie dojrzałości, a potem na studiach oceny ma przeciętne to od momentu rozpoczęcia nauki na Wydziale Historii Sztuki (kolejno studiowała rolnictwo, potem filozofię, zdawała również bez powodzenia na biologię) następuje przemiana. Recenzenci chwalą pracę magisterską Piaseckiej, mówią o jej ambicji i dobrej orientacji w sztuce europejskiej. Zresztą podobno to właśnie owa znajomość sztuki połączyła Państwo Johnsonów i Barbarę wywindowała od pozycji pokojówki do kuratorki kolekcji sztuki pana domu. 

Powtarzana często anegdotka mówi, że gdy Seward Johnson zachwycał się świeżo nabytym obrazem, Piasecka poczyniła uwagę, że jest on dziełem ucznia, a nie mistrza, któremu owo płótno było przypisywane. Udowodniła swoją rację za pomocą datowania obrazu i wskazała na fakt, że przyszły małżonek słono przepłacił za dzieło. Taki był początek romansu Barbary Piaseckiej i starszego o przeszło czterdzieści lat Johnsona. I naprawdę chciałabym wierzyć w tę romantyczną opowieść, ale… 

Syn miliardera, Seward Junior utrzymuje, że ojciec, zanim poznał Piasecką, niespecjalnie interesował się sztuką. „Rysunek krowy na drzwiach stodoły- z tym miał do czynienia.” Potem, w jesieni jego życia pod wpływem Barbary zaszła w Sewardzie diametralna przemiana, zaczął kupować dużo, drogo i z rozmachem- Mondriana, Cézanne’a, Picassa. Każdy kaprys Barbary był zaspokajany. Miłość, zaślepienie? Czy ktoś taki jak Seward Johnson mógł prawdziwie kochać? (o tym, co przeżył w młodości, a co wiele mówi o jego późniejszych zachowaniach, Czytelnik dowie się podczas lektury "Milionerki"). Wreszcie czy Barbara rzeczywiście kochała męża czy jednak jej uczucia były wprost proporcjonalne do osiąganych korzyści majątkowych? W końcu to ona powiedziała, że „jeśli wróci, to tylko Rolls- royce’em”, gdy opuszczała kraj, w 1967 roku. 

W „Milionerce” Ewa Winnicka przytacza wypowiedzi osób, którym Piasecka udzieliła pomocy, nie tylko finansowej. Jej pracownicy w większości mówią o niej jak o sprawiedliwej, lecz chimerycznej szefowej. Charakterystyczne były jej wybuchy gniewu, ataki furii nie trwały jednak długo. Była perfekcjonistką, podczas budowy posiadłości Jasna Polana wielokrotnie kazała burzyć ściany i tworzyć je od nowa, bo nie odpowiadał jej uzyskany odcień marmuru. Inny wizerunek filantropki wyłania się z wypowiedzi tych, którym Piasecka nie udzieliła pomocy lub od których się odwróciła z sobie tylko wiadomych przyczyn. Wskazywane jest jej chłopskie pochodzenie, awans społeczny z pokojówki do roli wielkiej pani, który nie wyplenił jednak całkowicie pewnej naturalności, przaśności wręcz. Dzieci i wnuki Johnsona, które podjęły walkę o spadek naturalnie określają macochę jako „koszmar, w który wpędził rodzinę Seward”. Jaka była naprawdę? Dlaczego wszyscy pamiętają skandale, a niewielu wie o jej dobrych uczynkach? Stypendiach, które fundowała, wystawach dzieł sztuki, które organizowała albo specjalnych ośrodkach dla dzieci z autyzmem. Lepiej zapewne wypominać te nieudane próby, jak ratowanie Stoczni Gdańskiej czy Biblioteki Polskiej w Paryżu. 

Lektura „Milionerki” nie zmieniła zanadto mojego postrzegania Barbary Piaseckiej, natomiast na pewno pod koniec czytania książki zaczęłam jej współczuć - destrukcyjnych ludzi otaczających ją zewsząd, tego zagubienia i samotności, i majątku, pieniędzy, którymi chcieli z zupełnie niewiadomych przyczyn dysponować wszyscy wokół, a ona tkwiła w tym bagnie, wiecznie niedoceniona. Lepiej nie mieć za dużo...Polecam uwadze reportaż Ewy Winnickiej. 
Jedyna moja uwaga jest taka, że w Monako panują Grimaldi, a nie Garimaldi (błąd na stronie 309). 

„Milionerka. Zagadka Barbary Piaseckiej Johnson” Ewa Winnicka 
data wydania: 27 marca 2017 
ISBN: 9788324041015 
liczba stron: 384

piątek, 28 kwietnia 2017

„Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki” Wolfgang Bauer

„Terroryzm umożliwia dyscyplinarne interwencje tam, gdzie nadmiar demokracji utrudnia rządzenie.” 
„Semiologia życia codziennego” Umberto Eco 

foto: Wydawnictwo Czarne


Wolfgang Bauer jest niemieckim dziennikarzem, korespondentem wojennym i reporterem „Die Zeit”. Polscy czytelnicy zapewne pamiętają książkę autora, „Przez morze. Z Syryjczykami do Europy”, wydaną w zeszłym roku przez Wydawnictwo Czarne, wzbogaconą o wspaniałe fotografie Stanislava Krupara (więcej na temat tej lektury znajduje się w moim wpisie na blogu – tu). 

W reportażu „Porwane” Wolfgang Bauer opisuje powstanie, działalność i niebezpieczeństwa związane z jedną z najbardziej tajemniczych i krwawych sekt, operującą głównie na terenie Nigerii i państw sąsiednich, organizacją terrorystyczną, nazywaną „Boko Haram”. Punktem wyjścia tej opowieści reporterskiej są wydarzenia z nocy z 14 na 15 kwietnia 2014 roku, kiedy to z internatu w mieście Chibok bojownicy „Boko Haram” uprowadzili dwieście siedemdziesiąt sześć dziewcząt (do tej pory większość z nich nie wróciła do domu). 

Cały świat nagle zwrócił swe oczy ku Nigerii i jej problemom, a informacje o sekcie, jej brutalnych metodach działania, ideologii i postulatach politycznych znalazły się na pierwszych stronach gazet. Sławne osobistości publikowały zdjęcia opatrzone hasztagiem #bringbackourgirls. Pojawiały się głosy o potrzebie międzynarodowej interwencji zbrojnej na terenie Nigerii, organizowano szczyty celem ratowania dziewcząt. Parlament Europejski wydał między innymi rezolucję z dnia 17 lipca 2014 roku w sprawie Nigerii, dotyczącą zamachów dokonywanych przez „Boko Haram”, a wcześniej rezolucję dotyczącą sytuacji w Nigerii organ ten wydał 15 marca 2012 roku. 

Szok nie trwał jednak zbyt długo, wkrótce sytuacja na północnym wschodzie Nigerii przestała wzbudzać aż takie emocje. Problem pozostał nierozwiązany. Wtedy to o los zapomnianych dziewcząt upomniał się Wolfgang Bauer. Autor w towarzystwie fotografa i tłumacza przeprowadził wywiady z ponad sześćdziesięcioma dziewczętami i kobietami, którym udało się uciec z niewoli „Boko Haram”. Te relacje, spisywane często zaledwie kilka dni po odzyskaniu wolności przez rozmówczynie, rzucają nieco światła na zbrodnie „Boko Haram”, brutalność jej członków, mówią o życiu wewnętrznym tej organizacji. Jednak najważniejsze pytania takie jak sposób zarządzania sektą, źródła finansowania, sposób podejmowania decyzji, nadal pozostają bez odpowiedzi. 

Nazwa „Boko Haram” wywodzi się z języka hausa, to tradycyjne narzędzie międzyetnicznego porozumiewania się w Nigerii. „Boko” to wersja angielskiego słowa „book”, „haram” zaś oznacza w języku arabskim „zakazany”. Można zatem tę nazwę przetłumaczyć jako „książki są zakazane”, „zachodnia edukacja jest zakazana” albo ogólniej „zepsuta kultura Zachodu jest zakazana”, choć to również będzie pewne uproszczenie, bowiem „Boko Haram” neguje całość europejskiego dziedzictwa kulturowego zaszczepionego Nigerii przez brytyjskich kolonizatorów. Wiemy na pewno, że strukturę i ideologię sekta zyskała w 2002 roku, wtedy to pozycję lidera organizacji objął Ustaz Mohammed Yusuf (ważna postacią jest także Abubakr Shekau). 

„Boko Haram” żąda utworzenia kalifatu, gdzie obowiązującym prawem stanie się szariat. Przedstawiciele świata zachodniego mają zostać wydaleni z kraju, a wszelkie wytwory zachodniej cywilizacji zniszczone. Wrogami organizacji nie są jedynie „niewierni” i obcokrajowcy, ale także przedstawiciele skorumpowanego rządu, wymiaru sprawiedliwości czy administracji. Zakazane mają być europejskie stroje, tytoń, alkohol, muzyka, filmy oraz dominacja u władzy przedstawicieli południowych plemion. Tutaj polityka rzeczywiście odgrywa, oprócz religii bardzo istotną rolę. Rząd Nigerii dolewał jeszcze oliwy do ognia, gdyż łamał zasadę rotacyjności prezydentury. Według tego zwyczaju po chrześcijańskim prezydencie wywodzącym się z południa kraju, władzę powinien objąć muzułmanin z północy. Tymczasem długi czas sprawował władzę prezydent Goodluck Jonathan (południe), który objął stanowisko po poprzedniku Umarze Musa Yar’Adudzie (panował zaledwie trzy lata, ze względu na chorobę opuścił kraj), wywodzącym się z tej samej partii politycznej PDP (Ludowa Partia Demokratyczna), a wcześniej przez dwie kadencje władzę sprawował Oluseguna Obasanjo (południe). Od 29 maja 2015 roku prezydentem jest Muhammadu Buhari. 

„Boko Haram” prawdopodobnie dąży do wskrzeszenia imperium Kanem- Borno. Było to państwo, które obejmowało swoim terytorium dzisiejszy Czad, Niger, Kamerun i Nigerię, istniało między VII a XIX wiekiem. Co ciekawe, obszar działalności sekty pokrywa się częściowo z mapą sułtanatu sprzed stuleci. Istnieją doniesienia, że w 2015 roku liczba członków „Boko Haram” przekroczyła trzydzieści tysięcy i stale rośnie. Organizacja odnosi sukcesy nie tylko za sprawą terroru. Nigeria jest krajem o ogromnym rozwarstwieniu ekonomicznym. Bieda, brak perspektyw, brak szans na awans społeczny czy ekonomiczny popycha, zwłaszcza ludzi młodych, do szukania „sprawiedliwości” w łonie sekty. 

„Boko Haram” finansowana jest poprzez datki sympatyków, być może także organizacji terrorystycznych spoza Afryki. Źródłem pieniędzy organizacji są również dobra zagrabione podczas napadów na wsie i miasta, okupy płacone za porwanych cudzoziemców oraz handel żywym towarem, głównie porwanymi kobietami. 

Książka „Porwane” jest zapisem relacji kobiet, ich cierpienia. Bojownicy nie tylko uprowadzili dziewczęta, kobiety, ale również wielokrotnie bili, wykorzystywali seksualnie, zmusili do przejścia na islam i ożenku wbrew ich woli. Wiele z nich, po odzyskaniu wolności, musi zmierzyć się z kolejnym problemem – niechcianą ciążą. Choć Wolfgang Bauer starał się wyłuskać wiele informacji z relacji porwanych, to często trauma kobiet jest tak wielka, że nie są w stanie przypomnieć sobie szczegółów uprowadzenia i niewoli. Część z nich przetrzymywana była w zamknięciu, bez kontaktów ze światem zewnętrznym. Inne wprawdzie mogły przebywać na odkrytym terenie, ale w głębi dzikiego, nieokiełznanego lasu, na bagnach Sambisy, skąd ucieczka była niemożliwa. 

Reportaż Wolfganga Bauera jest świadectwem odwagi kobiet, ich siły i determinacji. Jednocześnie przedstawia słabość i obojętność Zachodu w obliczu terroru, który tylko w teorii nie stanowi zagrożenia dla Europy. Kto nam zagwarantuje, że jakiś „samotny wilk” z „Boko Haram” czuły na ideologię Państwa Islamskiego nie zaatakuje w którejś z europejskich stolic? To nie jest tylko problem Nigerii i państw ościennych. Nigeryjskie władze pomimo swej brutalnej odpowiedzi na działania „Boko Haram” nadal nie potrafią znaleźć wyjścia z sytuacji, a przemoc wobec cywili narasta po obu stronach konfliktu. Doskonałym uzupełnieniem książki są przepiękne czarno-białe fotografie autorstwa Andy’ego Spyra. Polecam. Dodatkowo zachęcam do przeczytania tekstu, który dla Biura Analiz Sejmowych przygotował dr Błażej Popławski, zatytułowanego „Boko Haram- ideologia i działalność”. 

„Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki” Wolfgang Bauer 
tłumaczenie: Elżbieta Kalinowska 
zdjęcia: Andy Spyra 
tytuł oryginału: Die geraubten Mӓdchen: Boko Haram und der Terror im Herzen Afrikas 
data wydania: 22 marca 2017 
ISBN: 9788380494640 
liczba stron: 208