wtorek, 28 listopada 2017

Literacka Stolica 2017

Sobota, 25 listopada 2017 roku, wpadam zdyszana, jak zwykle spóźniona, do Big Book Cafe. Widzę uśmiechnięte twarze miłośników literatury, wśród nich same piękne kobiety, a nie, przepraszam, jest też jeden rodzynek. Tak zaczyna się dla mnie pięć najprzyjemniejszych godzin początku weekendu – Literacka Stolica. 



Organizatorki, Ola (Parapet Literacki), Maja (Zaczytana do samego rana) i Klaudia (Z książką do łóżka), nieprzypadkowo wybrały na miejsce spotkania gościnne wnętrze kawiarni Big Book Cafe. Roi się tu naturalnie od książek, które możecie oglądać i pochłaniać na miejscu, w asyście smacznego cappuccino lub kupić i czytać w domowym zaciszu. Na ścianie prezentuje się piękny kolaż wielkich osobistości świata literatury, oczywiście z polskimi akcentami, a w miejscu, do którego król udawał się piechotą znajduje się kolejna atrakcja tej uroczej knajpki – gadający kibelek. 

foto: Piękne organizatorki spotkania oraz mistrz pierwszego planu - Rafał.
foto: Jedna ze ścian w Big Book Cafe.

foto: Jak zwykle zaczęłam od jedzenia :D

foto: Regały z książkami do poczytania na miejscu.


Dziewczyny zadbały o szczegóły spotkania, od samej idei, poprzez realizację, aż do obietnicy stworzenia cyklicznej imprezy. Odbyły się trzy ciekawe prelekcje. Pierwszą, dotyczącą budowania własnej marki wygłosił Rafał Hetman z bloga CzytamRecenzuje.pl, kolejna, przedstawiająca meandry kanału YouTube, została przygotowana przez Justynę Suchecką i Natalię Szostak, czyli dreamteam Krótka Przerwa. Ostatni mini wykład traktował o Instagramie, a poprowadziły go Diana Chmiel (Bardziej lubię książki niż ludzi) i Paula Sieczko (Rude recenzuje). 

foto: Ja też się załapałam na zdjęcie, tu z 1/2 Krótkiej Przerwy, Justyną Suchecką <3, zdjęcie dzięki Blair czyta.


Prelekcje były ciekawe, pojawiały się liczne pytania słuchaczy, niestety czas płynął nieubłaganie. Zabrakło go na lepsze wzajemne poznanie się, choć zapewne będziemy mieć jeszcze niejedną okazję zobaczyć się na żywo. Ostatnim punktem programu były oczywiście KSIĄŻKI, czyli prezenty, które dla uczestników spotkania przygotowały Wydawnictwa i nie tylko:

foto: Partnerzy Literackiej Stolicy

W spotkaniu, oprócz wymienionych wyżej organizatorek i prelegentów, brały udział następujące osoby:

Biblioteczka ciekawych książek - Daria
biblioteczkaciekawychksiazek.blogspot.com 
Kulturalny Karmnik - Patrycja
kulturalnykarmnik.pl  
Blair Czyta - Ewelina
www.blairczyta.pl 
Smooky subiektywnie - Magda
www.smooky.pl
Literackie skarby świata całego - Ania
www.literackie-skarby.blogspot.com 
Książkowe wyliczanki - Magdalena
www.ksiazkowewyliczanki.pl  
Książki widziane oczami Patiopei - Patrycja
www.ksiazki-patiopei.blogspot.com
Reading my love - Paulina
www.paulinakaleta.com 
Booklove - Marta
www.booklove.pl  
Księgarka na regale - Elwira
www.ksiegarka.pl 
Pełnia - Małgosia
www.pelnia.eu
Dwie strony kultury - Magda
www.dwiestronykultury.pl 
Kasia i Książki - Kasia
www.Kasiaiksiazki.blogspot.com 
Books and Cats Lover - Monika
www.booksandcatslover.blogspot.com 
The Carolina's Book - Karolina
www.thecarolinasbook.net
Poczytne - Kasia
www.poczytne.blogspot.com
Cztelniczy - Gosia
www.czytelniczy.blogspot.com 
martaspyrczak.pl - Marta
www.martaspyrczak.pl


Do zobaczenia za rok!
#literackastolica2017



foto: A to książki z mojej paczki :)

czwartek, 16 listopada 2017

„Był sobie chłopczyk” Ewa Winnicka

"— Czegoż bym nie oddała, aby ocalić dziecko — rzekła biedna kobieta. — Wypłaczę oczy moje, byleś mnie zaniosło do strasznego ogrodu śmierci." 
"Matka" Hans Christian Andersen 

foto: Wydawnictwo Czarne


Ewa Winnicka, dziennikarka, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, jest autorką znakomitych książek: „Londyńczycy”, „Angole”, „Milionerka. Zagadka Barbary Piaseckiej Johnson” oraz „Nowy Jork zbuntowany”. Czytelnicy mogli również zapoznać się z tekstami autorki sięgając po „Politykę”, „Tygodnik Powszechny” czy „Duży Format”. Reporterka została dwukrotnie uhonorowana nagrodą Grand Press za teksty o tematyce społecznej, jest również laureatką Okularów Równości, a w 2015 roku otrzymała Nagrodę Literacką Gryfia. Dodatkowo warto nadmienić, że to właśnie Ewa Winnicka „odkryła” dla literatury faktu mieszkającą na co dzień w Belfaście Aleksandrę Łojek, autorkę książki „Belfast. 99 ścian pokoju”. 

„Był sobie chłopczyk” to reportaż opowiadający historię małego Szymona z Będzina, zamordowanego przez rodziców i porzuconego w cieszyńskim stawie. Ewa Winnicka krok po kroku rekonstruuje wydarzenia, które doprowadziły do tragedii. Odpowiedź na pytanie czy można było uratować chłopca dziennikarka pozostawia czytelnikom. 

Chociaż wina rodziców nie budzi żadnych wątpliwości i nie ma tu miejsca na okoliczności łagodzące, to warto się zastanowić nad rolą instytucji państwowych w prezentowanej sprawie. W pierwszych latach życia dzieci, zwłaszcza uczęszczające do żłobków i przedszkoli, dosyć często chorują (do 10 infekcji rocznie) tymczasem Szymek był prawdziwym okazem zdrowia, nikt nie zastanawiał się nad tym, że od dłuższego czasu nie odwiedził lekarza. Zbliżały się terminy obowiązkowych szczepień, pisma dotyczące chłopca krążyły między przychodnią a MOPS-em, pracownicy mieli jednak inne, priorytetowe sprawy do rozwiązania. Jedynie policjanci, którzy usiłowali ustalić tożsamość chłopca porzuconego w stawie, stanęli na wysokości zadania i wytrwale, mimo ograniczonych środków finansowych, dążyli do odkrycia prawdy. 

Reportaż Ewy Winnickiej podzielony jest na trzy części. W pierwszej z nich autorka opisuje śledztwo prowadzone przez policjantów po odkryciu zwłok dziecka. Sprawa otrzymuje kryptonim „Jasiu”, zaangażowani są w nią początkowo policjanci z Komendy Powiatowej Policji w Cieszynie, następnie dołączają śledczy z kilku województw, aż wreszcie do poszukiwań rodziców chłopca włącza się Komenda Główna Policji. W miarę upływu czasu uwaga mediów i funkcjonariuszy skupiona na historii bezimiennego chłopca słabnie. 10 kwietnia 2010 roku dochodzi do katastrofy smoleńskiej, niewyobrażalnej tragedii, 24 stycznia 2014 roku w Sosnowcu zostaje porwana mała Madzia (później okaże się, że to matka, Katarzyna W. zamordowała dziewczynkę). Jednak policjanci z Komedy Powiatowej nie potrafią zostawić sprawy malca, cały czas szukają poszlak, nowych tropów, weryfikują informacje napływające do nich od potencjalnych świadków. Najbardziej bolesne jest to, że nikt nie zgłosił zaginięcia małego chłopczyka. 

Druga część książki poświęcona jest opisowi krótkiego życia Szymona, reporterka przedstawia także sylwetki rodziców chłopca. Może jakiś wpływ na zachowanie małżonków, agresję, miało trudne dzieciństwo? Dlaczego nie szukali pomocy w odpowiednich instytucjach? Dlaczego MOPS wiedząc o sytuacji matki Szymona (oprócz niego miała siedmioro dzieci, pięcioro z poprzedniego związku, choć warto w tym miejscu dodać, że ojciec chłopca również posiadał dzieci z innych związków) nie przyjrzał się baczniej tej rodzinie? Wygodniej było zapewne wypłacać pieniądze i nie szukać na siłę problemów. 

W trzeciej części Ewa Winnicka opisuje między innymi pewien zagadkowy telefon wykonany do MOPS-u przez sąsiadkę rodziców Szymona, która utrzymuje, że już bardzo długo nie widziała małego chłopca i jest pewna, że nie mieszka on z nimi. Ta krótka rozmowa jest punktem zwrotnym, od tego momentu pętla wokół rodziców dziecka się zaciska. Opisy zeznań matki i ojca Szymona, wzajemnie obarczających się odpowiedzialnością za śmierć syna są bardzo frustrujące. Zdumiewające, szokujące jest wręcz, opowiadanie, kto komu kiedy przyniósł jedzenie, wywlekanie jakichś trywialnych spraw. Ludzie, którzy zabili własne dziecko, kłócą się o tak nieprawdopodobne rzeczy, że od razu nasuwa się pytanie czy w ogóle powinni byli zostawać rodzicami? 

Podczas lektury reportażu „Był sobie chłopczyk” wielokrotnie zdarzyło mi się ocierać łzy, narastała też we mnie złość i frustracja. Tyle uwagi i zaangażowania poświęcamy ratowaniu życia poczętego, niektórzy prominentni politycy słyszą nawet krzyki zarodków, a jakoś nie starcza nam energii na ochronę już urodzonych, żywych dzieci. I to ochronę przed osobami, które paradoksalnie powinny roztoczyć nad nimi najczulszą opiekę. Książka Ewy Winnickiej jest doskonale napisana, jednak ze względu na tematykę czyta się ją ciężko, nie sposób uniknąć emocjonalnego szoku (zwłaszcza, jeśli mamy dzieci w podobnym wieku). Chociaż w zasadzie powinni przeczytać ją wszyscy, to ja polecam ją czytelnikom o mocnych nerwach. Znakomitym uzupełnieniem całości są fotografie Magdaleny Wdowicz-Wierzbowskiej.

„Był sobie chłopczyk” Ewa Winnicka 
data wydania: 11 października 2017 
ISBN: 9788380495814 
liczba stron: 208

sobota, 28 października 2017

„Śpiąca królewna z Tysiąca i jednej nocy” Tahar Ben Jelloun

„W tamtych czasach wszechwładnie rządzili odziani w czarne szaty, uzbrojeni w miecze i strzelby brodacze; prześladowali mężczyzn, którzy nie chodzili regularnie do meczetu, kamieniowali kobiety, które ośmielały się ich prowokować swobodnymi strojami. Zabraniali dziewczynkom chodzić do szkoły i sprawowali ścisłą kontrolę nad edukacją chłopców, którzy mogli otrzymywać wyłącznie wykształcenie religijne. Brodacze stanowili sektę; nazywano ich Świętoszkami, ponieważ twierdzili, że działają w imię religii, lecz zajmowali się przede wszystkim handlem narkotykami.” 
„Dziewczynka w czerwonej burce” Tahar Ben Jelloun 


foto: Oficyna Naukowa


„Śpiąca królewna z Tysiąca i jednej nocy” to świeże i zaskakujące spojrzenie na znane czytelnikom baśnie Charles’a Perraulta. Tahar Ben Jelloun nie tylko wzbogacił opowieści francuskiego arystokraty o pierwiastek orientalny, zadbał również o uwspółcześnienie wielu historii, niektóre z nich zyskały dzięki temu wymiar polityczny. 

W wielu baśniach, umieszczonych w omawianym zbiorze, autor zachowuje strukturę, ale odchodzi od znanego nam tekstu. Tak jest chociażby w przywoływanej przeze mnie w cytacie wstępnym „Dziewczynce w czerwonej burce”, gdzie antagonistą głównej bohaterki nie jest wilk, lecz człowiek, członek sekty „Świętoszków”. Co więcej bajka ta ma zupełnie inne zakończenie, Tahar Ben Jelloun wyposaża młodą kobietę w odwagę, waleczność, zdecydowanie i spryt, cechy w kulturze arabskiej tradycyjnie przypisywane mężczyznom. To pozwala jej wyjść zwycięsko z potyczki z niebezpiecznym brodaczem. 

W „Sinobrodym” autor również ukazuje zniekształcony obraz islamu, tym razem za sprawą sekty „sinych ludzi z gór”. Bractwo to czyniło kobiety odpowiedzialnymi za całe zło szerzące się na świecie, w związku z tym zwalczało i likwidowało płeć piękną. Sinobrodzi porywali z wioski kobiety, następnie w swojej siedzibie, na pobliskiej górze, gwałcili je i strącali w przepaść. 

Postać wróżki w „Kopciuszku” wzorowana jest na marokańskiej księżniczce, która walczyła o prawa kobiet - Lalli Ajszy, żyjącej w latach 1931 - 2011. W bajce tej możemy także odnaleźć elementy bardzo postępowego kodeksu prawa rodzinnego, obowiązującego w Maroku. Ten zbiór praw zwany Mudawaną, jak na kraj muzułmański jest bardzo liberalny. Zgodnie z nim kobieta doświadczająca przemocy ze strony męża może wnieść przeciw niemu oskarżenie, co więcej kobieta i mężczyzna mają równe prawa do majątku, i opieki nad dziećmi w przypadku rozwodu (kobieta, podobnie jak mężczyzna może wystąpić o unieważnienie małżeństwa), zniesiono również obowiązek posłuszeństwa żony względem męża. Ponadto na przysposobienie sobie kolejnej żony przez mężczyznę musi, poza sędzią, wyrazić zgodę pierwsza małżonka. Prawo do dziedziczenia po ojcu mają zarówno chłopcy, jak i dziewczynki. Mężczyzna ponosi również odpowiedzialność za dzieci niebędące owocem związku małżeńskiego. 

Cały zbiór „Śpiąca królewna z Tysiąca i jednej nocy” składa się z dziesięciu baśni i opatrzony jest przedmową napisaną przez autora, w której wyjaśnia on genezę powstania tej książki (a raczej projektu, bo jest to dzieło w dużej mierze odtwórcze). Wszystkie opowieści łączy jedno: wszędzie i w każdych okolicznościach trzeba zachować trzeźwy osąd i czujność. Od zarania dziejów człowiek odnosił się do bliźniego nie tyle jak drapieżne zwierzę, ile po prostu, wierny samemu sobie, jak „człowiek do człowieka”, siejąc jeszcze straszniejsze spustoszenia. Polecam. 

„Śpiąca królewna z Tysiąca i jednej nocy” Tahar Ben Jelloun 
tytuł oryginału: Mes contes de Perrault 
tłumaczenie: Katarzyna Marczewska 
data wydania: maj 2017 
ISBN: 9788364363795 
liczba stron: 184

czwartek, 26 października 2017

„O mojej matce” Tahar Ben Jelloun

„Jesteśmy wszyscy wokół niej, a ona nas nie widzi. Jeden z moich braci się denerwuje. Po co? Trzeba zrezygnować z poszukiwania logiki w tym wszystkim i być tu, nawet, jeśli ona nie zdaje sobie sprawy z tego, że jesteśmy przy niej.” 
„O mojej matce” Tahar Ben Jelloun 

foto: Wydawnictwo Akademickie DIALOG


Tahar Ben Jelloun to urodzony w Fezie marokański pisarz, tworzący w języku francuskim. Jest autorem wielu powieści („Dziecko piasku”, „Święta noc”, „To oślepiające, nieobecne światło”), a także laureatem licznych nagród, m.in. Impac oraz Nagrody Goncourtów. W 2015 roku ukazała się książka „Co to jest islam?”, w której pisarz w przystępny sposób wyjaśnia pojęcia związane z islamem. 

„O mojej matce” to powieść wyjątkowa, Tahar Ben Jelloun dzieli się w niej z czytelnikami intymnymi szczegółami dotyczącymi swojego dzieciństwa oraz opowiada o ostatnich chwilach życia swojej matki. Lalla Fatma zachorowała na Alzheimera, pierwsze objawy choroby pojawiły się po pięćdziesiątym roku życia. Pod koniec życia nie poznawała już swoich bliskich, była zdana na pomoc kapryśnych służących, coraz rzadziej zdarzały jej się przebłyski świadomości. Wydawało jej się, że w magiczny sposób cofnął się czas i nagle znalazła się w Fezie, w latach 30. i 40. XX wieku. Tahar Ben Jelloun czuwał przy niej, wspierał finansowo, słuchał z zaciekawieniem historii opowiadanych przez matkę. Przez siedem lat porządkował wspomnienia, w końcu zdecydował się na napisanie tej powieści, będącej hołdem złożonym wyjątkowej kobiecie, wyrazem głębokiej miłości synowskiej. 

Pisarz pięknym, lirycznym językiem opowiada o niełatwym życiu matki. Lalla Fatma wcześnie, bo w wieku zaledwie szesnastu lat, została wdową. Pierwszą córkę urodziła już po śmierci męża i oddała na wychowanie swojej matce, kolejny raz wyszła za mąż i jako druga żona dużo starszego od siebie mężczyzny długo nie cieszyła się małżeństwem. Dopiero trzeci mąż, ojciec autora, towarzyszył kobiecie w najlepszych latach jej młodości. Lalla Fatma nie umiała czytać, ani pisać, jednak miała dar zjednywania sobie ludzi, nigdy nie narzekała na swój los, nikomu nie zazdrościła, unikała plotek, nie wyrażała się źle o innych. Wspaniale gotowała, organizowała przyjęcia, dbała o każdy szczegół by zadowolić najbardziej wymagających gości. Choć rodzina pisarza prowadziła skromne życie, jego mama zawsze pozostawała elegancka i zadbana. 

„O mojej matce” to nie tylko opowieść o Lalli Fatmie, to także historia marokańskich zwyczajów towarzyszących zaślubinom, narodzinom dzieci i pogrzebom. Matka pisarza była głęboko wierzącą muzułmanką, zawsze pogodzoną ze swoim losem. Nie obawiała się śmierci, jedyne, co ją dręczyło, to perspektywa stania się ciężarem dla dzieci, bycia zależną od pomocy innych. Tahar Ben Jelloun ujął to następująco: Uciekanie w nasiąknięte wilgocią zakamarki minionego czasu musi ją uspokajać, może nawet pomaga oderwać się myślami od sytuacji, jakiej bała się całe życie. Bycia zdaną na innych. Lalla Fatma odeszła spokojnie, otoczona kochającymi ją dziećmi i wnukami. 

Zachęcam do sięgnięcia po tę wzruszającą lekturę. Jeśli jeszcze macie babcię lub dziadka może warto, właśnie teraz, udać się do nich z wizytą, wypić herbatę, posłuchać opowieści o dawnych czasach. To nic, że kolejny raz usłyszycie to samo, pamiętajcie, że nas wszystkich spotka kiedyś ten los, starość, a potem niebyt. 

„O mojej matce” Tahar Ben Jelloun 
tłumaczenie: Jolanta Kozłowska 
tytuł oryginału: Sur ma mère 
data wydania: 2010 
ISBN: 978-83-61203-47-6 
liczba stron: 184

wtorek, 3 października 2017

„Zapiski z Rakki. Ucieczka z Państwa Islamskiego” Samir

„Syria przestała istnieć. I to nie tylko dlatego, że przez [ponad] pięć lat wojny została zrównana z ziemią, ale także dlatego, że w dużym stopniu zanika tożsamość narodowa Syryjczyków […]. Odgórnie tworzone tożsamości narodowe o historii liczącej średnio trzy generacje pozostają dość płynne, a Syria nie jest wyjątkiem. Syryjska tożsamość narodowa coraz silniej zastępowana jest inną, głównie tą bazującą na odniesieniach do islamu, w wydaniu sekciarskim. […] Tożsamość sunnicka, szyicka, alawicka czy druzyjska wypierają stopniowo poczucie syryjskiej wspólnoty narodowej. Zarysowują się nowe linie podziału, a granice na mapie pomału przestają odpowiadać jakimkolwiek tożsamościom.” 
„Syryjska wojna domowa. Damasceńska Wielka Gra” Piotr Balcerowicz 
Wstęp do książki „Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii” Samar Yazbek, wyd. Karakter. 

foto: Wydawnictwo Insignis


Samir to pseudonim młodego mężczyzny, któremu udało się uciec z Rakki. Wcześniej, wraz z aktywistami z grupy Asz – Szarkija 24, starał się przekazywać aktualne informacje dotyczące sytuacji w mieście zachodnim dziennikarzom, za pomocą zaszyfrowanych smsów. Spisania relacji Samira podjął się brytyjski dziennikarz, korespondent zagraniczny BBC - Mike Thomson. 

„Zapiski z Rakki” to relacja naocznego świadka z oblężonego przez Daisz miasta. Samir nie ogranicza się jednak jedynie do opisywania okrucieństw Państwa Islamskiego, w swojej opowieści poświęca też wiele miejsca reżimowi Al-Asada i jego zbrodniom. Mówi między innymi o aresztowaniu i torturowaniu ojca, represjach, jakie dotknęły jego rodzinę w związku z fałszywymi oskarżeniami pracodawcy ojca Samira. Zarówno pod rządami dynastii Asadów, jak i Daisz, karą za kontakty z zagranicznymi mediami dla mieszkańców miasta jest śmierć. Samir wiele zatem ryzykował, by opowiedzieć, jak wyglądało zajęcie Rakki, jak radzą sobie jej mieszkańcy z terrorem najeźdźców oraz jak wygląda codzienność w oblężonym mieście. Co więcej, nie poddał się nawet wtedy, gdy część jego przyjaciół została przez kontakty z dziennikarzami skazana na ścięcie, choć oczywiście przeżywał chwile zwątpienia. W Rakce brakuje żywności, podczas nalotów mających spowodować wycofanie się Państwa Islamskiego z miasta giną nie tylko bojownicy Daisz, ale również cywile, w tym dzieci. Samir opowiada również o tym, jak nowe władze zaczęły stosować prawo szariatu. Karzą za nieodpowiedni ubiór, używanie wulgaryzmów, podejrzenie cudzołóstwa oraz naturalnie za opór stawiany nowemu porządkowi. 

Nie wiem czy to świadomy zabieg wydawcy, ale bardzo podoba mi się szata graficzna książki. Piękne, kolorowe ilustracje rozładowują nieco przerażenie, jakie wzbudza w czytelniku skala opisywanych okrucieństw. Myślę, że gdybyśmy dostali jedynie suchą relację, czarno na białym, nie mielibyśmy chwili na refleksje, zatrzymanie się, złapanie dystansu. Barwne szkice odwracają uwagę, uzupełniają całość, pozwalają na chwilę przenieść wzrok. To potęguje przekaz Samira. 

Kiedy dostałam od wydawnictwa Insignis propozycję recenzji „Zapisków z Rakki” pomyślałam, oto kolejna ckliwa opowieść o okrucieństwach Państwa Islamskiego. Ileż można czytać i wydawać to samo? Nie byłam zainteresowana tą książką. Później zaczęły pojawiać się entuzjastyczne recenzje na czytywanych przeze mnie blogach książkowych. Z ciekawości zakupiłam egzemplarz i teraz muszę wszystkie swoje negatywne skojarzenia odwołać. To wartościowa książka, relacja napisana prostym językiem, docierająca bezpośrednio do serca. Lektura, która sprawia, że to, co dzieje się w Syrii przestaje być tak odległe i niezrozumiałe dla nas, bezpiecznych Europejczyków. Polecam. 

foto: archiwum własne


„Zapiski z Rakki. Ucieczka z Państwa Islamskiego” Samir 
tłumaczenie z języka angielskiego: Michał Romanek 
tytuł angielskiego przekładu: The Raqqa Diaries: Escape from Islamic State 
data wydania: 13 września 2017 
ISBN: 9788365743350 
liczba stron: 108

piątek, 29 września 2017

„Nocne czuwanie” Sarah Moss

„Najsłodsza mama - jedyna osoba na świecie, która kocha tak, jak nikt nigdy nie pokocha.” 
„Smażone zielone pomidory” Fannie Flagg 


foto: Czwarta Strona


Sarah Moss jest pisarką, podróżniczką i nauczycielką akademicką. Opublikowała pięć powieści The Tidal Zone, Signs for Lost Children, Bodies of Light, Night Waking (omawiane „Nocne czuwanie”) and Cold Earth oraz reportaż Names for the Sea: Strangers in Iceland, w którym opowiada o swoim pobycie w Reykjaviku w latach 2009-2010. Moss jest ponadto autorką książek dotyczących brytyjskiej literatury epoki romantyzmu. 

„Nocne czuwanie” mocno koresponduje z moją poprzednią lekturą, czyli „Żałując macierzyństwa”. Jednak z pewnością sposób przedstawiania problemów około macierzyńskich przez Sarę Moss zdecydowanie bardziej przypadnie czytelnikom do gustu niż naukowe podejście do tematu, prezentowane przez Ornę Donath. 

Bohaterką powieści jest historyczka Anna, która na czas opiekowania się dziećmi zawiesiła naukową karierę na uczelni (nie zrezygnowała jednak całkowicie z pracy i stara się napisać książkę) i wraz z mężem przeprowadziła się na odludną wysepkę Colsay, odziedziczoną przez mężczyznę w spadku. Anna obarczona obowiązkami domowymi i opieką nad dziećmi przestaje sobie radzić z poskramianiem codziennej rzeczywistości, a kumulowana miesiącami złość zaczyna znajdować upust w najmniej odpowiednich momentach. Niefrasobliwy Giles, mąż kobiety, zdaje się nie zauważać problemów żony. Jest całkowicie pochłonięty swoimi zawodowymi obowiązkami – obserwacją zagrożonego wyginięciem gatunku ptaków, maskonurów, zamieszkujących skaliste wybrzeża wysepki. Małżonkowie w międzyczasie przygotowują na wyspie domek, w którym zamierzają przyjmować letników. 

Anna chwyta się całkiem słusznego sposobu walki z ponurą rzeczywistością, każdej opisywanej przez nią sytuacji towarzyszy nieco wisielcze poczucie humoru. Jest to niewątpliwie jeden z atutów książki, ironiczne, inteligentne żarty rozładowują atmosferę i na chwilę pozwalają bohaterce zapomnieć o sytuacji, w której się znalazła. Daleko od domu, od przyjaciół, w starym domostwie, gdzie często brakuje ogrzewania i oświetlenia, a o zmywarce można tylko pomarzyć, pozostawiona sam na sam z dziećmi Anna, usiłuje wyszarpać chwilę z napiętego planu dnia na pisanie książki (deadline już prawie minął). 

Sytuacja komplikuje się, gdy podczas sadzenia drzew, odkryte zostają kości małego dziecka. Instynkt historyka podpowiada Annie, że za tym znaleziskiem kryje się mroczna opowieść, w której rodzina Gilesa odegrała znaczącą rolę. Nie będę opowiadać czytelnikowi, do czego doprowadzi kobietę prywatne śledztwo, nie napiszę również jak potoczą się dalsze losy małżeństwa, nie powiem także jak będą zachowywać się pierwsi letnicy, którzy dotrą na Colsay. Zachęcam do sięgnięcia po książkę, tam wnikliwy czytelnik znajdzie wszystkie odpowiedzi. 

Codzienne zmagania Anny z rzeczywistością przeplatane są listami („Nocne czuwanie” to także częściowo powieść epistolarna) May, pielęgniarki wysłanej na Colsay przez właścicieli wyspy, w XIX wieku, celem odkrycia, co lub kto kryje się za nieprawdopodobnie wysoką śmiertelnością tamtejszych noworodków. Jest to niewątpliwie jeden z najciekawszych wątków w książce. 

„Nocne czuwanie” to powieść przede wszystkim o swoistej kobiecej dychotomii. Jak pogodzić bycie matką z jednoczesnym rozwojem kariery i dążeniem do spełnienia zawodowego? Nie sądzę, by udało się tego dokonać bez pomocy, zaangażowania, ze strony partnera i rodziny. Książka Sary Moss to również smutna opowieść o małżeństwie, które zboczyło ze wspólnej drogi, czy bohaterom uda się wkroczyć na ścieżkę kompromisu, zbudować dla siebie nową wspólną przestrzeń? Polecam tę lekturę. 

Nie byłabym sobą, gdybym nie wytknęła jednego „ale”. Mam nadzieję, że zarówno tłumaczka - Paulina, jak i Monika - redaktorka mi wybaczą, bo sprawa nie dotyczy ich wyśmienitej pracy, tylko korekty. Lata temu, żeby nie marnować zbytnio czasu, którego i tak mam niewiele, ustanowiłam taką niepisaną zasadę, że jeśli zauważę w książce więcej niż pięć błędów nie czytam dalej. W tym wypadku musiałabym skończyć lekturę już w połowie. Pod koniec czytania naliczyłam już szesnaście błędów, a czytałam „Nocne czuwanie” późną porą, na wakacjach, po kieliszku bądź dwóch wina, więc moja percepcja była ograniczona. Ja rozumiem, że błędy w wydanych książkach zdarzają się wszędzie (za wyjątkiem jednego wydawnictwa), ale taka ich ilość trochę zaburza odbiór, skądinąd ciekawej lektury. 

„Nocne czuwanie” Sarah Moss 
tłumaczenie: Paulina Surniak 
tytuł oryginału: Night Waking 
data wydania: 14 czerwca 2017 
ISBN: 9788379766765 
liczba stron: 488

piątek, 22 września 2017

„Żałując macierzyństwa” Orna Donath

„Kiedy mówimy o równości i równouprawnieniu często pada argument o możliwości realizacji kobiet w sferze zawodowej czy naukowej. W opozycji do równouprawnienia przedstawiane są kobiety, które wybrały tzw. tradycyjny model i poświęciły się pracy opiekuńczej. Nic nie irytuje mnie bardziej niż określanie wykonywanej przez nie pracy jako ‘siedzenia w domu’.” 
Małgorzata Maciaszek, Codziennik Feministyczny 

foto: Wydawnictwo Kobiece

Orna Donath jest socjolożką i antropolożką, pracuje w Beer Szewie, na prestiżowym Uniwersytecie Ben-Guriona. Jej zainteresowania dotyczą głównie macierzyństwa, społecznych oczekiwań kobiet. Sama świadomie zrezygnowała z posiadania dzieci, a w 2011 roku wywołała medialną burzę publikując artykuł naukowy opowiadający o izraelskich kobietach rezygnujących z macierzyństwa. Tekst ten zapoczątkował dyskusję w mediach, niezwykle potrzebną, jak się okazało. Dziś, kiedy i w naszym kraju prowadzi się debaty na temat praw reprodukcyjnych kobiet (a robią to głównie mężczyźni), warto przyjrzeć się bliżej tej prowokującej publikacji. 

W krajach, gdzie kwitnie patriarchat, popierany zarówno przez władze, jak i główne ośrodki kultu religijnego o wartości kobiety decyduje posiadanie potomstwa. Brak dzieci w określonym wieku naraża kobietę w najlepszym wypadku na współczucie, uśmiech politowania, ewentualnie ostracyzm, nikogo nie zastanawia zaś, co kryje się za ową decyzją o pozostaniu „niczyją mamą”. Nie zawsze są to bowiem względy zdrowotne, kobiety próbują coraz odważniej mówić, że po prostu nie czują się gotowe na posiadanie dzieci i mają inne plany. Co więcej, jest to decyzja, do której mają święte, niezbywalne prawo. Podobnie jak do odczuwania żalu, już po urodzeniu potomstwa. 

Niezależnie od motywacji, która towarzyszy urodzeniu dziecka wszystkie rozmówczynie Orny Donath odczuwają żal i silne poczucie winy odnośnie do swojej decyzji o zostaniu matką. Część z nich upatrywała w macierzyństwie sposobu na ratowanie małżeństwa, inne po prostu nie chciały odbiegać od „normy”. Wszechobecny kult matki i przedstawianie wychowywania dzieci jako bezstresowej przygody, nienastręczającej żadnych trudności, także mogą stanowić przyczynę decyzji o posiadaniu potomstwa, podobnie jak nieustające pytania o dzieci ze strony rodziny. Potem zaś następuje zderzenie z rzeczywistością. I nie kwestionuję tego, że wiele kobiet jest stworzonych do tego, by zostać matkami. Potrafią odnaleźć się znakomicie w nowej roli, już po porodzie. Są jednak takie, które począwszy od porodu, a potem już po powrocie do domu odczuwają mieszaninę bólu, lęku, rozpaczy i żalu oraz tęsknoty za dawnym życiem. Tyle, że nie mogą o tym mówić głośno, bo to temat tabu, nie wypada nie cieszyć się z zostania matką. 

Z tym tematem tabu rozprawia się autorka i grupa odważnych kobiet, które zdecydowały się mówić otwarcie o swoich odczuciach. Orna Donath w swojej książce opisuje macierzyństwo z perspektywy społecznych oczekiwań względem kobiet, mówi o wymaganiach, które są im stawiane, nagonce na matki, o tym, że często pozostają one same ze swoimi obowiązkami i uczuciami, a rola mężczyzny kończy się na spłodzeniu potomka i utrzymywaniu rodziny. Nie pomaga także fakt, że kobiety, które decydują się na pozostanie z dziećmi w domu uważane są z jakichś, niezrozumiałych dla mnie powodów, za gorsze. Pomijając sformułowania o „siedzeniu w domu” czy „nieustających wakacjach” dochodzą jeszcze głosy samych kobiet – „ja to pracowałam i wychowywałam n (wstaw odpowiednią liczbę) dzieci i dom ogarniałam, a teraz to te młode matki leniwe takie etc.”. Otóż nie, jeśli kobieta pracuje zawodowo na pełen etat to wychowywaniem jej dzieci zajmuje się niania, bądź instytucja do tego powołana – żłobek lub przedszkole albo inny członek rodziny – babcia, ciocia  (zauważcie, że prawie zawsze nie jest to mężczyzna). Ja z kolei uważam, że jeśli tylko istnieje taka możliwość matka powinna być obecna przy dziecku w pierwszych, kluczowych dla jego rozwoju, latach życia. Oczywiście jest to mój świadomy wybór i nie krytykuję tych kobiet, które miesiąc po porodzie wracają do pracy. To jest wyłącznie ich decyzja. Podobnie daleka jestem od osądzania matek, które otwarcie przyznają, że mają dość i że chociaż bardzo kochają swoje dzieci, potrzebują chwili wytchnienia, czasu tylko dla siebie, a przed oczami często majaczą im wizje szczęśliwych czasów sprzed macierzyństwa. Rozmówczynie Donath idą jeszcze dalej, otwarcie przyznają, że lepiej by im się żyło bez dzieci, a jednocześnie kochają je i biorą odpowiedzialność za ich wychowanie i kształcenie. 

Książka Orny Donath ma postać rozprawy naukowej poprzetykanej wypowiedziami poszczególnych rozmówczyń autorki. I chociaż celem socjolożki jest pokazanie, że żal, który towarzyszy często macierzyństwu jest zrozumiały, trzeba o nim mówić, oswoić go, to przekaz ten rozmywa się poprzez liczne powtórzenia, osobiste dygresje autorki i pseudonaukowy język. Niemniej jednak to ważny głos w dyskusji na temat macierzyństwa i warto zapoznać się z tą lekturą. 

PS Diana z bloga Bardziej lubię książki niż ludzi wyjęła mi z ust pewne sformułowanie. Kiedy stajesz się matką, przestajesz być kobietą i zaczynasz być postrzegana przez pryzmat macierzyństwa, a tak nie powinno być. „Matka jest przedstawiana jako naturalnie poświęcająca samą siebie, nieprzerwanie spełniająca potrzeby, bezgranicznie cierpliwa i oddana trosce o innych w sposób, który niemalże żąda od niej, by zapomniała, że ma swoją własną osobowość i potrzeby.”


„Żałując macierzyństwa” Orna Donath
tłumaczenie: Elżbieta Filipow
tytuł oryginału: Regretting Motherhood
data wydania: 20 lipca 2017
ISBN: 9788365506825
liczba stron: 312