sobota, 10 października 2015

“Uległość” Michel Houellebecq

“Religie uznają i głoszą jedynie prawdy absolutne i każda odrzuca w sposób kategoryczny doktrynę pozostałych. Wszystkie dążą do tego, żeby nie tylko zapanować nad duszami i sercami ludzi, ale także kontrolować ich zachowanie.” 
„Cywilizacja spektaklu” Mario Vargas Llosa 

foto: archiwum własne


„Uległość” Michela Houellebecqa to kontrowersyjna powieść, o której rozpisywali się już liczni publicyści z prawa, lewa i ze środka. Autor został okrzyknięty islamofobem, nihilistą, cynikiem i mizoginem, a to jedynie te łagodniejsze określenia. Ja z kolei postrzegam Houllebecqa jako odważnego wizjonera, doskonałego obserwatora rzeczywistości, który w każdej kolejnej książce usiłuje wstrząsnąć czytelnikiem, pokazać, że ludzkość nieuchronnie zmierza ku samozagładzie i trzeba działać, póki nie jest za późno. 
François, główny bohater, jest wykładowcą literatury na Sorbonie. Wysoką pozycję i szacunek w akademickim świecie zawdzięcza znakomitej pracy doktorskiej poświęconej Jorisowi- Karlowi Huysmansowi. Jego życie osobiste jest z kolei miałkie i nijakie, wiedzie raczej samotny, mało atrakcyjny żywot. Czas spędza albo na uwodzeniu studentek podczas nudnych zajęć, względnie schadzkach z prostytutkami albo na spożywaniu sztucznych posiłków przyrządzanych w mikrofalówce. Przy okazji zdarza mu się oglądać polityczne debaty, choć jak sam przyznaje niezbyt sobie ceni takie źródła rozrywki. François miewa jednak sporadyczne przebłyski geniuszu, to on pierwszy zauważa jaką siłą polityczną stało się Bractwo Muzułmańskie i wieszczy mu sukces w wyborach. Polityczne zawirowania we Francji czytelnik poznaje właśnie dzięki relacjom bohatera i jego znajomych. 
Bardzo ciekawą postacią jest machiaweliczny Mohammed Ben Abbes, lider francuskiego Bractwa Muzułmańskiego, którego z niezrozumiałych dla mnie względów, określa się jako umiarkowanego islamistę, podczas gdy jego rzeczywiste działania przeczą takiemu postrzeganiu tej postaci. Houllebecq prawdopodobnie nadając tę konkretną nazwę muzułmańskiej partii politycznej wzorował się na syryjskim odłamie tej organizacji, która swego czasu głosiła w miarę umiarkowany program, miała swoich przedstawicieli w parlamencie, a nawet współtworzyła rząd, dopóki nie została zdelegalizowana za działalność wywrotową. Przed przejęciem władzy przez Baszszara Al- Asada, syryjscy Bracia Muzułmańscy usiłowali doprowadzić do ponownej legalizacji swojego ugrupowania, ani obecny prezydent, ani jego poprzednik nie wyrazili na to zgody, dlatego też organizacja ta obecnie walczy po stronie zbrojnej opozycji. Nie należy zapominać, że początki Bractwa Muzułmańskiego sięgają 1928 roku, organizacja powstała w Egipcie, a jej motto brzmi: „Allah jest naszym celem. Prorok naszym przywódcą. Koran naszym prawem. Dżihad naszą ścieżką. Śmierć na ścieżce Boga jest naszą jedyną nadzieją.” Obecnie Bractwo Muzułmańskie ma swoje filie w 70 krajach świata między innymi we wspomnianej wyżej Syrii, w Jordanii, Palestynie, Arabii Saudyjskiej. 
Reformy Mohammeda Ben Abbesa nie pozostawiają złudzeń, o żadnym umiarkowaniu nie może być tu mowy. Obowiązkowa edukacja, zgodnie z jego planami, ma zakończyć się na szkole podstawowej. Wszystkie państwowe uczelnie wyższe mają działać według zasad islamu, wykładowcy, aby zachować posadę muszą przejść konwersję na jedynie słuszną wiarę. Kobiety zostają odesłane do domów z pokaźnym zasiłkiem, ich miejsce na rynku pracy zajmują mężczyźni, bezrobocie spada. Ben Abbesowi w miejsce Unii Europejskiej marzy się Unia Islamska, zabiega o przyłączenie do Wspólnoty krajów takich jak Turcja, Maroko, Tunezja, Algieria czy Egipt. Przy czym lider Bractwa Muzułmańskiego bez skrupułów korzysta z pieniędzy petrodolarowych potęg, takich jak Arabia Saudyjska czy Katar jednocześnie układając się z lewicą i socjalistami we Francji. Tu aż się ciśnie na usta cytat z “Księcia” Machiavellego: “Stąd wypływa ogólne prawidło, które nie zawodzi nigdy lub rzadko, że gubi sam siebie ten, kto drugiego czyni potężnym, gdyż tworzy się tę potęgę zręcznością lub siłą, a jedno i drugie budzi nieufność u tego, który stał się potężny.” Wtedy polityka Ludwika XII doprowadziła do umocnienia władzy Kościoła i Hiszpanii w Italii, Francuzi stracili Lombardię. Teraz świeckość państwa została złożona na ołtarzu kolejnej wielkiej religii – islamu. 
Nie jest moim zdaniem prawdą przytaczana przez niektórych prawicowych publicystów teza jakoby to odwrót od chrześcijaństwa spowodował tak miażdżące zwycięstwo ugrupowania Mohammeda Ben Abbesa. To raczej brak zaangażowania społeczeństwa w politykę, tumiwisizm, wygodnictwo, tytułowa uległość (to nie jest tylko proste tłumaczenie słowa islam) i wreszcie brak krytycznego myślenia. 
Jeszcze jedna bulwersująca sprawa w tej książce to stosunek mężczyzn do kobiet. Nie chodzi jedynie o zmieniający się porządek polityczny, który spycha kobiety z powrotem w domowe zacisze, bez jakichkolwiek przywilejów czy praw. François zdaje się hołdować poglądom, zgodnie z którymi wzorcowa kobieta dla literata za dnia powinna być idealną gospodynią domową, a nocami zamieniać się w demona rozpusty. O intelekcie i innych talentach nie ma mowy. Perspektywa posiadania wielu żon – przedmiotów, przeznaczonych do różnych celów, ostatecznie przekonuje bohatera do konwersji na islam. Początkowo próbował podążać śladami swojego mistrza Huysmansa, który po latach życia w całkowitej, dekadenckiej rozpuście odnalazł Boga, lecz dla zblazowanego, wielbiącego erotyczne rozrywki bohatera takie poświęcenie się jest niemożliwe, wybiera natomiast uległość względem nowych władz, nowej religii. 
Pesymistyczna wizja otaczającego nas świata, krytyka wszystkich i wszystkiego, to właśnie przyciągnęło mnie do książek Michela Houllebecqa. Warto sięgnąć po „Uległość”, jak mówi Andrzej Saramonowicz autor ociera się w tej powieści o geniusz, zgadzam się z tą opinią. Jest to obok „Cywilizacji spektaklu” Llosy druga najlepsza książka przeczytana przeze mnie w tym roku. Tłumaczenie autorstwa Beaty Geppert - jak zwykle znakomite. Polecam gorąco.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz